Jump to content

Krzychoo226

Społeczność Astropolis
  • Content Count

    2,386
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    10

Everything posted by Krzychoo226

  1. Atakama Rho było praktycznie w zenicie
  2. O Boże, dlaczego nikt mi nie powiedział, że z "naszego" tarasu przed hotelem mieliśmy widok na Aconcague Ale ze mnie sierota, teraz muszę tam wrócić
  3. I nie przejmować się przechodzącymi chmurami
  4. Możliwe, że dovetail nie jest zamontowany idealnie prostopadle do osi dec. Możesz pogooglować: Cone error. Chyba, że to jakiś specyficzny problem z ustawieniem i mapowaniem nieba, to tutaj nie pomogę, bo montaż ASA widziałem raz w życiu i to z odległości ponad metra
  5. To! Musze tylko pobrać na dysk bo firefox już od dawna nie wspiera flasha. Dziękować! Nie przeszkadzałem po prostu Ustawiony zestaw focił, a ja kursowałem między winem, a lornetką. Po sprawdzeniu wszystkiego na początku, później byłem przy zestawie raz by wymienić baterię w canonie. Bardzo sobie chwalę takie podejście do astrofoto, czy to z małym czy dużym zestawem No właśnie, żal mi d... serce ściska, że nie potrafię tego wydobyć spod gwiazd.
  6. Będę walczył kiedyś miałem taki genialny tutorial na którym gość wyciągał okolice M45, ale teraz nie potrafię go odszukać.
  7. Wreszcie udało mi się znaleźć czas by posiedzieć ze zdjęciami robionymi w nocy. Na pierwszy ogień idzie Rho Ophiuchi. Nie jestem do końca zadowolony z kadru, mógł być nieco bardziej w dół i na lewo. Chciał◙em jeszcze powyciągać pyły z tła, ale jakoś nie potrafię bez wypaczenia detalu. Samyang 135mm, niemodowany 6D, 104 x 180s + flaty i darki
  8. Możesz próbować torxem, gdyby nie złapał to zawsze można próbować go wbić młotkiem, ale to wyciąg więc musisz go zdjąć z teleskopu, a pewnie i tak nie będzie jak oprzeć o coś twardego... Jeżeli jest wyrobiony na okrągło i torx nie zdaje egzaminu to zostaje tylko patent z superglue. Kropla na imbus i wklejasz go w śrubę. Gdyby i to zawiodło to trzeba wypłakać się w rękaw, wziąć wiertarkę w dłoń, przewiercić śrubę i nagwintować od nowa.
  9. Na jedną śrubę! Tylko wówczas masz pewność, że kolimator nie wisi w powietrzu tylko dociska do wewnętrznej powierzchni drawtube. Bez tego nie masz żadnej pewności, że kolimator i wyciąg są w jednej osi.
  10. To takie nasze widzimisię z ustawianiem wszystkiego perfekcyjnie w osi, zupełnie nie jest to potrzebne. Może jesteś tym który pokaże, że społeczność która chce Ci pomóc całkowicie się myli. Jesteś na całkiem dobrej drodze, bo do każdej rady podchodzisz możliwie sceptycznie.
  11. Dzień piętnasty Skoro świt ruszyliśmy na miasto zaczynając od zjazdu kolejką linową ze wzgórza na którym mieszkaliśmy. W Valparaiso znajduje się ich łącznie 15, za niewielką opłatą można oszczędzić sobie sporej wspinaczki. Zjechawszy na dół ruszyliśmy bez większego planu w drogę powrotną, błądząc w krętych uliczkach, podziwiając miejscową architekturę i przeżywając niesamowity klimat tworzony przez cudowne murale. I na tym kończy się nasza przygoda w Chile. Pozostała jeszcze droga do Santiago, oddanie samochodów, pożegnanie z Berniem i lot do domu.
