Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'Barnard'.



More search options

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Questions and Answers
    • Getting Started: Equipment
    • Getting Started: Observing
    • Various questions
  • Astronomy and Cosmos
    • Obserwacje astronomiczne
    • Astronomy
    • Radioastronomia i spektroskopia
    • Space and exploration
  • Astronomical Pictures
    • Astrophotography
    • Galeria
    • Szkice obserwacyjne
  • Sprzęt i akcesoria
    • Dyskusje o sprzęcie
    • 3D Print
    • ATM, DIY, Arduino
    • Observatories and planetaries
    • Classifieds and shops
  • Others
    • Quick Post
    • Astropolis Community
    • Books and Apps
    • Planeta Ziemia
  • Pogromcy Light Pollution's Forum pogromców LP
  • Klub Lunarystów's ZAPOWIEDZI WYDARZEŃ
  • Klub Lunarystów's ZDJĘCIA KSIĘŻYCA
  • Klub Lunarystów's POMOCE
  • Klub Lunarystów's O wszystkim
  • Klub Planeciarzy's Forum
  • Klub Astro-Artystów's Znalezione w sieci
  • Celestia's Układ Słoneczny
  • Celestia's Sprzęt
  • Celestia's Katalog Messiera
  • Celestia's Sprawy techniczne
  • Miłośnicy kina saj-faj (sci-fi) UWAGA SPOILERY!'s Tematy

Blogs

There are no results to display.

There are no results to display.

Calendars

  • Kalendarz astronomiczny
  • Kalendarz imprez
  • Urodziny
  • Z historii astronomii
  • Kalendarz Astronomiczny Live
  • Klub Planeciarzy's Wydarzenia

Marker Groups

  • Members
  • Miejsca obserwacyjne

Categories

  • 3D print files - files
  • Astrophotography - Source Files
  • Instrukcje Obsługi
  • Instrukcja obsługi do Dream Focuser. Ustawienie ostrości to jedna z najważniejszych rzeczy zarówno w astrofotografii, jak i obserwacjach wizualnych. Dzięki DreamFocuserowi stanie się to bajecznie proste! Jeśli masz dość trzęsącego się od kręcenia gałką wyciągu teleskopu, wciąż nie jesteś pewien, czy dobrze wyostrzyłeś, albo pragniesz zautomatyzować cały proces, to jest to produkt dla Ciebie!   DreamFocuser przypadnie do gustu zarówno astrofotografom, jak i obserwatorom wizualnym. Można go używać zarówno w pełni autonomiczne, dzięki czerwonemu wyświetlaczowi (odpornemu na niskie temperatury) i podświetlanym klawiszom, jak i całkowicie zdalnie z poziomu komputera. Dzięki dostarczonemu sterownikowi, zgodnemu z platformą ASCOM może on współpracować z dowolnym programem astronomicznym, np. MaximDL, FocusMax, czy Astro Photography Tool, co daje możliwość w pełni automatycznego ustawiania ostrości.   Wyciąg jest napędzany wydajnym silnikiem krokowym, którego precyzja (dzięki sterowaniu mikrokrokowemu) i moment obrotowy pozwalają w większości przypadków na pominięcie wszelkich przekładni (które wprowadzają luzy). Silnik sterowany jest specjalnym algorytmem, dzięki czemu płynnie rozpędza się i hamuje, co jest szczególnie ważne przy podnoszeniu osprzętu o dużej bezwładności. Dodatkowo może on osiągać spore prędkości, dzięki czemu wykonanie nawet 40 obrotów pokrętła ostrości w teleskopie SCT nie zajmie dłużej, niż kilka sekund. Silniki posiadają elektroniczną identyfikację i przechowują spersonalizowane ustawienia. Dzięki temu można do jednego pilota podłączać na zmianę kilka silników, a stosowne parametry zostaną automatycznie wczytane.
  • Książki (ebooki)
  • Licencje do zdjęć

Product Groups

  • Oferta Astropolis
  • Dream Focuser
  • Serwis i Usługi
  • Książki
  • Kamery QHY - Akcja Grupowa (zakończona)