  12. Dzień czternasty Z Vallenar udaliśmy się do przepięknego kolonialnego miasta - Vallparaiso. Poinstruowani w hotelowej recepcji ruszamy na wieczorną wycieczkę po mieście. Istny labirynt małych uliczek, schodów, wąziutkich i krętych przejść oraz ślepych zaułków sprawia że jakiekolwiek mapy są bardziej zwodnicze niż przydatne. W końcu trafiamy do poleconej nam restauracji gdzie mile spędzamy resztę wieczoru. Nie da się nie zauważyć, że Valparaiso znane jest nie tylko z kolonialnego stylu - praktycznie każdy budynek pokryty jest fenomenalnymi muralami. Dziś już nie ma światła, ale jutro przed wyjazdem na lotnisko koniecznie musimy bliżej się im przyjrzeć.
  13. Dzień trzynasty - zaćmienie O zaćmieniu nie jestem w stanie powiedzieć nic więcej niż Kuba, który zrobił to fenomenalnie, odsyłam więc do stosownego wątku. Ale ptaszki sobie wstawię, żeby nie zostawać tak z pustymi rękoma https://astropolis.pl/topic/67755-relacja-całkowite-zaćmienie-słońca-w-obserwatorium-la-silla-chile-02072019/
  14. Dzień dwunasty Dzień przed-zaćmieniowy czyli wielkie przygotowania do najważniejszego dnia tej wyprawy. Rano po śniadaniu Bernie przeprowadził z nami briefing wyjaśniając czego się spodziewać i na co zwracać uwagę. Po briefingu przyszła pora na zakupy prowiantu na następny dzień oraz wielkie klejenie filtrów. Po południu wybraliśmy się nad ocean do pobliskiego Huasco zapolować na miejscowe foki i pelikany.
  15. Dzień jedenasty San Pedro żegnało nas przepięknym wschodem Słońca zza wulkanów. Trasa na południe była dobrym momentem by odwiedzić miejsce które poprzednio zmuszeni byliśmy ominąć z powodu awarii samochodu, czyli Hand of the Desert. Na miejscu zastaliśmy całkiem sporo ludzi, wyraźny znak że do zaćmienia pozostało już bardzo niewiele czasu. Do celu - Vallenar dotarliśmy już po zachodzie Słońca.
  16. Dzień dziesiąty Na ostatni dzień pobytu w San Pedro zaplanowany mieliśmy głównie odpoczynek. Jedyną aktywnością był wypad na zachód Słońca do Valle de Marte. Nazwa, dolina marsjańska, dobrze oddaje krajobraz który zastajemy na miejscu. Fantastycznie ukształtowane skały tworzą wąwóz którym jedziemy na mały parking tuż obok wydmy na której ludzie uprawiają sandboarding. Zostawiwszy auto wspinamy się ścieżką w górę pół idąc pół grzęznąc w piachu. Spieszymy się by zdążyć na zachód który tutaj wypada sporo wcześniej. Na górze, wypluwając resztki płuc, zajmujemy miejsce nad krawędzią przepaści i oglądamy spektakl przygotowany przez naturę. W nocy przyszła pora na zmierzenie się z 70 centymetrami które musieliśmy sobie odpuścić dzień wcześniej. Wizualowcem nie jestem, nie potrafię opisać widoków przez okular, ale powiem tylko że ciemne farfocle w Carinie wgniotły mnie w drabinkę W końcu żona właściciela musiała przyjść i nas uciszać Omega Centauri natomiast totalnie mnie rozczarowała, zbyt duża, zbyt luźna, całkowicie pozbawiona uroku. Alain przy 70cm nie powiedział ostatniego słowa i na ukończeniu jest metrowy potworek, gdy wyjeżdżaliśmy trwały prace nad pająkiem. Kto nie kierował mógł tej nocy po raz ostatni poszaleć pod niebem, kierowcy wcześnie pomaszerowali spać, jutro prawie równo 1000km.