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


Strona WWW


Facebook / Messenger


Skype


Instagram


Skąd


Zainteresowania


Sprzęt astronomiczny

Found 9 results

  1. Starzeję się, dopiero teraz doszedłem jak zakładać post w galerii DS Ciemne mgławice z gwiazdozbioru Żyrafy: Barnard 11 (z lewej), Barnard 8 (bardziej po prawej i w środku), a w tle jaśniejsza B9 (opis za Interstellarum) sprzęt: TSAPO906+WOflatIV / f 5.3, Atik383+ mono, Atik Titan mono + Guider 60 , HEQ5Pro SynScan, oprogramowanie: DSS+Nebulosity+PsCS6 czasy (ujęcia po 5 min): w Zatomiu udało się zebrać 7xR, 5xG i tylko 3xB + 8xL, w Słupsku dorobiłem jeszcze 59xL
  2. Poza pyłowym warkoczem Korony Południowej to chyba drugi taki kadr gdzie bohaterem jest pyłek kosmiczny. Pomysłodawcą obiektu był kolega Łukasz, który notabene próbował mi pokazać ten obiekt. Oczy naświetlałem co chwilkę tabletem tudzież wyświetlaczem więc akomodacja była kiepska ale cel ująłem astrofotograficznie, mam nadzieję, dość dobrze. Canon 6Dmod/200mm ~1.5h W pełnej wersji po kliknięciu widać dużo większy obszar.
  3. Polowanie na Oriona to ciężka sprawa głównie z uwagi na okres zimowy i jego specyficzne uwarunkowania w obszarach podgórskich. W tym roku upatrzyłem sobie taki kadr. Północ jest na lewo. Specjalnie nie stawiałem w pionie. Po prostu takie ujęcie mgławic bardziej mi pasuje w kadrze wraz z jego orientacją. Canon 6Dmod, c200@f.3.5 ~1.5h
  4. Inspirowany bezpośrednio artykułem z serii "obiekt tygodnia" postanowiłem dokonać "obserwacji" pod miejskim niebem. Jako wstęp przed kontemplacją zdjęcia bardzo polecam artykuł: http://astropolis.pl/topic/43195-obiekt-tygodnia-22112013-barnard-361/?p=585026 FSQ/STL1100 Wersja opisana Pełny kadr gdzie znajdziemy więcej LDNów.
  5. Kiedy dojeżdzasz na miejscówkę i na ciasnym, górskim zakręcie miga ci między piniami Gromada Ptolemeusza, już wiesz, że będzie dobrze. Kiedy kilkanaście sekund po zgaszeniu świateł widzisz M92, masz pewność, że będzie doskonale. Ale kiedy Stół Skorpiona wreszcie wychodzi zza krawędzi kaldery - nogi uginają się i tak zostaje do końca sesji. Tej pierwszej i każdej kolejnej. . . . . . 12 czerwca. Jedziemy przez beznadziejnie płaskie Mazowsze, a zaraz potem - przez niemal niezauważalne wzgórza południowych Mazur, wyłaniające się z porannej mgły. Jak mogłem nazywać kiedyś ten teren pofałdowanym? Ech, a jeszcze dwanaście dni temu przemierzałem ten stół bilardowy w drugą stronę, na lotnisko... . . . . . Sol 1. Lądujemy na Teneryfie. Kieruję wzrok ku El Teide zaraz po wyjściu z samolotu. Całe otoczenie kaldery jest przygaszone przez pył lub jakąś rozrzedzoną, chmuropodobną warstwę. Przepierzenie na średnim pułapie wydaje się niweczyć nasze plany obserwacyjne, ale z godziny na godzinę idzie ku lepszemu. Po skompletowaniu składu o delegację angielską, ruszamy na Mascę, by zażyć odrobinę andyjskiego krajobrazu, a potem w górę, pod Teidę na miejscówkę położoną na 2000 m.n.p.m. El Teide i Pico Viejo. Zatrzymujemy się w zachodniej części kaldery, noszącej nazwę Las Cañadas, na parkingu pod Pico Viejo. W zmierzchu nie czuję skali tego potężnego trzytysięcznika, który wygląda stąd jak przerośnięty pagórek. Na południowym i zachodnim horyzoncie wystają otulone chmurami La Gomera, El Hierro i La Palma. Patrzę na tę ostatnią z niemałymi obawami - większa część wyspy jest zachmurzona, co w połączeniu z wcześniejszym przepierzeniem nieba może źle wpłynąć na jutrzejsze obserwacje. Cóż, najwyraźniej nie wziąłem pod uwagę, jak doskonale zostało wybrane miejsce dla najważniejszych europejskich obserwatoriów. Nie tracimy czasu - wciągamy szybką, zaimprowizowaną kolację i ubieramy się ciepło na noc. Kiedy jestem już gotowy, spoglądam wysoko w niebo i parskam śmiechem z niedowierzania. Na ciemniejącym niebie Jowisz wisi niemal w zenicie, chwilę potem łapię czerwonego Marsa i Antaresa dziwnie wschodzącego poniżej Czerwonej Planety (a nie na lewo od niej). Zmierzch zapada błyskawicznie. Próbuję się zorientować pośród jaśniejszych gwiazd i przeklinam własną głupotę, że w ostatniej chwili zrezygnowałem z Pocketa i teraz nie mam mapy w mniejszej skali. Interstellarum rozbija Centaura na kilka plansz, co czyni pozornie proste zadanie nieco skomplikowanym. Trójkąt, trapez, drugi trójkąt, nie-ten-trójkąt. Pierwszego wieczoru kaleczę nieco sylwetę Chirona, ale dwa wieczory później będę go łapał bezbłędnie. Tymczasem jest wciąż 1 czerwca, a ja się gubię przy przednim kolanie. Próbuję łapać Krzyż Południa, podobno go tu dają. Widzę parę gwiazd, które podejrzewam o bycie Gacruksem (γ Crucis) i Mimosą (β Crucis), ale nie widzę Delty uzupełniającej poprzeczkę krzyża. Sprawę utrudnia Cumbres de Ucanca, którego grzbiet ogranicza południowy horyzont. Dość szybko mija zmierzch astronomiczny, można więc zacząć szukać obowiązkowych obiektów w Centaurze. Łapię Fujinona 10x50 i po paru chwilach namierzam Omegę. Od ostatnich obserwacji minęło trochę czasu, więc w pierwszej chwili nie zdaję sobie sprawy z wielkości gromady. Ale to się zmienia przy spojrzeniu przez 25x100. Obiekt nie mieści się w znanej mi skali i zwyczajnie brakuje mi przekleństw, żeby wyrazić swoje zaskoczenie jego ogromem. Omega jest gargantuiczna, mimo nie do końca czarnej nocy, rozpada się na dziesiątki gwiazd i zdaje się wypełniać trzecią część pola widzenia lornety. Przeskakuję na M13 dla złapania skali - i okazuje się, że w każdej z lornet różnica boli tak samo. NGC 5139 jest cudowna w każdej dwururce i w każdym powiększeniu. W 16x70 również jest rozbita na brzegach, a w 10x50 wyraźnie ziarnista. 25x100 to już powoli teleskopowy widok - dodam tylko, że nie przypominam sobie, by M13 prezentowała się w teleskopie tak dobrze, jak Omega w wielkiej lornecie. Sprawdziłem później w Wikipedii jaka jest różnica w rozmiarach kątowych i dodam tylko, że 20’ vs 37’ zwyczajnie nie oddaje widomego stanu rzeczy. W M13 obserwujemy zwykle rdzeń gromady plus trochę ziarna wokół, tymczasem rdzeń Omegi wygląda na “bardziej nabity”, przez co różnica wydaje się być rzędu trzech - czterech wielkości. Dwa kolejne obiekty przynoszą za to rozczarowanie. Pierwszy z nich, Centaurus A (NGC 5128) jest spory, lecz mdły. Kompletnie nijaki w małej lornecie, i nijaki w wielkiej. Pas pyłowy przecinający galaktykę na pół nie sprawia problemów, lecz obiekt zwyczajnie zaskakuje małą jasnością powierzchniową jak na jedną z najjaśniejszych galaktyk obu półkul. Ot, mdłe, okrągławe, nieco rozmyte pojaśnienie przecięte w równie mdły sposób na pół. Przeskakuję na M81-82 by sprawdzić, czy jest problem z niebem, czy też Centaurus A tak już ma. Duet Bode-Cygaro prezentuje się jednak świetnie, obie galaktyki są spore i jasne. Cóż, NGC 5128 nie trafia na moją listę obiektów zjawiskowych. Podobnie dzieje się ze sporą, jasną i nijaką gromadą NGC 5460, która okazuje się być dość luźnym skupiskiem słabych gwiazd - na bogatszym tle pewnie zginęłaby całkowicie i zamiast trafić do NGC, pewnie widniałaby pod jakimś numerem w katalogu Dolidze. Centaura skromnie uzupełniam dojrzeniem ładnego, wyciągniętego pojaśnienia galaktyki NGC 4945 (vel Caldwell 89). Marny fotomontaż przywołujący wspomnienie obserwacji na Las Cañadas. Zaznaczona Omega Centauri (NGC 5128) [1], Centaurus A (NGC 5129) [2], NGC 4945 [3] i NGC 5460 [4]. Noc zapada coraz głębsza. Marzenia o doskonałej adaptacji sypią się jak domki z kart z każdym kolejnym autem zajeżdżającym na parking lub, co gorsza, z każdym innym przejeżdżającym obok parkingu na długich światłach. Czarę goryczy przelewa autokar, który - już zaparkowany - najpierw długo świeci światłami mijania, a potem wciąż trzyma zapalone światła wewnątrz. Po kwadransie upływającym na przekleństwach, wycieczka jedzie sobie w końcu w siną dal, a my możemy się skupić na kolejnych wspaniałościach wystających znad wschodniej krawędzi kaldery. Pierwszym celem, na który od jakiegoś czasu ostrzyłem sobie zęby była gromada otwarta NGC 6124 w południowo-zachodniej części Skorpiona. Jej wyłowienie nie stanowi w zasadzie żadnego problemu - widać ją gołym okiem, a najbliższa okolica nie kipi bogactwem jasnych obiektów. Wystarczy wycelować z biodra i jest - mało krzykliwa, nieco podobna do M34. Wielkiego szału nie robi, ale widok zupełnie “nowego” obiektu tej jasności po prostu cieszy. Przeskakuję w dół, tuż nad krawędź Kaldery i od razu dostrzegam NGC 6231 - tej nie sposób pomylić z niczym innym. Cholernie ciasne skupisko jasnych, niebieskich gwiazd, szósta najjaśniejsza gromada na niebie o całkowitej jasności 2,6mag. Tuż nad horyzontem widać tylko sześć, może osiem najjaśniejszych składników, ale już wiadomo, że jak tylko wzniesie się wyżej, urwie siedzisko. Gromada wraz z resztą otoczenia pnie się do góry na naszych oczach. Po kwadransie widzę już całą Fałszywą Kometę. NGC 6231 prezentuje się coraz okazalej, a sklejone ze sobą Trumpler 24 i Collinder 316 zapowiadają niezwykłą ucztę na nadchodzące noce. Czekam jeszcze parę chwil, żeby rozpocząć swoje własne święto ciemnotek. Wschodzący pod kompletnie nieopatrzonym kątem Skorpion sprawia mi zaskakująco dużo trudności (a co mieliby powiedzieć Łukasz z Jurkiem, obserwujący w tym samym czasie na drugim zwrotniku?). Po chwili chaotycznego skakania, łapię Barnardy 44 i 45, stwierdzam jednak, że pożądne zagłębianie w temat muszę zacząć od identyfikacji ogromnego ciemnego prostokąta, który ledwo mieści się w polu widzenia mniejszego Fujinona. Po małym słowie z atlasem wiem już, że to Mgławica Fajka - mimo, iż widziałem ją wcześniej kilka razy, zaskoczyła mnie swoją mocno kanciatą aparycją i kontrastem między ostro zarysowanym cybuchem a rozmywającą się główką. Poświęcam Fajce dłuższą chwilę, a potem próbuję łapać B72, ale jedynie największa lorneta pokazuje jakiekolwiek pociemnienie w tym miejscu. Cóż, to nie ten moment, Skorpion nie pokazał się jeszcze w całości. Oczy sklejają się coraz bardziej. Po chwilowym dogrzaniu się w aucie, wychodzę, by spojrzeć na jaśniejące z każdą chwilą Messiery - 6, 7, 8, 20 i 21. Zmęczenie nie pozwala jednak na cieszenie się obserwacjami. W okolicach 2:00 pakujemy manatki i zjeżdżamy na poziom morza, gdzie możemy zdrzemnąć się na parkowych ławkach w przyjemnej temperaturze letniej nocy. . . . . . 13 czerwca. Szarość nie odpuszcza, za nic nie chce zejść z nieba. Powoli oswajam się z płaskością i nijakością okolicy, w której żyję. . . . . . Sol 2. Lot z Tenerife North na La Palmę jest krótki i przyjemny. Docieramy do La Punta mocno niewyspani i wymęczeni jazdą przez serpentyny górskie. Odpadam na sześć godzin wieczoru, ale wstaję, by choć chwilę poniewierzyć własnym oczom na widok wysoko pnącego się Skorpiona. Choć jesteśmy zaledwie na siedmiuset metrach, Droga Mleczna uderza po oczach swoimi kłębami, mimo nie do końca czarnego nieba. Po niespełna godzinie, idę dalej spać. Sol 3. Mobilizacja! Pakujemy się raźno do aut, żeby przed zachodem słońca przyjrzeć się parkowi teleskopów na najwyższym punkcie La Palmy - Roque de los Muchachos. Dwadzieścia kilometrów przed miejscówką droga zaczyna się dziko piąć do góry. Większość trasy pokonujemy na pierwszym i drugim biegu. W końcu wyjeżdżamy ponad las i widzimy białe kopuły odcinające się od intensywnie granatowego nieba. Po małej sesji zdjęciowej, ruszamy jeszcze kawałek, by osiągnąć szczyt. Po prawej stronie zieje czeluść Caldery de Taburiente, ogromnej pozostałości po zapadnięciu się największego wulkanu na wyspie. W końcu osiągamy Roque de los Muchachos - Skałę Chłopców. Widok na Calderę de Taburiente z Roque de los Muchachos. Spacer w tej scenerii jest nieziemski. Przepaście obrywają się kilka-kilkanaście metrów od ścieżki, pod nami ścielą się chmury zakrywające szczelnie dno kaldery. Na horyzoncie z szerokiej Teneryfy wystaje szpic El Teide, a na prawo od niej - La Gomera i El Hierro. W ostatnich promieniach Słońca jedziemy kilometr dalej, na jeden z niezliczonych miradorów (punktów widokowych). Zajmujemy autami małą zatoczkę parkingową, z której otwiera się widok na ocean. Po drugiej stronie ulicy, tuż nad krawędziami ścian obrywających się do wnętrza kaldery jest trochę miejsca na lornety i teleskop. Przenosimy paczki sprzętowe na miejsce, chłopaki demontują rozklekotaną barierkę, by umożliwić Pablitusowi 22” sięganie po nisko położone obiekty. W najniższym położeniu trzeba będzie kucnąć jakieś trzy metry od krawędzi kilkusetmetrowego urwiska. Rozstawiam się z lornetami parę metrów obok, w znacznie bezpieczniejszym miejscu. W międzyczasie okazuje się, że 25x100 zwichnęła jeden z okularów, co praktycznie wyłącza ją z obserwacji do końca wyprawy. Na statywach lądują więc oba Fujinony - 16x70 i 10x50. Mimo chwilowego odczucia niedosytu, wkrótce okaże się, że ten zestaw wystarczy z nawiązką. Słońce nurkuje pod horyzont, a cień Ziemi wspaniale odcina się nad całym wschodnim horyzontem (dziewczyny są zachwycone tym widokiem). Po kilku kwadransach robi się wystarczająco ciemno, by zacząć łowić skrajną egzotykę. Ogarniam w końcu Centaura i pomagam go zwizualizować towarzystwu. Sylweta Chirona jest naprawdę wyraźna i dość łatwa do wyobrażenia. Pod jego końską piersią łapię w końcu Gacruksa i poprzeczkę Krzyża Południa. Ba, nawet udaje się złapać w lornetce kilka gwiazdek ze Szkatułki Klejnotów (NGC 4755). Zanim nadejdzie noc astronomiczna, można poświęcić parę chwil na szukanie Alfy i Bety Centauri. Po parunastu minutach pojawiają się, ale zajdą, nim minie godzina od ich wschodu. Jak dobrze jest mieć ujemny horyzont! Wilk z zaznaczonymi Barnardem 228 [1], NGC 5986 [2], NGC 6124 [3], NGC 6192 [4], NGC 5822 [5], NGC 5823 [6] oraz NGC 5927 [7]. W oczekiwaniu na prawdziwie ciemną noc, gapię się na asocjację Skorpiona-Centaura, rozrzucone na kilkudziesięciu stopniach łuku luźne, ale łatwe do wyodrębnienia skupisko gwiazd. W końcu podchodzę do lornet i grzebię przy kłębie Wilka. Na pierwszy ogień idzie oczywiście spora, choć niespecjalnie wybitna smuga Barnarda 228. Na drugi strzał - NGC 5986, najjaśniejsza gromada kulista w konstelacji. Położona w miejscu łatwym orientacyjnie, staje się łatwym i przyjemnym łupem we wszystkich instrumentach optycznych, jakie mamy do dyspozycji. Zjeżdżam w dół i niechcący łapię kolejną kulistą - NGC 5927. Jest naprawdę niewielka, nie powala jasnością, niemniej - przy skanowaniu nieba lornetą 70 mm, ciężko ją przegapić. Chwilę szukam też pobliskiej NGC 5946 w Węgielnicy, ale szybko się poddaję. Szkoda czasu. Potwierdzam tylko widoczność obu wilczych kulek w 10x50 i biegnę błądzić dalej. Następna w oko wpada gromada otwarta NGC 5822, blisko granicy z Cyrklem. Wyłapuję na obszarze około 40 minut łuku jakieś dwudzieścia gwiazd, w tym kilka nieznacznie wybijających się jasnością. Nieopodal widać też NGC 5823, mały, podskórnie ziarnisty klaster w Cyrklu. Jeszcze chwilę kręcę się nisko nad horyzontem, gdzie wpadam na otwartą NGC 6067. I już wiem, że z pewnością do niej wrócę. Wędruję spokojnie do NGC 6124 w Skorpionie. Na ciemnym palmiarskim niebie, do tego wyżej nad horyzontem, prezentuje się przepięknie. W 16x70 doliczam się około trzydziestu, a w 10x50 - niecałych dwóch tuzinów gwiazd podobnej jasności, nieco skupionych ku środkowi, na obszar nieco mniejszym niż tarcza Księżyca. Poniżej zwraca uwagę NGC 6192 o kształcie ni to trójkątnym, ni to okrągłym. Mały Fujinon ukazuje jej delikatnie ziarnistą naturę. 16x70, choć wyraźniej pokazuje kaszkowatość mgiełki, również nie pozwala wyodrębnić konkretnych gwiazd. Niemniej, nie mam wątpliwości, że patrzę na gromadę otwartą. Serce Skorpiona z Barnardem 51 [1], B49 [2], B45 [3], B44 [4], NGC 6144 [5], IC 4603 [6], Mgławicą Rho Ophiuchi (IC 4604) [7] oraz Messierami 4 [8] i 80 [9]. Tymczasem można już kręcić się w okolicach Antaresa. Barnard 44 jest łatwy i oczywisty, leżący nieco wyżej Barnard 45 również nie sprawia żadnego problemu. Łapię też nieco wyodrębniony kłąb oznaczony na wschodzie jako B51, a na zachodzie - B47, nie dopatruję się jednak ani jaśniejszej “wysepki” pomiędzy nimi, ani drobniejszych globul z katalogu Barnarda. Messier 4 kłuje w oczy, a pobliskie kuliste są przewyraźne. M80 w niczym nie przypomina mdłej, rozmytej gwiazdki - bo taką ją widuję z Pomorza. Tutaj pokazuje spore halo nawet w małej lornetce. Również leżąca przy Antaresie NGC 6144 nie stanowi żadnego problemu. W kadrze króluje jednak M4, wielka i ziarnista na obrzeżach - nawet w 10x50. Gdyby nie bezpośrednie porównanie z Omegą Centauri, nazwałbym ją ogromną. Ciężko iść dalej, ale kolejne cuda czekają. Przesuwam wzrok nieco wyżej i łapię spore, delikatne pojaśnienie, wyraźnie wyciągnięte w pionowej osi. Upewniam się, że optyka nie jest zaparowana i po chwili wołam chłopaków, czy widzieli już Mgławicę Rho Ophiuchi (IC 4604). Poniżej łapiemy też słabsze, ale bardziej zwarte pojaśnienie IC 4603. W głowie już szumi, a przecież największe cuda dopiero nadchodzą. Skorpion pokazuje się w całości, i choć jeszcze nie przekroczył centralnego południka, wisi już na tyle wysoko, by ukazać w pełnej krasie Fałszywą Kometę. Głowa komety, czyli gromada otwarta NGC 6231 jest obłędna - w jej centrum wybija się sześć najjaśniejszych, niebieskogorących gwiazd, a oprócz nich widać kolejnych kilka słońc. Zerkaniem ich liczba rośnie do dwudziestu, wciąż ciasno upakowanych. Ta gromada to absolutna perełka, różno szukać drugiej takiej na północnej półkuli. Chciałoby się widzieć więcej podobnych klastrów, o podobnej dynamice jasności gwiazd, jednoczesnym rozdzieleniu i zatopieniu w mgiełce, z cudownym i wyrazistym detalem i jednocześnie z delikatnym powiewem poezji. Fałszywa Kometa z NGC 6231 [1], Cr 316/Tr 24 [2], B48 [3], B58 [4], NGC 6281 [5], NGC 6242 [6], NGC 6268 [7], Barnard 263 [8] i NGC 6124 [9]. Powyżej lśnią kolejne dwie gromady, lub jedna, zaznaczona dwojako - Collinder 316 i Trumpler 24. Ciężko powiedzieć, co panowie mieli na myśli, każdy zaznaczając “swój” obiekt, choć mapy sugerują, że pierwszy z panów włączył do klastra pole gwiezdne o średnicy dwóch stopni, podczas gdy drugi - skupione na obszarze stopnia kwadratowego najjaśniejsze gwiazdy w tymże polu. Przepychanki kartograficzne odkładam na bok, skupiając się na niezwykłym widoku. Na ponad trzech stopniach kwadratowych rozsypanych jest kilkadziesiąt gwiazd, które - widziane nieuzbrojonym okiem - tworzą szeroki ogon Fałszywej Komety. W lornetach zwraca uwagę złożone z ośmiu jaśniejszych gwiazd półkole, pośrodku którego widać dwie bardziej skupione grupki gwiazd - jedną bardziej rozciągniętą równoleżnikowo, drugą - krągłą, położona na północny wschód od pierwszej. Na północnym cyplu gromady wyodrębniam jeszcze jedno małe skupisko. Cr 316 vel Tr24 robi niesamowite wrażenie - jest tak inna od eminentnej NGC 6231, nadrabiając niewielką jasność składników ich mnogością. Całość cudownie uzupełniają niuanse jasności tła, z których najwyraźniejszym jest przylegające od wschodu, ukośnie biegnące pociemnienie Barnarda 48 i leżąca jeszcze dalej na wschód większa, ciemna plama Barnarda 58. Jej kształt raz jawi się jako owalny, raz bardziej trójkątny, a autosugestii “pomagają” gwiazdki, które zdają się wycinać ciemny obłok z tła. Jakby bogactwa rejonu było mało, tuż na północ wpada w oko kolejne trio gromad otwartych. Najbardziej wysunięta na północ i jednocześnie jaśniejsza z nich, NGC 6281 wydaje się być częścią jasnego asteryzmu w kształcie litery “S”, i jest zatopiona w górnym wygięciu litery. Na pierwszy rzut oka w gromadzie widać ciasny pięciobok podobny w proporcjach do zarysu Cefeusza, do którego zerkaniem dochodzi kolejna dziesiątka gwiazd. Całość pięknie jest skąpana w subtelnym blasku słabszych składników gromady. Spośród dwóch gromad leżących tuż na południe, już w kadrze z Collinderem 316, bardziej wybija się ta zachodnia (NGC 6242), w której ledwie dostrzegam kilka wyodrębnionych gwiazdek, a zerkaniem - kolejny tuzin słabiutkich punktów, skąpany w delikatnej mgiełce. Leżąca na wschód NGC 6268 jest najmniejsza i najsłabsza z trójki klastrów, pokazuje zerkaniem nie więcej niż osiem słońc, lecz trudno odmówić jej urody. . . . . . 15 czerwca “Od jutra w całej Polsce poprawa pogody. Będziemy się cieszyć przynajmniej paroma dniami czystego, błękitnego nieba”. To ma być błękit? Pan raczy żartować, panie Kret. . . . . . Sol 3. La Palma odurza jakością nieba. Noc jest już ciemna od dwóch godzin, Droga Mleczna kończy się ledwie dwa stopnie nad horyzontem. Powietrze jest suche i spokojne, a gwiazdy chyba zapomniały o obowiązkowym migotaniu. Chaos moich poczynań jest coraz większy - bo jak tu zachować spokój, skoro przed oczyma stają widoki niczym z najbardziej dopieszczonych astrofotografii? Widoki pełne niuansów, miękkich przejść i ostrych rysów, pełne czystego blasku i głębokich czerni. Mgławica Fajka i pasma pyłowe na południe od niej. Zaznaczone są Barnard 59 [1], B78 [2], B77 [3], B72 czyli Mgławica Wąż [4], B250 [5], B244 [6], B243 [7], B256 [8], B254 [9], B252 [10], B53 [11] i B50 [12]. Kieruję lornety na wielką Mgławicę Fajka. Katalogowo - jest to zbitek trzech wielkich Barnardów: 59, 78 i 77, do których dochodzą mniejsze, osobno skatalogowane pociemnienia. Próbuję wyłapać osobno niektóre z nich, czepiając się to zachodniego krańca, to kręcąc się przy bardzo wyraźnej północnej granicy lufki (B59), ale moja uwaga jest odciągana przez pyłową kurtynę, która zdaje się opadać ku południu jak ściana deszczu z czarnej chmury. Widok w 16x70 jest bardziej szczegółowy, ale w jaśniejszej 10x50 - jednak piękniejszy. Odchodzące od Barnarda 59 włókienka zdają się mieć kilka - jeśli nie kilkanaście - odcieni, raz rozrzedzają się, by potem w kilku miejscach utworzyć bardzo wyraźne koncentracje - B250 i B244 o prosto uciętej, bardzo wyraźnej zachodniej krawędzi, sporego Barnarda 243, jakby na przedłużeniu B244 i zachodniego cypla B59. W gęstym “pyłowym deszczu” po lewej łapię Barnardy 256 i 254, wszystkie zaskakująco łatwe. Próbuję też tradycyjnie powalczyć z Mgławicą Wąż (B72) po drugiej stronie Fajki, ale średnia lorneta jednak nie daje rady. Pociemnienie jest, ale charakterystycznej S-ki nie widać. Do tej pory nie wiem, czy zabrakło mi apertury czy determinacji - bo jak tu skupić się na małym celebrycie, skoro tuż poniżej są - a choćby i bezimienne - cudowności, jakich nigdy wcześniej nie widziałem? Środek łuku Strzelca z zaznaczonymi Barnardem 289 [1], LDN 1788 [2], NGC 6451 [3], B295 [4], B90 [5], B86 (Plamą Atramentu) [6], LDN 119 [7], LDN 49 [8], LDN 68 [9] i LDN 75 [10]. Błądzę jeszcze chwilę pośród pyłowego bogactwa rejonu - i jeśli cokolwiek może mnie oderwać od podfajkowych przepyleń, z pewnością jest to Barnard 289, jedna z najwyraźniejszych ciemnych mgławic na całym niebie. Jej trzy równoległe bruzdy rozcinają Wielki Obłok Gwiezdny Strzelca, czego ślad dostrzegam nawet gołym okiem. Barnard 289 zwrócił moją uwagę w Bieszczadach i później, w Beskidzie Wyspowym, ale dopiero teraz widzę go w pełnej krasie. Bez najmniejszego wysiłku dostrzegam przerzedzenia pyłów i zagęszczenia, których doliczam się co najmniej czterech. Najdłuższa, środkowa smuga zdaje się łączyć na południu z kolejną, zdecydowanie najwyraźniejszą w kadrze koncentracją pyłów, leżącą już poza “Barnardem właściwym”, oznaczoną jako LDN 1788. Prawa (zachodnia) krawędź tego pociemnienia układa się w ostro odcięty grot, mimowolnie kierujący wzrok ku leżącej nieopodal gromadzie NGC 6451. Wschodnia część 1788-ki rozmywa się w dalszych przepyleniach, powyżej których zwraca uwagę subtelny, lecz charakterystyczny