  17. Dzień dziewiąty Przedostatniego dnia celem były dwie wysoko położone laguny: Laguna Miscanti i Miniques. Po drodze zatrzymujemy się na chwilę w Toconao, gdzie na centralnym placu znajduje się wiekowa dzwonnica z drzwiami wykonanymi z drzewa kaktusowego. W dalszej drodze o mało nie przegapilibyśmy zwrotnika Koziorożca, przejechaliśmy dobry kawałek zanim dotarło do nas co oznaczała tablica którą minęliśmy. Po krótkiej przerwie na zdjęcia ruszamy w dalszą trasę. Im bliżej lagun tym zimniej, a na miejscu dołączył się również przeraźliwy wiatr. Dobrze, że wszystko pokryte jest śniegiem, bo piach powybijałby wszystkim oczy, widoki rekompensują jednak warunki jakie zastaliśmy. W drodze powrotnej dostrzegliśmy iryzację, ale jaką! Zobaczcie sami na zdjęciu poniżej Na noc w planach było wypożyczenie największego teleskopu który aktualnie ma na stanie Alain, czyli ponad 70cm potworka, ale popołudniu szalała burza piaskowa. Do wieczora wszystko się uspokoiło, ale przejrzystość pozostała taka sobie.
  18. Winter to nie jest akumulator przystosowany do głębokich rozładowań. To ma dać chwilowy impuls kilkudziesięciu/kilkuset amper. Zajedziesz ten akumulator raz dwa.
  19. A dlaczego nie zrobić tego normalnie czyli guider na "grzbiet" tak jak było wcześniej, a wyciąg po przeciwnej stronie czyli pod tubą?
  20. Dzień ósmy Przygotowałem już grunt podczas relacji z OSF, wczoraj kupiliśmy tlen i dziś następuje jedyna logiczna kontynuacja - próba zdobycia ALMA'y. Przed nami ambitny dzień - od wizyty w OSF opracowywaliśmy plan ujrzenia ALMA'y z tak bliska jak to tylko możliwe. W tym celu planujemy dostać się możliwie blisko Cerro Toco i jeśli będzie trzeba zdobyć szczyt. Wszystko z głową, najmniejsza wątpliwość, lub problem któregokolwiek z uczestników wyprawy to sygnał do powrotu. Nie jesteśmy wyposażeni na wysokości blisko 6000m, podobnie nasza aklimatyzacja zdająca egzamin na 4200m, na nic się zda na blisko 6 kilometrach gdzie ciśnienie jest już o ponad połowę niższe niż na poziomie morza. Wyruszamy w 6, Marek i Max odpuszczają. Marek ma problemy z nogą i w jego przypadku ta wyprawa nie wchodzi w grę, zresztą on już dokonał tego czego nie dokonało zbyt wielu i niewielu będzie miało okazję dokonać - miał niewątpliwą przyjemność udać się z oficjalną wizytą na płaskowyż Chajnantor. Max jest jeszcze pod opieką taty, a tata go nie puści Ale raczej nie podzielał entuzjazmu starych świrów Udaliśmy się drogą na wschód w stronę boliwijskiej i argentyńskiej granicy. Zaplanowaliśmy wyprawę tak by najpierw obejrzeć wizualnie początki bocznych dróg którymi planujemy próbować przedostać się w pobliże anten, następnie odwiedzić rezerwat Los Flamencos gdzie liczymy na flamingi, a w drodze powrotnej zaatakować Cerro Toco. Pobieżne oględziny nastawiły nas optymistycznie - obie drogi, północna i południowa, to solidne szutrowe szlaki powinno być ok. W kierunku Boliwii i Agrentyny toczą się dziesiątki wielkich ciężarówek. Tak, toczą się to właściwe słowo. Z powodu wysokości i zapewne ładunku nie przekraczają one 20 - 30 kilometrów na godzinę. Do rezerwatu jednak nie było nam dane dojechać. Drogę zagrodził nam korek spowodowany przez wypadek. Decyzja zapadła szybko, zawracamy. Nie ma sensu czekać ani ryzykować objechania piaszczystą glebą, nie to jest naszym dzisiejszym celem. Później dowiedzieliśmy się, że na okres zimowy rezerwat w większości nie jest dostępny, a flamingi poleciały w cieplejsze rejony. W pierwszej kolejności próbujemy drogi północnej. Bardzo szybko okazuje się, że tutaj sukcesu nie