łuk mgławic LDN 49-68-75. Kadr z B289 i LDN 1788 powala dosłownie każdego z obecnych - i w końcu nikt nie odnosi się do obserwowania ciemnych mgławic jak do dziwnej fanaberii. W takich warunkach, żadne z nich dziury w niebie, tylko obiekty pokazujące nie mniej niuansów i mięsistości niż jasno świecące, nieodległe Laguny, Koniczyny, Omegi i Orły. Wzrok biega więc od potrójnej smugi do grotu, to znów przeskakuje poza krawędź Wielkiej Szczeliny do NGC 6451, w której - oprócz jasnej mgiełki - widzę kilka wybijających się słońc. Takiego bogactwa niuansów i takiej wyrazistości nie ma chyba nawet kadr z Fajką ani Fałszywa Kometa. Pocięte pyłami Laguna z Koniczyną (w 16x70 bez trudu widać Barnarda 85, dzielącego M20 na dwa główne płaty), choć jasne i pełne smaczków nie wytrzymują konkurencji Barnarda 289. Leżąca wyżej jasna połać Messiera 24 również nie skupia mojej uwagi w większym stopniu, choć jest piękna i wyrazista, a ciąg czterech Barnardów (od zachodu są to B304, 92, 93 i 307) jest tak oczywisty, że bardziej chyba być nie może. Przeskakuję jeszcze na chwilę do przewyraźnej północno-zachodniej krawędzi ogromnego Barnarda 312 i błąkam się chwilę po wschodzącej dopiero Tarczy, której wyżej nad horyzontem jeszcze nie widziałem (do górowania zostało jej parę godzin). Przesuwam wzrok na sam środek centralnego zgrubienia Galaktyki. Plama Atramentu (B86) wraz z przylegającą gromadą NGC 6520 jest łatwa i oczywista w każdej z lornet - choć oczywiście oba obiekty są zagubionymi maleństwami pośród jasnej połaci Wielkiego Obłoku Strzelca. Perełką w kadrze jest jednak znajdujący się niecały stopień na północ LDN 119, wżerający się aksamitną czernią w rozświetlone jądro Drogi Mlecznej. Tuż na południowy zachód widzę równie wyraźny, siostrzany obłok pyłowy, którego jednak do teraz nie potrafię znaleźć w żadnym katalogu. W każdym razie moja ukochana zatoczka pyłowa (widywałem ją również z południowej Polski) pokazuje się teraz w pełnej krasie - pomyśleć, że gdybym nie obserwował w szerokim polu, nie miałbym pojęcia o jej istnieniu. Tymczasem łapiąc znanego Barnarda 86 w lornetach, nie sposób nie zauważyć otoczenia, które przebija swoim pięknem małą celebrycką plamkę czerni. Szerokie pole daje o sobie znać i chwilę potem, pokazując na wschód od B86 kolejny wspaniały obiekt, kolejne objawienie wyprawy - Barnarda 90, o bardzo regularnym, krągłym kształcie i pięknie odciętej ciemnej, mięsistej sylwecie. Będę do niego wracał wielokrotnie podczas tej i kolejnych sesji. Zjeżdżam kawałek na południe do Messiera 7 z otoczeniem. Między Messierem 7 [1] i Messierem 6 [2]. Widać m.in. Barnarda 283 [3], B287 [4], B286 [5], Trumpler 30 [6], Sandqvist 36 [7], NGC 6425 [8], NGC 6416 [9] i NGC 6453 [10]. Blask gwiazd klastra wystarcza do mimowolnego opuszczenia żuchwy, jednak mnogość smaczków w tle przyprawia o autentyczny zawrót głowy. Tuż na północ od M7 wyraźnie odcina się Barnard 283, wypuszczający w kierunku zachodnim dwie wyraźne odnogi ujmujące piękną jasną zatoczkę Drogi Mlecznej. Na południe od największej koncentracji gwiazd w Gromadzie Ptolemeusza łapię B287, jakby obramowanego przez wyciągnięty trójkąt dość jasnych gwiazd (być może składników M7). Dopatruję się też zaznaczonej w Interstellarum smużki, którą B287 wypuszcza na południe, a obok niej wpada w oko piękne ziarniste pojaśnienie niewielkiej gromady Trumpler 30. Żadnych problemów nie sprawia też B286, choć nie pokazuje jakichś wyrazistych krawędzi. Na zachód od M7 wpada w oko wyciągnięty Sandqvist 36, którego dość wyraźny, choć powoli zlewający się z Wielką Szczeliną ślad biorę mylnie za Barnarda 271 (którego w końcu nie dojrzałem, podobnie jak naciąganych B275 i B278). Wyłącznie dla sportu łapię też gromadę kulistą leżącą w tle M7, NGC 6453 - pod tym niebem w 16x70 nie jest ekstremalnym wyzwaniem. Messier 7 najpiękniej wygląda jednak w szerokim, sześciostopniowym polu Fujinona 10x50. Mimo gubienia najdrobniejszych detali, bez problemu łapię wszystkie obiekty przylegające do Gromady Ptolemeusza. O ile mnie pamięć nie myli, NGC 6453 została również wyzerkana. Niewiele skromniej prezentuje się kadr z M6. Brakuje w nim niuansów, jakie mają okolice M7, gdyż sama gromada leży na tle dość gęstego fragmentu Wielkiej Szczeliny - lecz widok jest przepiękny. Gromada, która w dużych lornetach pokazuje na północy Polski ledwie sześć najjaśniejszych gwiazd, tutaj - w 10x50 - pokazuje ich około trzydziestu, lśniących hipnotycznym, niebieskim blaskiem. Na północ i północny wschód od niej łapię dwa maleństwa - NGC 6425 i 6416. Jednak wobec bliskości M6, nie są w stanie zatrzymać mojej uwagi na dłużej. . . . . . Wertuję atlas w poszukiwaniu kolejnej pyłonośnej żyły - i znajduję taką powyżej Fałszywej Komety. Tło nie jest zbyt jasne, ale udaje mi się wyłuskać kilka Barnardów: 252, 53 i 50. Wciąż nie mogę się zmusić do robienia solidnych notatek, ciągle powtarzam sobie, że wrócę tu przecież jutro i wtedy dokładniej opiszę - a jednak nie wracam. Coś mi świta, że złapałem w tym rejonie jeszcze kilka obiektów (obstawiam coś z puli B49, B55, B240 i SLDN27), ale nie jestem sobie w stanie przypomnieć niczego prócz tego, że wszystko było przygaszone, ale wciąż piękne (wersja dla Jurka: paskudztwa). Nocy powoli ubywa, a ja znów wpadam w ciąg, zaczynając od M7 otoczonej ciemnymi mgławicami - to jest absolutnie najpiękniejszy kadr, jaki wywiozę w swojej głowie. Biegam od Rho Ophiuchi do Fajki, od Fajki do Fałszywej Komety, a od niej - do M6-M7, skąd odbijam na północ do B289-LDN1788 i do Barnarda 90. I znów do Rho Ophiuchi. Czuję, jak czas ucieka, jak słabnie koncentracja, nie potrafię jednak odmówić sobie kolejnej porcji upojenia pojaśnieniami, pociemnieniami i klastrami. Nie potrafię wyjść z odurzenia i nie chcę go przerywać. Wcześniejsze myśli o własnym nieprzygotowaniu do wyprawy są wyparte całkowicie przez to, co widzę. Tracę okazję do zidentyfikowania wielu obiektów, po niektórych niedbale skaczę i do których nie wracam (nie robiąc opisu), mnóstwo pociemnień pozostanie dla mnie bezimiennych - ale chcę po prostu chłonąć te cuda i nie myśleć o tym, czy można wycisnąć więcej. Można, ale po co? Nocy, trwaj. . . . . . 16 czerwca Cierpię w Nie-Świecie. Z balkonu widzę nisko pełzający, garbaty Księżyc, który niespecjalnie rozświetla jasną, czerwcową noc. Tęsknię do krainy, gdzie dzień jest dniem, a noc - nocą. Tęsknię do spalonych słońcem zboczy, do chmur zatrzymujących się poniżej miejscówki, do obłędnego gradientu wieczornego nieba. . . . . . Sol 4. Kiedy docieramy na miejscówkę, Skorpion wisi wysoko. Zbieram się w sobie, otwieram notatnik, szykuję dyktafon i zastanawiam się, od czego zacząć. Bogactwo Niedźwiadka kusi od pierwszego rozstawienia lornet, ale tym razem kieruję swą uwagę ku dość wyraźnym kłębom Drogi Mlecznej w Węgielnicy i Ołtarzu. Sięgam po 10x50. Gdzie nie odbiję, wzrok uparcie wraca do NGC 6067 - prawdziwej Królowej Południa. Mimo niewielkiej wysokości nad horyzontem, klaster prezentuje się wspaniale. Jest wyraźnie skoncentrowany i nieco przywodzi na myśl widok ubogiej gromady kulistej widzianej w teleskopie. 16x70 pokazuje około pięciu najjaśniejszych gwiazd w centrum, dorzucając zerkaniem diamentowy pył 30-40 gwiazd leżących wokół. Parę stopni poniżej łapię kolejną otwartą, NGC 6087. Na pierwszy rzut oka widzę asteryzm w kształcie tarczy, której wschodnia krawędź kryje drobną koncentrację, nieco ziarnistą w większej z lornet. Kawałek dalej natrafiam na kolejną gromadę, NGC 6134, “przyklejoną” do słabej gwiazdki. Klaster jest podskórnie ziarnisty i choć mały, nie szukam mocniejszego powiększenia. Jest pięknie tak, jak jest. Czeszę Drogę Mleczną w szerokim polu - chociaż Galaktyka nie świeci zbyt mocno parę stopni nad taflą Atlantyku, to jednak pięknie widać pojaśnienia i wycinające je pasy pyłowe. Szwędaczka przynosi jeszcze podwójny bonus: gromady NGC 6200 i 6204. Pierwsza z nich jest wyraźnie większa, widać w niej około 10-12 gwiazd na wyraźnym pojaśnieniu tła. Leżąca nieco wyżej NGC 6204 jest mała i skupiona. Z początku widać w niej tylko węzeł 4 słabych gwiazd, ale zerkając odnoszę nieodparte wrażenie, że składników gromady jest więcej. Oba klastry są dobrze widoczne w obu lornetkach i pięknie się komponują w kadrze razem z wszędobylskimi ciemnotkami. Ołtarz i Węgielnica z NGC 6067 [1], NGC 6087 [2], NGC 6134 [3], NGC 6200 [4], NGC 6204 [5], NGC 6397 [6], IC 4651 [7], NGC 6352 [8], Sandqvist (SDN) 189 [9], SDN 188 [10], SDN 187 [11] i Barnard 235 [12]. Przeskakuję do Ołtarza. Wycelowuję w Alfę Arae, a od niej odbijam cztery stopnie na południe, do gromady kulistej NGC 6397. Największa perła konstelacji prezentuje się wspaniale, choć wisi naprawdę nisko nad horyzontem. Wygląda na mocno skoncentrowaną ku centrum, a jej halo zdaje się być delikatnie ziarniste. W mniejszym Fujinonie nie ma śladu ziarnistości, ale wyraźnie wybija się jasne jądro i kilkukrotnie większe halo. Wracam do Alfy. Tuż na zachód od niej czeka kolejna perełka - gromada otwarta IC 4651. W 10x50 widać ją jako piękną, niemal idealnie okrągłą mgiełkę, zerkaniem delikatnie ziarnistą. W 16-krotnym powiększeniu ziarnistość staje się ewidentna, dwie gwiazdy wybijają się nieco, a jaśniejsza z nich pokazuje jakby lekko rdzawy odcień. Podziwiając gromadę, nasuwa mi się porównanie do Róży Karoliny, której IC 4651 wydaje się być miniaturką. Dwa stopnie wyżej kadr uzupełnia gromada kulista NGC 6352 - bardzo dobrze widoczna w obu lornetkach, choć - zapewne przez bezpośrednią bliskość NGC 6397 - nieco mdła. Wracam do Węgielnicy. Najbardziej oczekiwanymi przeze mnie obiektami północnej części konstelacji były trzy wyraźne na zdjęciach pasma pyłowe układające się w sylwetę lecącej mewy lub - jak kto woli - przetrąconej litery T. Całość nie jest wybitnie skontrastowana, ale bez problemu łapię biegnącego południkowo Sandqvista 189 i równoleżnikowo ułożoną parę SDN 187-8, na zachód od SDN 189. Nieco mniej wyraźne zdaje się być pociemnienie leżące na wschód od północnego cypla SDN 189, lecz o pomyłce nie może być mowy - smuga schodzi (jak na zdjęciach) lekko ukośnie w dół. Łowię też leżącego nieopodal zwartego Barnarda 235, który mimo położenia na tle pomniejszych przepyleń, odcina się dość wyraźną ciemną plamą. W 10x50 sam rejon jest również wyraźny - wyłapanie kompletu Sandqvistów i Barnarda nie sprawia większych problemów. Jednak spoglądanie przez małego Fujinona niesie ze sobą niebezpieczeństwo - w kadrze łapie się już fantastycznie lśniąca Fałszywa Kometa, a zaraz obok będzie przecież Fajka, B289, Gromada Ptolemeusza… Zbliżenie na kompleks SDN 187-189. Zaznaczone obiekty to NGC 6259, NGC 6249, Barnard 235 [3], SDN 189 [4], SDN 188 [5], SDN 187 [6], NGC 6204 [7], NGC 6200 [8]. Odbijam na Stół Skorpiona, który ma dla obserwatora jedną fantastyczną cechę: pozwala najpierw bez problemu dostrzec obiekt, który dopiero później należy zidentyfikować. To prawdziwa kopalnia dla poszukiwaczy pojaśnień i pociemnień. Już od pierwszego przeczesywania rejonu, mój wzrok przykuwa fantastycznie odcięta plama Barnarda 263 o bardzo dobrze zaznaczonej północno-zachodniej krawędzi. B263 zdaje się być zwieńczeniem długiej smugi ciągnącej się delikatnym łukiem na przestrzeni jakichś 5°, która kończy się gdzies w rejonie między Shaulą a M7. Ów pas jest zauważalnie niejednorodny - widać w nim zagęszczenia i odchodzące pyłowe “odpryski”. Dwa najwyraźniejsze pociemnienia identyfikuję jako Sandqvist-Lindroos (SLDN) 26 oraz sklejony w jedną, wyrazistą plamę ciąg mgławic: FeSt2-274 z północnym przedłużeniem w postaci SLDN 28-29. Przy uważniejszym patrzeniu, obie lornety pokazują jeszcze jedną smugę, niemal sklejoną do Sandqvista-Lindroosa 29 - równolegle biegnącą HMSTG 349.7-3.9 (alias SDC 349.7-3.9). Kawałek na wschód pięknie tli się Trumpler 29, widoczny jako węzeł trzech gwiazd na tle ładnego pojaśnienia. Wschodnia część Stołu Skorpiona z Barnardem 263 [1], SLDN 26 [2], SLDN 28-29 [3], FeSt2-274 [4], HMSTG 349.7-3.9 [5], Trumpler 29 [6], FeSt1-397 [7], NGC 6322 [8], HMSTG 345.2-2.9 [9], NGC 6259 [10] i NGC 6249 [11]. Komplet pyłowych obłoków uzupełnia rozciągnięte na jakieś 45’ dość wyraźne pociemnienie między Iotą a Kappą (prawdopodobnie jest to wschodnia krawędź sporej, choć dość przezroczystej grupy pyłów skatalogowanej jako FeSt1-397) oraz HMSTG (SDC) 345.2-2.9, tuż na zachód od NGC 6322 - gromady obramowanej przez trójkąt równoboczny, wewnątrz którego 16x70 pozwala wyłuskać nieco drobnicy wybijającej się z pojaśnienia słabszych składników. Fuji 10x50, choć gubi detal tej drobnicy, pokazuje ów klaster w przyjemniejszy dla oka sposób. Nieco dalej na zachód wyskakuje kolejna parka gromad: NGC 6259 i 6249. Pierwsza z nich prezentuje się bardzo mgławicowo, w 10x50 jest zupełnie gładka i jednorodna. 16x70 ledwo pokazuje ślad jej ziarnistości. Druga gromada zdaje się być węzełkiem czterech gwiazd, zatopionym w delikatnym pojaśnieniu. Wracam do swoich pyłów. Wyobraźnia grupuje smugi w różne kształty i konstelacje, oczy próbują się tym bogactwem nasycić, ale to jak jedzenie zupy widelcem. Robię krótką rundkę po Skorpionie i Strzelcu, zmieniając lornety lub odpoczywając od nich całkowicie. Nie wiem, kiedy mija kolejna godzina, nie wiem kiedy wybija czwarta. Daję sobie w końcu sygnał do odwrotu. Po kolejnej godzinie na asfaltowej karuzeli, docieram do La Punta. . . . . . xnasty lipca Środziałek, wtopiątek, czwardota, - i tak w kółko. Każdy dzień podobny do innego, każdy zlany z innym, każdy równie nijaki. . . . . . Sol 6. “Jest zaaaaajjjjjjeeeeebbbiiiissssccciieee!!!!!” “Właśnie się budzę, za kwadrans ruszam do Was” - odpisuję Maksowi. Jest prawie wpół do pierwszej. Wszystko zgodnie z planem - Księżyc zachodził dość późno, więc wykorzystałem parę godzin wieczoru na dospanie. Siedzę nieprzytomny na skraju łóżka. Lewy odpuścił dzisiejszą sesję, a samemu ciężko kopnąć się w rzyć. Przed ponownym padnięciem na poduszkę powstrzymuje mnie kolejny sms od Maksa. “Śpiewam sopranem do Omegi C”. Oczy potwornie sklejone, ale naprawdę trzeba się zbierać. Docieram na miejsce o wpół do trzeciej. Większa część Skorpiona już minęła południk, mam jednak niedokończone porachunki ze Strzelcem - nigdy nie widziałem ciągu kilku Barnardów w dolnej części łuku Krotosa. Wyjątkiem jest B87, który wielokrotnie przykuł moją uwagę przy okazji kręcenia się w okolicach M7. Pyłowe cudeńka na wschód od M6-M7: Barnard 295 [1], B298 [2], LDN 29 [3], B305 [4], B300 [5], B87 [6], B292 [7], FeSt2-299 [8], LDNy 1758 [9] oraz LDN 1788 [10]. Niechętnie odrywam się od LDN 1788 i łapię w środku kadru Alnasi, Gammę Strzelca. Przy samej gwieździe widać spore pociemnienie Barnarda 295, delikatnie niejednorodne. Dwie największe koncentracje pyłów, które łapię, to LDN 29 i Barnard 298, tuż powyżej γ Sgr (początkowo drugą z ciemnotek biorę za jedno z zagęszczeń w obrębie B295). Do tej dwójki dostaję gratis bezimienne, nieco większe, ale delikatniejsze pociemnienie niecały stopień na północ - północny wschód od Alnasi, a w południowej, wyraźnej krawędzi B295, udaje mi się wyzerkać piękną ciemną łezkę. Kolejnym obiektem na liście jest Barnard 305, okupujący przestrzeń wokół 7-magowej gwiazdki (w jej okolicach jest najciemniejszy). Poświęcam mu dłuższą chwilę, bo chcę wyłapać charakterystyczną mackę, którą wypuszcza w kierunku północno-zachodnim. Po jakiejś minucie zerkania, łapię delikatne, wyciągnięte pociemnienie długości około jednego stopnia. Leżące na południowy zachód Barnardy na pierwszy rzut oka płynnie przechodzą jeden w drugi. Z pyłowej ciżby izoluję najpierw B300 (zauważalnie ciemniejszy pośród pyłów, ale bez wyraźniejszych krawędzi) a potem zatrzymuję się przy widzianym już parę razy wcześniej Barnardzie 87, zwanym Głową Papugi. B87 zdecydowanie wybija się w towarzystwie, głównie za sprawą ostro odciętej krawędzi północno-wschodniej i niewiele słabszej, zachodniej. Dodatkowo jego obecność podkreśla łańcuszek trzech słabych gwiazdek przylegających do mgławicy od południowego wschodu. Ostatni w rzędzie jest Barnard 292, graniczący na zachodzie z opisanym wcześniej B283. Jego kontury w Interstellarum za nic nie chcą nałożyć się na to, co widzę - a widzę rozległą ciemnotkę o dość złożonej strukturze, w której wybija się parę pociemnień. Najwyraźniejsze z nich widać na północy obłoku, podobne w kształcie i rozmiarach do B87, jednak nie tak skontrastowane z tłem. Kolejna czarna kropa jest tuż na południowy zachód, następna - w lewo w dół, wyraźniejsza w zachodniej części, rozmywająca się ku wschodowi. W sumie dopatruję się pięciu, może sześciu pociemnień na przestrzeni około stopnia kwadratowego. Zanim znów wsiąknę w kadr z B283 nad Messierem 7, łapię jeszcze dość wyraźny rejon LDN 1758 - FeSt2-299. ... Narastające zmęczenie daje o sobie znać coraz mocniej, muszę chwilę odpocząć od lornet. Dobry pretekst podsuwa Maks: - Maras, nastaw tego całego Węża. Star-hopping 22-calowym kolosem prosty nie jest, ale po chwili teleskop jest wycelowany w pożądany region. I pokazuje Węża w pełnej krasie: z trzema wygięciami i dwiema wyraźnymi koncentracjami pyłów. Powiększenie jest znaczne, źrenica nie największa, ale jednak widzę cielsko pyłowego gada wyraźniej niż kiedykolwiek. Idziemy za ciosem i wycelowujemy w Plamę Atramentu. Okazuje się, że i na ten widok nie jesteśmy do końca przygotowani. Zamiast kropki przy gromadzie, widać mięsistą chmurę o poszarpanej zachodniej krawędzi, w której wybija się kilka cyplów i zatoczek. NGC 6520 również zdaje się lubić mocniejsze powiększenia. Jest pięknie. Chłopaki powoli przerzucają się na Układ Słoneczny - łapią niebywałe detale na tarczach Marsa i Saturna, a nawet nie żałują sobie dotarcia do Plutona. Ja pozostaję monotematyczny. Fragment Korony Południowej z SLDN 39 [1], SLDN 40 [2], NGC 6726 [3] i NGC 6723 [4]. Celuję w przygaszony łuk Korony Południowej. Bez problemu łapię gromadę kulistą NGC 6723 nad Epsilonem CrA, widzę też niewielkie pojaśnienie mgławicy refleksyjnej NGC 6726. Po chwili wyłapuję też dość krótką kreskę ciemnej mgławicy Sandqvist-Lindroos 39-40. Całość nie wisi szczególnie wysoko, cieszę się więc, że złapałem aż tyle. Zmęczenie nawarstwia się, a przecież trzeba zachować jeszcze sporo koncentracji na godzinę jazdy po naprawdę ciasnych serpentynach górskich. Potrzebuję łatwego celu na zakończenie sesji. Wybór pada na górującego Messiera 22. Okolice Messiera 22 [1] i Messiera 28 [2] wraz z NGCami: 6638 [3], 6642 [4] i 6629 [5]. Omegę widziałem ostatnio trzy dni temu, nieśmiało więc nazywam M22 wielką. Gromada jest niezwykle jasna i wyraźnie ziarnista na obrzeżach. Kadr obok jaśnieje M28 - piękna, skoncentrowana, z wyraźnym halo. Przejeżdżam w lewo i widzę kolejną gromadę kulistą, NGC 6638. Choć wyraźnie ustępuje obu Messierom, jest w zasadzie całkiem wyraźna, a nawet lekko puchata w 16-krotnym powiększeniu. Łapię też czwartą kulkę w okolicy, leżącą bliżej M22, NGC 6642. Ta wydaje się być przyklejona do małej gwiazdki, ale nie sprawia większego problemu w 16x70. Nieco problematyczna okazuje się za to pobliska planetarka NGC 6629. 10x50 pokazuje punktowe pojaśnienie w miejscu, gdzie powinna być mgławica, ale 16x70 weryfikuje je jako słabą gwiazdę. Jednakże zguba zaraz się znajduje, jako niewielki duszek przy odległym słońcu. Zegarek wskazuje wpół do piątej. Kasjopeja coraz wyżej podnosi swoje szerokie “W” nad Atlantykiem, a Wielki Wóz szykuje się do pełnego zanurzenia. Dopijam kawę i pakuję graty, dając kofeinie czas na zadziałanie. Zjeżdżam w końcu ze Skały Chłopców - jak się okazuje, po raz ostatni. . . . . . ... lipca “Brakuje mi tylko powietrza Jeść mi tu dają i pić” . . . . . Sol 9. Po cudach Routy de los Volcanos i Las Cañadas, organizm woła o regenerację. Ostatnią noc na La Palmie, jak i kolejną - już na Teneryfie - przesypiam. Kolejnej odpuścić już nie mogę. Mimo zmęczenia wiem, że to w zasadzie ostatnia szansa na nacieszenie się Skorpionem na długi czas. Pakujemy się na obserwacje w mocno okrojonym składzie - już tylko z Maksem i Staszkiem. Tym razem wybieramy małą zatoczkę na północnych stokach Cumbres de Ucanca. Tutaj mamy bardziej odsłonięty horyzont, nie będą nam też dokuczać światła przejeżdżających aut. Niestety, kosztem bardziej zauważalnego zanieczyszczenia światłem. Coś za coś. Zaraz po wyjściu z auta łapię Messiera 13, a dosłownie kilkanaście sekund później - M92. Są oczywiste bez żadnej dłuższej adaptacji, wystarczą szerzej otwarte źrenice. Nie przypominam sobie, by w Bieszczadach walka z kulkami Herkulesa szła mi równie łatwo. A jednak… w głowie przede wszystkim kołacze myśl, że na La Palmie było lepsze niebo. Przykładam lornetkę do oczu i widzę wszystkie obiekty odarte z co delikatniejszych detali. Fajka - wyraźna, ale gdzie te niuanse pyłów na południe od niej? Barnard 289 - mocno wycięty, ale brakuje miękkości tła. Messier 7 - piękny, lecz jakby nieco matowy. Już tęsknię za niebem La Palmy. Chcę jednak treściwie wykorzystać ostatnią noc obserwacyjną. Zaczynam od największego regionu, który dotychczas omijałem, pomiędzy wschodnią granicą Fajki a kompleksem Laguny i Trójlistnej Koniczyny. Odbijając od tej ostatniej w prawo, łapię NGC 6469, ziarniste pojaśnienie gromady otwartej zagubionej pośród czarnych połaci obłoków pyłowych. Gromada leży na północno-wschodnim krańcu gwiazd ósmej i dziewiątej wielkości - i ta charakterystyczna formacja kilka razy uratuje mnie podczas błądzenia w tym rejonie. Między M23, Laguną a Fajką: NGC 6469 [1], Barnard 279 [2], B280 [3], B84 [4], B84a [5], B276 [6], B286 [7], B270 [8], B80 [9], B282 [10], B281 [11], B277 [12], B274 [13] i B272 [14]. Łowienie ciemnotek zaczynam od sporego Barnarda 279, ale z miejsca moją uwagę przykuwa wielka, niemal czarna plama widoczna jakiś stopień na północ. Dłuższą chwilę walczę z poprawną identyfikacją rejonu i z atlasem, który przedziwnie interpretuje ciemnotki. Dodatkowo rejon nie należy do najłatwiejszych orientacyjnie ze względu na nikłą ilość charakterystycznych układów gwiazd. Za to przepyleń jest pod dostatkiem, ale te przeważnie te są sklejone ze sobą lub mają dość rozmyte krawędzie. W sumie - jest podobnie jak w gromadzie Coma-Virgo, tyle, że nieco inaczej. Na północ od B279 łapię sporą i dość wyraźną plamę B280. Nad nią bez problemu łapię Barnarda 84 widocznego jako idąca prawie poziomo, wyrazista smuga, ciemniejsza na swoim wschodnim krańcu, tam gdzie zlewa się z B280. Tymczasem wielka ciemna plama po prawej wciąż nie daje mi spokoju. W końcu trafiam w Interstellarum na blady ślad tej najwyraźniejszej ciemnotki rejonu - Barnarda 276. Tam, gdzie atlas wskazuje jej położenie, znajduje się najwyraźniejsza część mgławicy. Ku południu traci ona na gęstości i sprawia wrażenie delikatnie rozczłonkowanej. Próbuję walczyć z małym Barnardem 80, który wisi gdzieś poniżej B276, ale nie jestem w stanie dostrzec żadnego pociemnienia w tym miejscu. Półtora stopnia na północny zachód łapię Barnarda 268. Staram się wyzerkać jego macki obramowujące jasne zatoczki przy wschodniej krawędzi mgławicy i nawet w którymś momencie zaczynam je widzieć. Jednak jest to ten moment obserwacji, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać nad siłą autosugestii. W każdym razie, wydaje mi się, że oprócz nieregularności wschodniego konturu, widzę też B270 - ciut ciemniejszą kropę doklejoną do północno-wschodniego cypla B268. Ale tak naprawdę, przestaję być pewien jakiegokolwiek detalu w tym miejscu, co gorsza - zaczynam wyrzucać sobie, że