odniesiemy. Z daleka widzimy opuszczony szlaban i usypane wały ziemi. Na dodatek dogania nas samochód ze strażnikami udającymi się na teren ALMA'y. Wyjaśniają nam, że dostać możemy się tylko za zgodą i ustaliwszy wcześniej wizytę za pośrednictwem OSF. Przepraszają, ale nie możemy przekroczyć bramy. Zatrzymujemy się więc przed szlabanem i pod okiem strażników udajemy się zobaczyć jedną z testowych anten która znajduje się dosłownie 400m od drogi. Niezniechęceni ruszamy spróbować drogi południowej. Ostrą wspinaczkę przerywa cisza dochodząca z Pathfindera. Wyjący jeszcze przed chwilą silnik ostatecznie milknie, ten szrot już wyżej nie pojedzie. Zawsze mówiłem, że tylko diesel, a nie jakieś tam benzyny... W nissanie przełączamy się na napęd na 4 łapy i jedziemy wyżej zrobić rekonesans tego co jest za wzniesieniem i o ile dalej jesteśmy w stanie kontynuować jazdę samochodem gdy ostatecznie skończy się droga. Mieliśmy tam wysiąść i jeden z nas wróciłby po chłopaków. Daleko nie musieliśmy jechać, dotarliśmy do Simons Observatory, na jego teren nie ośmielamy się wjeżdżać, wysiadamy. Wysiadając spoglądamy za siebie, mi wystarczył jeden rzut oka by wrócić do auta i gorączkowo zmieniać obiektyw. Wskakuję na pakę pickupa i fotografuję... Chajnantor wraz ze znajdującymi się tam antenami ALMA'y! Pięknie widać wszystkie istotne elementy - rozsiane po całym płaskowyżu 12 metrowe anteny, korelator i centralną sieć japońskich 7 metrowych anten. Jeszcze rzut oka na wysokość - 5130m i zbieramy się dać szansę reszcie ekipy. Cerro Toco odpuściliśmy, wysokość jest bardzo nieprzyjemna, nikomu jakoś nie uśmiecha się wspinać na samą górę. Wracamy.
  21. Dzień siódmy Kolejny dzień, kolejna wczesna pobudka. Tym razem naprawdę wczesna, bo celem są gejzery El Tatio, na miejscu musimy być możliwie wcześnie by Słońce nie zdążyło ogrzać powietrza. Gejzery znajdują się na 4200m, czyli podobnie jak Laguna Verde, jednak teraz jesteśmy już znacznie lepiej przygotowani jako że od kilku dni mieszkamy na wysokości najwyższych polskich szczytów. Na miejsce docieramy pomiędzy 7, a 8 rano. Gejzery są pięknie widoczne, buchają parą na 30 - 40 metrów w górę i, co ciekawe, w przeciwieństwie do innych nie posiadają zapachu. Blisko godzinny spacer nie dał nam się we znaki, a to znaczy że zaaklimatyzowaliśmy się do wysokości, to bardzo dobra wiadomość przed dniem jutrzejszym. Na koniec wizyty w El Tatio jeszcze wizyta w znajdujących się na terenie parku termach, ale tylko Bartek miał strój i odwagę wskakiwać do wody. W drodze powrotnej "zaatakowały" nas dwa ciekawskie lisy, miejscowe żebraki liczące na to że ich urok zmiękczy serca przejeżdżających turystów. Skoro nie boją się ludzi ta taktyka musi przynosić wymierne rezultaty. Przystajemy jeszcze nad rozlewiskiem Rio Putana, gdzie w bujnej roślinności swoje miejsce znalazły stada Wikuni oraz miejscowe ptaki. 10 kilometrów dalej w osadzie Machuca mieliśmy zaplanowany posiłek. Wczoraj nie mieliśmy szczęścia, za to dziś bingo - pod gołym niebem grillują się szaszłyki z lamy, a w barze czeka darmowy napój z koki i smażone ciasto z serem. Lama jest równie smaczna co urocza z wyglądu Najedzeni idziemy jeszcze obejrzeć miejscowy kościół i powoli zbieramy się do San Pedro. Na trasie spostrzegamy jednak anteny ALMA'y i na szybko na statywie wieszamy 400mm z podłączonym telekonwerterem by w ten sposób popatrzeć na nie przez chwilę. W San Pedro poza pamiątkami kupujemy coś jeszcze, co może przydać się w dniu jutrzejszym - tlen...
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.