nie wziąłem się za ten rejon na La Palmie. Byłoby znacznie łatwiej. Wracam do mojego niezawodnego drogowskazu - NGC 6469 i zbiegam w prawo po łańcuszku gwiazd. W oko wpada ciemna ostroga Barnarda 282, wyraźnie wyciągniętego w osi północ-południe. Cóż za odmiana po paskudztwach leżących parę stopni wyżej! Łapię też raczej subtelnego Barnarda 281 - atlas pokazuje małą podkówkę, ja widzę raczej rozmemłane pociemnienie. Nie wiem, może na zdjęciach profesor z Nashville dopatrzył się czegoś więcej? Dostrzegam też kilka ładnie wyciętych przepyleń na północ i północny wschód od B282, doklejonych jakby do łańcuszka słońc prowadzących do NGC 6469, ale żaden z katalogów się do nich nie przyznaje. Zachęcony małym sukcesem, postanawiam złapać kilka okolicznych Barnardów. Jako pierwszy pada B277 - w atlasie zaznaczony kształtem grotu skierowanego na zachód. W lornetce niby widać ów kształt, lecz nieco rozmyte kontury każą zanotować obecność mniej kanciatego, lekko obłego pociemnienia. Dużo wyraźniejszy okazuje się zarys Barnarda 274, na którego przedłużeniu łapię też B272. Dalej na zachód Barnardów nie brakuje (atlas pokazuje ich sporo), brakuje za to sił. Ze zmęczenia szumi mi już w głowie. Spoglądam w tył na lewo - Galaktyka Andromedy świeci już zaskakująco wysoko. Skorpion kładzie się już swym tułowiem wzdłuż linii horyzontu, spoglądam jeszcze raz na Lagunę przeciętą w pół ciemnym pasem, na wciąż wyraźnego Brykającego Konia i Messiera 23 z nieodłączną maczugą Barnarda 84a. Bez dalszego identyfikowania błądzę po znanych i nieznanych przepyleniach nieba. W końcu ostatni raz spoglądam na Messiera 7 i powtarzam sobie, że kiedyś się jeszcze zobaczymy. . . . . . Sol 11. W samolocie myśli wciąż szumią. Co pozostało w głowie? Co pozostanie po miesiącu czy dwóch? Kilka wyblakniętych kadrów? Ile da się przywołać z pamięci, a ile przepadnie? Zapewne najłatwiej będzie przywołać zawrót głowy i podskórne niedowierzanie, które towarzyszy od pierwszego spojrzenia w niebo. Nosząc w głowie pewien standard jakości obserwacji, w ciągu paru nocy zwyczajnie nie idzie oswoić się ani z czystością i stabilnością suchego powietrza, ani z takim bogactwem obiektów. W pewnym sensie, sesja w takich warunkach jest jak nagłe, choć spodziewane, uderzenie w pysk, z którego ciężko się otrząsnąć do ostatniej minuty obserwacji. Z drugiej strony - gdzież tym obserwacjom do poznanych Messierów i “engieców” nieba północnego? Ile detalu obserwator wyłuska w pierwszej chwili, a ile może wycisnąć z obiektu oswojonego wcześniej? I dalej, jak obserwować rzeczowo, skoro serce mocniej bije na sam widok galaktycznych wspaniałości? W końcu - ile stopni kwadratowych nieba da się przetrawić podczas kilku nocy? Myśli krążą między poczuciem satysfakcji z wyłapania kilkudziesięciu nowych DS-ów, a poczuciem rozczarowania własną postawą, nieprzygotowaniem i w konsekwencji - pominięciem wielu obiektów. Obawiam się, że przy każdym spojrzeniu w atlas lub na zdjęcie nieba południowego, widząc kolejną wyraźną ciemną plamę czy jasne skupisko gwiazd pomyślę o tym, czy dostrzegłem ów obiekt - ale nie zanotowałem, czy zwyczajnie przegapiłem? Całą drogę próbuję zgadnąć, co w końcu zatryumfuje - przesycenie czy jednak niedosyt... . . . . . 11 czerwca, 23:30 Jesteśmy na lotnisku w Modlinie. Choć jest bezchmurnie, niebo - to prawdziwe niebo - ginie w pomarańczowej, stołecznej łunie. Mars i Antares, ledwo widoczne, wiszą rozpaczliwie nisko nad horyzontem. Chce mi się wyć.
  6. Autorem niniejszego odcinka Obiektu Tygodnia jest Lukost z sąsiedniego forum. Miłej lektury! Hmm, dzisiejszego popołudnia postanowiłem udowodnić, że pojawiające się tu i ówdzie pogłoski o śmierci cyklu są przedwczesne, a marazm i zastój w temacie to tylko efekt uboczny tzw. sezonu ogórkowego. W niniejszym odcinku zahaczę o kolejny obiekt nieba południowego, który jednakowoż można łowić – czasem z całkiem dobrym skutkiem – z naszych szerokości geograficznych. Niezależnie od niewielkiej wysokości nad horyzontem (deklinacja prawie -15stopni), to cel obiektywnie trudny, wymagający ciemnego, przejrzystego nieba nad południowym horyzontem; niemniej, gdy nabierzemy już ogłady obserwacyjnej i nauczymy się go widzieć, wyda nam się banalny. Panie i Panowie, przedstawiam Galaktykę Barnarda. Pana Edwarda Emersona Barnarda znamy głównie z bogatego dorobku w zakresie odkryć i katalogowania ciemnych mgławic, jednak gdzieś pośród mrowia pyłowych pasm i plam odnajdziemy kilka rodzynków, emitujących, względnie odbijających promieniowanie w paśmie widzialnym (a nie tylko je przesłaniających). Przykłady? Mgławice Kokon (IC 5146, odkryta w 1893 r.) czy Barnard 10 w Byku. Do tych nielicznych wyjątków zalicza się także NGC 6822 (bo takie oznaczenie katalogowe ma nasz cel), odkryta 17 sierpnia 1884 roku z użyciem sześciocalowego refraktora. Rzeczony engiec to nieregularna galaktyka karłowata, należąca do Grupy Lokalnej. Znajduje się w odległości ok. 1,6 miliona lat świetlnych od Ziemi, zaś jej średnicę szacuje się na ok. 6000-7000 lat świetlnych - co przekłada się na rozmiar kątowy ok. 15.5'x13.5'. Spore rozmiary (przy jasności 8.7mag) oznaczają niestety niską jasność powierzchniową (tylko ok. 14.4 mag/arcmin2). W skład galaktyki wchodzi ok. 10 milionów gwiazd (w tym 11 cefeid, wykrytych przez E. Hubble'a i wykorzystanych do pomiaru odległości obiektu), zaś jej struktura jest zbliżona do Małego Obłoku Magellana - choć jest zdecydowanie mniej zasobna w gwiazdy. Dobra, koniec kopiowania Wiki, pora na konkrety obserwacyjne. Starhopping jest banalny – ja każdorazowo na chybił trafił kieruję szukacz/lornetkę pomiędzy Strzelca i Koziorożca, wypatrując charakterystycznego trójkąta złożonego z gwiazd 54 i 55 Sgr oraz SAO 162931 (wszystkie o jasności 5mag z hakiem, do wyłapania gołym okiem). Resztę wyjaśni nam zrzut ekranowy ze Stellarium. Nie mam wątpliwości, że NGC 6822 to wspaniały cel lornetkowy. Pod dobrym, bieszczadzkim niebem nie sprawiała mi najmniejszych problemów w lornecie 15x70 - pojawiała się z marszu, jako nieokreślonego kształtu, subtelne, lecz oczywiste pojaśnienie. Pod niebem wiejskim, przechodzącym w podmiejskie (Przełęcz Knurowska nad Ochotnicą Górną czy Domański Wierch w okolicy Czarnego Dunajca) okazała się nieco trudniejsza, niemniej w dobre noce, po chwili wpatrywania się również nie była jakimś ekstremum – po prostu trza było bardziej przyssać się do okularów. Gdybym miał wskazać przyrząd optyczny najbardziej predestynowany do obserwacji obiektu bez wahania powiedziałbym, że w jej przypadku zdecydowanie najlepiej sprawdzają się przerośnięte dwururki – lornety 25x100 czy 28x110 to jest to! Widok z dużych niutków, gdzie brakuje zapasu pola wokół galaktyki, jakoś do mnie nie przemawia... Istotne jest, by obserwując z użyciem teleskopu nie przesadzić z powiększeniem, bo obiekt zwyczajnie zginie w tle. Jeśli masz okazję wyrwać się na dalekie południe, nie zapomnij o Galaktyce Barnarda. Po oglądactwie pod ciemnym niebem RPA, gdzie dane nam było podziwiać ją w drugiej części nocy praktycznie w zenicie, zanotowałem, że w polu widzenia lornety 15x70 wyskakiwała od razu - jako spory, choć ulotny, blady owal. Próbowałem ją wyłuskać także moim Nikonem 7x50, lecz tu już pewności nie mam. Niby coś tam majaczyło, ale... Interesujące rzeczy działy się natomiast w polu widzenia super plossla 26 mm, umieszczonego w wyciągu SCT 8 - mianowicie plama robiła się jakaś taka kaszkowata i ziarnista... Nie ma mowy o złudzeniu – podobny obraz widywałem podczas kilku kolejnych obserwacji. Cholernie jestem ciekaw, czy ktoś z Was widział ją w lornecie pięćdziesięciomilimetrowej? Co tam jeszcze? No tak, zajawki graficzne. Tak to wygląda z pustyni Negev: źródło: www.deepskywatch.com a tak na porządnej astrofocie: źródło: www.caelumobservatory.com Złapałeś już NGC 6822? - no to podziel się wrażeniami. Jeszcze nie? - spróbuj i koniecznie daj znać, jak poszło! PS W jednym z odcinków cyklu OOTW na deepskyforum można sobie poczytać o łapaniu obszarów HII w Galaktyce Barnarda, ale to zabawa dla chłopaków dysponujących naprawdę dużymi, hmm, instrumentami. Jacyś chętni do podjęcia wyzwania?
  7. Niedosyt czasami bywa piękną siłą sprawczą - lub kopniakiem w rzyć, jak kto woli. Po śladowych ilościach siedzenia pod gwiazdami w lipcu i sierpniu, za to wypoczęty po urlopie, obiecywałem sobie dużo po wrześniowym nowiu. Tymczasem upalne lato kiedyś musiało się skończyć, a wilgoć - zacząć kłębić w przestworzach, by potem gwałtownie przemieszczać się pionowo w dół. Do tego stabilne wcześniej fronty zachwiały się na Europą, przeciągając całe masy powietrza z jednego krańca na drugi. W tę przejściową pogodę wpisał się Zatom. W pewnym sensie wizyta na zlocie przypominała wizytę w klubie go-go - zostawiłem tam trochę kasy, niby naładowałem baterie, ale - jako, że do niczego konkretnego nie doszło - wyjeżdżałem bez satysfakcji. Ze wspomnień obserwacyjnych mogę więc przywołać jedynie tępe spojrzenie w czeluść w miarę pogodnego nieba w pierwszy wieczór, kiedy byłem potwornie zmęczony. Niedosytu wywiozłem więc ze zlotu pod dostatkiem. Ale to ów niedosyt miał mnie wypchnąć parę dni później, mimo przeciętnych prognoz. Kiedy powoli zacząłem się już godzić z myślą, że wrześniowy nów mi umknie, kiedy niebo okazało się być niespodziewanie łaskawe w piątkowy wieczór - spakowałem więc manatki (10x50 i gościnnie - 20x80) i tuż po 21:00 byłem gotowy do drogi na miejscówkę. Spoglądając na niebo tuż przed wejściem do auta, zauważyłem przechodzące obłoczki - i mimo, że mogły oznaczać, że obserwacji nie będzie wcale, a w najlepszym razie - że będzie ich niewiele, zaryzykowałem. Bliziny powitały mnie jeszcze całkiem ciepłym powietrzem, niewielką wilgotnością i kapitalną przejrzystością. Obłok Gwiezdny Tarczy, mimo nieznacznej wysokości nad horyzontem, mocno przykuwał wzrok, Droga Mleczna świeciła mocno, jak rzadko kiedy w tej bliskości aglomeracji trójmiejskiej, a wyraźne gwiazdy w Strzelcu muskały nieznacznie zaświetlony południowo-zachodni horyzont. – Świeć. … – Rozkazuję ci, świeć! … – Cholerna bateria... Cholerna bateria lub niedbale włożona do torby (czyżby jeszcze w Zatomiu?) włączona latarka i brak zapasowego źródła światła spowodowały, że byłem bliskie zakończenia sesji przed czasem - przynajmniej jeśli chodzi o próbę wyłapania jakiegokolwiek nowego obiektu. Tym razem na szczęście, wujek G. jest wszędzie - naprędce ściągnąłem aplikację Red Telescope Flashlight, która zabarwiła ekran smartfona na czerwono. Rozwiązanie oczywiście nie było idealne, ale na bezlatarczu i smartfon latarka. … Sesję rozpocząłem od Obłoku Gwiezdnego Tarczy. Dzika Kaczka (M11) już dawno przestała być dla mnie magnesem, padła jednak jako pierwsza, gdyż jej jasność czyni zeń świetną boję nawigacyjną w rejonie. Rzeczywistym celem były wspaniałe międzygwiezdne chmury pyłowe, których w Tarczy jest prawdziwe zatrzęsienie. Wycelowałem 10x50 tuż na zachód od M11, w ścisłe okolice sporego asteryzmu Konik Morski (vel Haczyk na Ryby), tam, gdzie blask gwiezdnego obłoku urywa się nagle za sprawą dryfujących bliżej Słońca ciemnych mgławic, jak skalpel ucinających zachodnią granicę jasnego tła ramienia Galaktyki. Region ten zgrubnie określany jest jako Barnard 103, choć sam Barnard pod tym numerem skatalogował niewielką koncentrację w gęstej międzygwiezdnej pyłowej zupie. Wizualnie wzrok przykuwała wyraźna, wąska smuga wędrująca niemal południkowo, odcinająca jedną z przebitek jasnego tła. Kolejna przebitka odległego Ramienia Tarczy, skatalogowana jako NGC 6682, również świetnie odcinała się od pyłowych wspaniałości pierwszego planu. Największą uwagę poświęciłem jednak samej B103 z przyległościami. Przez pewien czas wodziłem wzrokiem wzdłuż Konika Morskiego, śledząc granicę światła i cienia, wymiennie przez 10x50 i 20x80. Następnie odbiłem od boi nawigacyjnej nieco ku północy, obejmując w szerokim kadrze wielkie półkole Barnarda 111. Przejrzystość nieba pozwoliła całkiem wyraźnie zidentyfikować nie tylko wschodnią granicę obiektu (zwykle dobrze widoczną), ale również i zachodnią. Za to wyodrębnianie mniejszych obiektów wewnątrz samej B111 poszło znacznie gorzej, niż mogłyby wskazywać na to warunki. źródło: A Photographic Atlas of Selected Regions of the Milky Way (E.E. Barnard) Zacząłem od próby wydzielenia B110 i B113. O ile na zdjęciach ich obecność potrafi rzucać się w oczy, o tyle wizualnie ginęły one na dość ciemnym tle B111. Momentami wydawało mi się, że widzę nieznaczne pociemnienie tam, gdzie powina być B110, jednak obecność dwóch gwiazd 8 wielkości mogła sugerować wyobraźni wytyczenie granicy pomniejszej mgławicy właśnie przy nich. Niewiele lepiej poszło mi z B320. Mogę ją teoretycznie zaliczyć jako zaobserwowaną, jeśli (nie bezpodstawnie) uznamy, że numer ten odnosi się do południowo-wschodniego krańca księżycowatej B111. Niemniej, jakikolwiek detal - tak wyraźny na zdjęciach - był poza zasięgiem, po raz kolejny też nie udało mi się oddzielić B320 od B111. Widząc, że również niewiele wskóram próbując rozdzielić drobne pyłowe kłaczki na wschód od wyraźnej B119a,omiotłem tylko wzrokiem plamę B112 i strużki B114-118 (z wszystkimi numerami po kolei) i przeniosłem się jeszcze kawałek dalej w lewo, szukając szczęścia gdzieś przy stopie Antinousa. Po napatrzeniu się na jasną połać Obłoku Gwiezdnego Tarczy, tło gwiezdne parę stopni na wschód nie mogło nie wydać się ubogie. Twardo jednak okryłem się kapturem, by w pełni zaadoptować wzrok i poczekałem na nieznaczne pojaśnienie tła. Z czasem zacząłem widzieć więcej w tym miejscu, lecz leżące tu Barnardy 133 i 134 nie kwapiły się zbytnio z coming-outem. Dodatkowo każde niecierpliwe spojrzenie na mapę było okupione małą utratą adaptacji - lecz w końcu zamajaczyła mi we właściwym miejscu eliptyczna, nieco wydłużona sylweta B133. Z każdą chwilą stawała się coraz wyraźniejsza, choć powiedzieć o niej “wyraźna” nie mogłem nawet pod koniec naszego tête-à-tête. Mimo niewielkich rozmiarów, ciemnotka poddała się nawet w 10x50. Za to B134 pozostała poza zasięgiem obu dwururek. Obiekty w Tarczy i okolicach z wolna zaczęły tracić kontrast. Dobiegało końca okienko między zapadnięciem ciemności nocy astronomicznej a sensowną wysokością rejonu nad horyzontem. Przeniosłem się więc do delikatniejszego, wyżej świecącego Obłoku Gwiezdnego Gammy Orła i kolejnych ciemnych mgławic, które świecą na jego tle bądź go okalają. źródło: http://astropolis.pl/topic/45658-konstelacja-orla/ Na pierwszy ogień poszła oczywiście “E” Barnarda, czyli duet B142-143. Zazdroszcząc najwyraźniej Lukostowi wyłuskanego pod bieszczadzkim niebem detalu, przykleiłem się do muszli okularowych większej z lornet, by wycisnąć jak najwięcej w dobrych blizińskich warunkach. Wszystkie równoleżnikowe poprzeczki kompleksu pyłowego były świetnie widoczne, zwracał również uwagę gradient powoli ginących ku południowemu zachodowi dość wyraźnych (i najwyraźniej bezimiennych) przepyleń, ograniczających południową część Obłoku Gammy Orła od wschodu. Moją uwagę przykuła mocniej odwiedzana wcześniej mała łukowata smuga oznaczona jako B337 i B334. Obiekt ten wypatrzyłem już w zeszłym roku, jednak teraz postanowiłem wykorzystać większą moc 20x80. Po spokojniejszej adaptacji, pyłowy łuk wyraźnie się przełamał, więc w końcu udało mi się jednocznacznie wyodrębnić obie składowe jako osobne obiekty - większy, północno-wschodni Barnard 337 i tworzący jakby niższy schodek, południowo-zachodni Barnard 334. Na tym duecie lorneta 20x80 spisała się świetnie - zostawiając spory zapas pola dała jednocześnie na tyle mocny zasięg gwiazdowy, żeby wyciągnąć odpowiednio jasne tło i umożliwić wyjście obu Barnardów z tła gwiezdnego obłoku. Małej, zwartej kropy B336 nie dostrzegłem - niejednorodność drugiego planu sugerowała co prawda kilka pociemnień, mogących być Barnardem 336, lecz wobec bliskiego położenia dość jasnej gwiazdy pierwszego planu, odpuściłem. Przeskoczywszy na drugi brzeg Obłoku Gammy Orła, spróbowałem odszukać trzy kolejne Barnardy o kształtach dość fantazyjnie zakreślonych na mapach. Pierwszym z brzegu (północnego) był Barnard 333. Wobec braku wyraźnych boi nawigacyjnych i zatrzęsienia mniejszych asteryzmów, wycelowanie w pożądany rejon zajęło mi dłuższą chwilę. Niebawem jednak wschodnia granica B333 zaczęła się dość sugestywnie odcinać. Nie wyłapałem górnego zawijasa zaznaczonego w atlasie, lecz bez problemu dojrzałem środkową część mgławicy opartą o złamany łańcuszek drobnych gwiazd. Podobnie jak w przypadku B110, gwiazdki mogą sugerować więcej, niż faktycznie widać, lecz porównanie jasności tła po obu stronach łańcuszka pozowoliło na jednoznaczne zaliczenie sobie tego obiektu. Nieco trudniejszy - i do odszukania, i do identyfikacji - okazał się kolejny obiekt, Barnard 332. Lecz i tutaj udało mi się (po nieco dłuższych zmaganiach) odnaleźć fragmenty ciemnego łuku pokrywające się z zaznaczeniem w Uranometrii. Zanotowałem w pamięci widoczność północnej i południowej części obiektu z jednoczesnym rozmyciem czy zamazaniem środkowego wygięcia ku zachodowi. Trzeba przyznać jednak, że sam Barnard sporo namieszał, oznaczając w rejonie parę wątpliwych pasm. Czyżbym więc zaobserwował coś w rodzaju pyłowego asteryzmu? Na sam koniec omiatania Obłoku Gammy Orła, odszukałem B331 - lecz tutaj poza bardzo mało wyraźnym śladem środkowej części smugi pyłowej, nie zaobserwowałem niczego, co by odcinało się od mało kontrastowego tła. Kolejna konsultacja z atlasem pozwoliła mi odszukać kolejne przepylenie - B140. Tutaj, mimo braku wyraźnego pojaśnienia tła, poszło mi całkiem łatwo, do czego przyczyniła się banalnie łatwa nawigacja - wystarczyło odbić nieco ponad stopień na zachód od δAql i powędrować w górę trzystopniowego asteryzmu przypominające wenecką drukowaną nutę renesansową (taa, wiem - dowaliłem… ale biorąc pod uwagę, że swego czasu trochę nagapiłem się na faksymile, skojarzenie przyszło automatycznie). Samej ciemnotki należy szukać w romboidalnym zwieńczeniu asteryzmu. I tutaj gwiazdy zdawały się wyznaczać granice, lecz ponownie - porównanie jasności mgławicy i tła jednoznacznie wydzieliły B140. W przeciwieństwie do poprzedniej trójki, ten obiekt okazał się być w miarę łatwy również dla mniejszej lornetki. Bawiąc w okolicy Delty Orła nie mogłem nie zahaczyć o dość wyraźny łuk Barnarda 138 (w którym nie doszukiwałem się detalu ze względu na coraz gorsze warunki poniżej równika niebieskiego), a potem przeskoczyłem w prawo, ku granicy z Ogonem Węża. Celem był sporej wielkości obłok LDN 617. Ciemnotka ta jest o tyle ciekawa, że - po pierwsze - jest zaznaczona w kilku atlasach nieba (w tym w Pocket Sky Atlas), a po drugie - wydaje się być ciężka do wyłapania ze względu na ubogie gwiezdne tło. Za to nalot jest dość prosty - namierzywszy podwójny blask Alyi, trzeba odbić w dół ku dość szerokiej parce gwiazd i przedłużyć ten dystans mniej więcej jeszcze raz ku południu. Mgławica okazała się być całkiem łatwa i dość osobliwa - z jednej strony bardzo okazała, wielka i mięsista, a z drugiej - dość subtelna. Jej równoleżnikowo ułożona wstęga zajmowała około dwóch stopni szerokości i około pół stopnia grubości. Najwyraźniejsza była jej północna krawędź, południowa - nieco mniej wyrazista. Za to na wschodzie i zachodzie po prostu w którymś momencie kompletnie gubiła kontur. Podejrzewam, że gdyby leżała na jaśniejszym tle, byłaby bardzo łakomym kąskiem wizualnym. Zanim przeszedłem do wyżej położonych rejonów, pokręciłem się jeszcze w okolicy Terazeda, próbując szczęścia z Barnardem 340. O dziwo, ten wyskoczył całkiem łatwo, choć ze względu na dość jasną towarzyszkę wizualną - πAql o jasności 6,5mag (a także całkiem nieodległy blask γAql) - raczej nie mogło być mowy o wyłapaniu jakiegokolwiek detalu zakonturowanego przez Barnarda. W pełni zadowoliłem się jednak owalnym pociemnieniem - może niezbyt rzucającym się w oczy, lecz bez wątpienia ewidentnym podczas poruszania lornetką. Ku memu jeszcze większemu zadowoleniu, B340 również dał się dojrzeć w 10x50. Prawdę mówiąc, chyba po raz pierwszy opuszczałem konstelację Orła naprawdę zadowolony. Wcześniej ta konstelacja zawsze zostawiała jakiś niedosyt, zgrzyt wynikający z proporcji wielkości i położenia gwiazdozbioru, a ilością obiektów głębokiego nieba możliwych do wyłapania. Przecież taki kawał nieba w sercu Drogi Mlecznej nie może mieć bilansu kilku marnych gromad i wątłych mgławic planetarnych! Z czasem okazało się, że choć pojaśnień zbyt wiele wyłuskać się nie da, pociemnień jest pod dostatkiem.
  8. To, że na punkcie ciemnych mgławic można zbzikować - wiecie doskonale. To, że tymi obiektami można zarazić parę osób - też da się dowieść. Ale jak sprzedać tę kategorię przepięknych przecież, choć nieoczywistych, obiektów szerszemu gronu? Łatwo nie jest. Ale na szczęście niebo ma pewien skrawek, który idealnie się do tego celu nadaje. Wydaje mi się, że tego obiektu przedstawiać nie trzeba, niemniej - w razie, gdyby ktoś go miał jeszcze przed sobą - przedstawiam ciemną smugę o wdzięcznej nazwie Barnard 168. fot. Maciej Kapkowski źródło zdjęcia: http://www.astrofun.pl/images/phocagallery/Nebulas/thumbs/phoca_thumb_l_IC%205146.jpg B168 jest jedną z najłatwiejszych do zaobserwowania i najwdzięczniejszych ciemnych mgławic. Mimo, iż należy do grupy mało obserwowanych obiektów, swą stosunkowo dużą popularność bez wątpienia zawdzięcza położeniu. Jej zachodni kraniec muska gromadę otwartą Messier 39, wschodni zaś wtapia się w ścisłą okolicę mgławicy Kokon (IC 5146). Chociaż większość obserwatorów szuka zwykle jednego lub drugiego ze świecących celów, ciężko choćby mimochodem nie natknąć się na B168 - szczególnie, że jej ciemna wstęga doprowadza do IC 5146 niemal za rączkę. Mimo, iż B168 leży ponad 4° od równika galaktycznego, należy chyba do najwyraźniejszych obiektów w swojej klasie. Zatem jeśli chodzi o sam nalot - po prostu namierz M39 i odbij w lewo i ciut w dół. Jeśli masz do dyspozycji lornetkę o szerokim polu widzenia, tytułowa ciemnotka sama wpadnie Tobie w oko. Barnarda 168 zdarzało mi się obserwować nawet z centrum 20-tysięcznego miasta, przy dobrej klarowności powietrza - Droga Mleczna co prawda zaledwie majaczyła, ale można ją było wyzerkać aż po konstelację Orła, gdzie dało się wyłapać cień Wielkiej Szczeliny. W tych warunkach cieszyłem się namiastką B168, ledwie jednostopniowej długości ciemno-szarą, prostą kreską. Zupełnie inaczej ten obiekt prezentuje się pod smoliście ciemnym niebem - wówczas z tła wychodzi mrowie gwiazd, a pasmo B168 nie jest długim, pozbawionym blasku odległych słońc fragmentem nieba, a mięsistym obiektem ukazującym swój pełen załamań kontur. Dodatkowo wyraźny staje się szeroki, bardziej owalny region zajmujący niemal jeden stopień kwadratowy, z którego Barnard 168 zdaje się wyłaniać na zachodzie. Dla ścisłości dodam, że ów region również może pokazać swoje piękne, nieregularne kontury przy bardzo ciemnym i klarownym niebie oraz starannej adaptacji wzroku. cygnus_BW.pdf Co ciekawe - chociaż wszystkie atlasy zgodnie pokazują B168 jako pas pyłowy długości około półtora stopnia, ciągnący się na zachód od Kokonu, Edward E. Barnard umieścił taki wpis pod pozycją 168: “Mała mgławica na wschodnim końcu ciemnego pasa. Ta mgławica mierzy 10’ średnicy z ponad tuzinem słabych gwiazd różnej wielkości. Nie ma tam żadnego zagęszczenia ku centrum, a mgławica również nie skupia się wokół którejkolwiek z gwiazd. Wewnątrz [mgławicy] są ciemne rysy.Ciemny pas ma 1,7° długości i 9’ szerokości” Tym, co uderza mnie w powyższym opisie jest padające słowo “mgławica” - zwykle Barnard używa określenia “marking” (tu przetłumaczonego jako “rysa”). Z opisu wydaje mi się bardziej prawdopodobne, że pierwotny wpis nr 168 dotyczył nie ciemnego, długiego i wyraźnego pasma pyłowego, a pomniejszych włókien obserwowanych na tle Kokonu - w końcu to tej mgławicy Barnard poświęca większość swojego wpisu. Możliwe też jest, że z tym wpisem powinniśmy kojarzyć zarówno włókna na tle IC 5146, jak i ciemną wstęgę ciągnącą się na w kierunku zachodnim. Jednak za pierwszą interpretacją przemawia jeszcze jedna, być może istotna rzecz - prawdopodobnym odkrywcą IC 5146 był… Edward Emerson Barnard, który zarejestrował tę mgławicę fotograficznie w 1893 roku. Niewykluczone więc, że więcej uwagi poświęcił swojemu “dziecku” niż znacznie wyraźniejszemu pasowi pyłowemu ciągnącemu się daleko na zachód. Niestety, posiadane przeze mnie źródła nie zawierają zdjęcia tego fragmentu nieba ze szkicem profesora z Nashville, co pomogłoby rozwiać wszelkie wątpliwości. Czy powinniśmy więc uznawać to, co rysują atlasy? Czy raczej należałoby uszanować pierwszeństwo pomniejszych smug na tle Kokonu, co zdaje się sugerować wpis Barnarda? Dla dobra obserwacji ciemnych mgławic - myślę, że warto uszanować atlasy. Obiekt, który możemy przypisać do katalogu jest z pewnością traktowany jako poważniejsza zdobycz niż bezpańskie pasmo pyłowe - choćby było ono najpiękniejsze. mapka na podstawie Cartes du Ciel Odległość do B168 nie jest do końca znana. Niemal pewne jest, że ta ciemna wstęga jest związana fizycznie z Mgławicą Kokon, lub raczej - że Kokon jest jej “podświetloną” częścią. Jednakże w oszacowaniu odległości do IC 5146 pojawiają się spore rozbieżności - wartości, na jakie można się natknąć zawierają się w przedziale 900-1400 parseków, jednak najczęściej można się natknąć na okolice jednego kiloparseka, czyli około 3260 lat świetlnych. Sugerując się widocznymi na zdjęciach rozmiarami kątowymi widocznych pasm pyłowych - czyli 2°25’ - można z grubsza oszacować, że Barnard 168 rozciąga się w przestrzeni na jakieś 137 lat świetlnych - i to przy założeniu, że jego oś jest ustawiona do nas prostopadle (w rzeczywistości rozmiary mgławicy mogą być znacznie większe). Badania prowadzone m.in. za pomocą Kosmicznego Teleskopu Spitzera odsłoniły kilkadziesiąt młodych gwiazd skrywanych przez całun Barnarda 168, w tym wyróżniające się dwa ich skupiska, prawdopodobnie zalążki dwóch rodzących się gromad otwartych. źródło: http://www.ifa.hawaii.edu/publications/preprints/08preprints/Herbig_08-203.pdf Wpatrując się w B168 warto odszukać nie tylko samą ciemną smugę czy jej załamania, ale i jej Południową Wstęgę (piszę wielką literą, gdyż jest to oficjalna nazwa fragmentu B168). Ta równoległa smuga pyłowa, krótsza od głównej - Północnej Wstęgi - leży bliżej zachodniej części kompleksu. Warto również zadać sobie trud odszukania prostopadłej, północnej odnogi Północnej Wstęgi, a w niej - LDN 1047 i 1052, widocznych na zdjęciach, dość wyraźnych cypli. Ale pamiętaj - nawet jeśli nie znajdziesz tyle determinacji, by wyodrębniać poszczególne rejony Barnarda 168, naciesz się jego wyraźną sylwetą i wspaniałym polem gwiezdnym, na tle którego leży. Posmakuj uroku ciemnotek - i koniecznie DAJ ZNAĆ, JAK POSZŁO!
  9. Są na niebie miejsca, które zwyczajnie potrafią zaskoczyć. Kiedy parę lat temu, u początku mej przygody z obserwacjami wizualnymi, Don Pablito postanowił mnie zagiąć ze znajomości nieba, rzucił jedno słówko: pokaż coś w Żyrafie. Cóż, wtedy cuda w rodzaju Kaskady Kemble’a, kilku dość znanych żyrafich galaktyk czy nawet jej jasnych gromad otwartych były dla mnie jeszcze nieodkryte. Ale nawet po tym, jak w końcu zapoznałem się z tymi obiektami, Żyrafa miała dla mnie jeszcze jedną niebagatelną niespodziankę: ciemną mgławicę - i to jaką! Jedną z najwyraźniejszych na całym zimowym niebie. Ktoś może zapyta - ale jak to? Przecież aby ciemna mgławica była widoczna, musi za nią coś świecić w tle - jasna mgławica lub Droga Mleczna. Cóż, chociaż obserwator żadnej z nich się w Żyrafie nie spodziewa, ta druga zahacza dość jasnym obłokiem gwiezdnym o południowo-zachodni kraniec konstelacji, przy granicy z Perseuszem. Jeśli do tego dodamy jedną z gęstszych smug pyłowych na niebie, otrzymamy piękny i wyraźny obiekt. źródło: http://aam.8mag.net/coppermine/displayimage.php?pid=287 Obłoki molekularne znajdujące się w tym rejonie tworzą kilka nakładających się grup i planów, dość hojnie obdarowując ten fragment ramienia galaktycznego młodymi asocjacjami gwiazdowymi, z których najbardziej znaną jest Per OB3, znana także jako Gromada Alfy Persei lub Melotte 20. Bohaterka naszego Obiektu Tygodnia leży na jednym z bliższych planów, wchodząc w skład Pasa Goulda - pierścienia jasnych gwiazd dostrzeżonego i wyodrębnionego jeszcze w XIX wieku. Należą doń takie jasne słońca jak choćby Antares wraz z Asocjacją Skorpiona-Centaura, młode, niebieskie gwiazdy Oriona z lśniącym Rigelem na czele, wspomniana już Melotte 20, Asocjacja Wielkiego Psa z kolejnymi miriadami jasnych gwiazd w południowej części konstelacji, i dalsze młode słońca, zdobiące konstelacje Rufy, Żagla czy Kila. Mimo tylu diamentów na nocnym niebie, budulca w Pasie Goulda wciąż jest sporo, nic dziwnego zatem, że znaczna część galaktycznego kurzu zalega jeszcze w wielu miejscach - chociażby w letniej Drodze Mlecznej współtworzy on znaną i spektakularną Wielką Szczelinę, w jesienno-zimowej - między innymi Obłoki Molekularne Perseusza i Byka. Te ostatnie są stosunkowo mało znane, choć ich obecność może zauważyć każdy obserwator. Są one odpowiedzialne za odchudzenie zimowej wstęgi Drogi Mlecznej, za czarną pustkę ziejącą za Hiadami i za to, że smuga odległych gwiazd Galaktyki wygląda najskromniej na pograniczu Perseusza i Woźnicy, a nie w okolicach stóp Kastora, gdzie patrzymy w kierunku dokładnie przeciwnym do centrum Galaktyki. Autor zdjęcia: Robert Gudański, źródło: http://www.forumastronomiczne.pl/index.php?/topic/5410-c2014-q2-lovejoy/?p=90814 Skoncentrujmy się jednak na naszej bohaterce. Jej obecność jako pierwszy zanotował niezawodny w takich przypadkach Edward Emerson Barnard. Ów astronom, oprócz dostrzeżenia i opisania większej ciemnej smugi widocznej w tym miejscu, wyodrębnił kilka bardziej skondensowanych obiektów i nadał im numery 9, 11, i 13 w swoim katalogu. Beverly Lynds wyodrębnia kilkanaście obiektów w tym rejonie, natomiast jeden z najnowszych katalogów mgławic pyłowych autorstwa Kazuhito Dobashi’ego, umieszcza całą smugę pod jednym numerem 994 (Tokyo 994 lub TGU 994) - stąd odnoszę się do barnardziej trójcy jako do jednego obiektu. mapka na podstawie Cartes du Ciel Nalot na Tokyo 994 najłatwiej poprowadzić od prawego kolana Perseusza, czyli nieregularnego czworoboku znajdującego się na południowy wschód od Gromady Alfy Persei, będącego domem dla kilku pięknych gromad, w tym przecudnej urody NGC 1528. Najprościej rzecz ujmując, należy przedłużyć linię od gwiazdy 48 Persei (najbardziej południowej w czworoboku tworzącym kolano herosa) poprzez wspomnianą NGC 1528. Podobnej długości odcinek, jak ten dzielący gwiazdę od gromady doprowadza nas wprost na TGU 994. Po drodze warto zwrócić uwagę na jednostopniowej wielkości, dość charakterystyczny asteryzm - choć trudno mi opisać, czy raczej przypomina ostry grot czy zygzak (patrz: mapka). Bezpośrednio powyżej (na północ) przy dobrej przejrzystości powinniśmy zauważyć sporą, dość szeroką ciemną linię rozciągającą się na dobrych kilka stopni - Tokyo 994. Warto przywołać tutaj oryginalny wpis Edwarda E. Barnarda, widniejący co prawda pod numerem 9 w katalogu, lecz de facto odnoszący się do całego regionu: Ciemna, nieregularna pustka. Jest to środek większego, pustego obszaru rozciągającego się na wschód i zachód, którego nierozerwana część ma 2 1/2° długości i około 1/2° szerokości. W rzeczywistości rozciąga się w mniej lub bardziej złamanej formie na jakieś 6° (...). Na wschodzie rozpada się w mniej lub bardziej oddzielone plamy, po trochu przypominając te we wschodniej części wielkiej smugi odchodzącej od Rho Ophiuchi, ale w przeciwieństwie do owej smugi, nie bierze swego początku w większej pustej przestrzeni lub mgławicy. Jej granice nie są tak wyraźne jak w przypadku smugi Rho Ophiuchi. (...) mapka na podstawie Cartes du Ciel Uważniejsze przypatrzenie się pozwoli na wyłuskanie poszczególnych obiektów z katalogu Barnarda. Spośród owego zagęszczenia, z pewnością najbardziej wybija się podłużna sylweta Barnarda 11. Ułatwieniem w jego identyfikacji jest równoległe ułożenie względem najdłuższego boku trójkąta, wyznaczanego przez wyraźne, acz niezbyt jasne gwiazdy leżące tuż na północ. Na zdjęciach widać nieregularny kształt mgławicy, przez lornetkę - jedynie dość regularny, wydłużony, lecz wyraźny owal. W 16x70 B11 jest dość oczywisty, ale i 10x50 jest w stanie sobie z nim poradzić. Dwa okoliczne ciemne obłoki - B9 i B13 - są trudniejsze do jednoznacznego wyodrębnienia, chociaż ich układ nie pozostawia wątpliwości co do fizycznej ich przynależności do wspólnej smugi pyłowej. Łatwiejszy z nich jest Barnard 13, szczególnie w swej wschodniej części. Sprawia wrażenie niewiele mniejszego niż B11, lecz znacznie chudszego. Natomiast Barnarda 9 widywałem zwykle z zauważalnie większym trudem. Z całej trójki, to ten obiekt zdawał się najbardziej zatapiać w przepastnym tunelu TGU 994 . Jeśli dysponujemy kilkoma lornetkami lub okularami, warto przyjrzeć się całemu kompleksowi mgławic w różnych powiększeniach, lecz sugerowałbym trzymanie się zakresu 7-20x, ze względu na rozmiary obiektów. Większe apertury i powiększenia pięknie wyszczególnią nam owale Barnardów, podczas gdy te mniejsze - pokażą w szerszym polu całą smugę, w której bardziej skondensowane obłoki są zatopione. Poszczególne obiekty wyszczególnione przez Barnarda mogą nie być zbyt oczywiste, lecz cały kompleks Tokyo 994 jest tak wyraźny, że nawet początkujący obserwatorzy powinni dać sobie z nim radę - o ile tylko poradzą sobie w ogólnym nalocie na obiekt. Co ciekawe, obecności Tokyo 994 można się również dopatrzyć na mapach nieba w postaci podłużnej pustki między zaznaczonymi gwiazdami. Kręcąc się w tej okolicy, warto poszukać leżącego nieopodal Barnarda 12 (LDN 1407/Tokyo 1003), leżącego tuż na południe od B13. Jest to drugi pod względem wyrazistości i łatwości wyodrębnienia obiekt z katalogu Barnarda w tym rejonie. Szczególnie wyraźna jest jego południowo-wschodnia krawędź, lecz w dobrych warunkach lornetki są w stanie wyodrębnić cały owal tego obiektu. Również wart trudu jest Barnard 21. Jego sylweta - mała, podłużna, ułożona nieco ukośnie do osi TGU 994 - nie daje się tak łatwo wyłuskać z tłą, ale jest bardzo przyjemnym uzupełnieniem łowów w tej okolicy. Podobnie warta odwiedzenia jest leżąca nieopodal mało znana, lecz jasna i wyraźna (nawet w niewielkich lornetkach) gromada otwarta Alessi 2. Prawdę mówiąc, wiele razy sama wpadła mi w oko, na długo przed tym, jak w końcu wypatrzyłem ją w jednym z atlasów nieba. Na deser - wróćmy do Tokyo 994. Największą niespodzianką, jaką ten obiekt przynosi jest… jego widoczność gołym okiem! Wypatruj nad prawym kolanem Perseusza ukośnej, ciemnej drzazgi, ukośnie ułożonej do równika galaktycznego, wbijającej się śmiało w pojaśnienie Drogi Mlecznej. Cała smuga ma dobre 6 stopni długości, więc rozmiar nie stanowi najmniejszej przeszkody w dostrzeżeniu obiektu. Żyrafa wciąż wisi wysoko na niebie, więc i Tokyo 994 jeszcze dobry miesiąc będzie się znajdować w bardzo dogodnym położeniu. Wystaw więc nos na mróz, spróbuj i daj znać jak poszło!
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.