Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'Puppis'.



More search options

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Questions and Answers
    • Getting Started: Equipment
    • Getting Started: Observing
    • Various questions
  • Astronomy and Cosmos
    • Obserwacje astronomiczne
    • Astronomy
    • Radioastronomia i spektroskopia
    • Space and exploration
  • Astronomical Pictures
    • Astrophotography
    • Galeria
    • Szkice obserwacyjne
  • Sprzęt i akcesoria
    • Dyskusje o sprzęcie
    • ATM, DIY, Arduino
    • Observatories and planetaries
    • Classifieds and shops
  • Others
    • Quick Post
    • Astropolis Community
    • Books and Apps
    • Planeta Ziemia
  • Pogromcy Light Pollution's Forum pogromców LP
  • Klub Lunarystów's ZAPOWIEDZI WYDARZEŃ
  • Klub Lunarystów's ZDJĘCIA KSIĘŻYCA
  • Klub Lunarystów's POMOCE
  • Klub Lunarystów's O wszystkim
  • Klub Planeciarzy's Forum
  • Klub Astro-Artystów's Znalezione w sieci
  • Celestia's Układ Słoneczny
  • Celestia's Sprzęt
  • Celestia's Katalog Messiera
  • Celestia's Sprawy techniczne

Blogs

There are no results to display.

There are no results to display.

Calendars

  • Kalendarz astronomiczny
  • Kalendarz imprez
  • Urodziny
  • Z historii astronomii
  • Kalendarz Astronomiczny Live
  • Klub Planeciarzy's Wydarzenia

Marker Groups

  • Members
  • Miejsca obserwacyjne

Categories

  • Astrophotography - Source Files
  • Instrukcje Obsługi
  • Instrukcja obsługi do Dream Focuser. Ustawienie ostrości to jedna z najważniejszych rzeczy zarówno w astrofotografii, jak i obserwacjach wizualnych. Dzięki DreamFocuserowi stanie się to bajecznie proste! Jeśli masz dość trzęsącego się od kręcenia gałką wyciągu teleskopu, wciąż nie jesteś pewien, czy dobrze wyostrzyłeś, albo pragniesz zautomatyzować cały proces, to jest to produkt dla Ciebie!   DreamFocuser przypadnie do gustu zarówno astrofotografom, jak i obserwatorom wizualnym. Można go używać zarówno w pełni autonomiczne, dzięki czerwonemu wyświetlaczowi (odpornemu na niskie temperatury) i podświetlanym klawiszom, jak i całkowicie zdalnie z poziomu komputera. Dzięki dostarczonemu sterownikowi, zgodnemu z platformą ASCOM może on współpracować z dowolnym programem astronomicznym, np. MaximDL, FocusMax, czy Astro Photography Tool, co daje możliwość w pełni automatycznego ustawiania ostrości.   Wyciąg jest napędzany wydajnym silnikiem krokowym, którego precyzja (dzięki sterowaniu mikrokrokowemu) i moment obrotowy pozwalają w większości przypadków na pominięcie wszelkich przekładni (które wprowadzają luzy). Silnik sterowany jest specjalnym algorytmem, dzięki czemu płynnie rozpędza się i hamuje, co jest szczególnie ważne przy podnoszeniu osprzętu o dużej bezwładności. Dodatkowo może on osiągać spore prędkości, dzięki czemu wykonanie nawet 40 obrotów pokrętła ostrości w teleskopie SCT nie zajmie dłużej, niż kilka sekund. Silniki posiadają elektroniczną identyfikację i przechowują spersonalizowane ustawienia. Dzięki temu można do jednego pilota podłączać na zmianę kilka silników, a stosowne parametry zostaną automatycznie wczytane.
  • Książki (ebooki)
  • Licencje do zdjęć

Product Groups

  • Oferta Astropolis
  • Teleskop Service
  • Obserwatoria AllSky
  • Dream Focuser
  • Serwis i Usługi
  • Książki
  • Kamery QHY - Akcja Grupowa (zakończona)

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


Strona WWW


Facebook / Messenger


Skype


Instagram


Skąd


Zainteresowania


Sprzęt astronomiczny

Found 2 results

  1. Pomysł na ten kadr powstał w locie w ramach przymiarki do Vela SNR. To było małe wyzwanie gdyż ta cześć nieba szybko zachodziła po zmroku i częściowo, o zgrozo, ginęła w lekko jaśniejącym horyzoncie. Stąd na klatach pojawiły się gradienty a jak wiadomo canon najlepszym testerem jest Trochę się natrudziłem ale jest. Dlaczego ten fragment ? Wielki Pies już był za nisko a ja w atlasie zobaczyłem, że ten rejon w teorii wystaje nad naszym horyzontem i ma sporo gromad i mgławic tyle że nikt na niego nie zwraca uwagi. Lubimy to co znamy więc jeśli już to poznamy to może i polubimy Przytłoczyła mnie ta gwiezdna zasłona, dopiero po chwili sobie uświadomiłem, że to wciąż pas Drogi Mlecznej który idzie w kierunku Syriusza i Oriona. Canon 6D mod, 135mm, iso 1600, >1h Mała mapka sytuacyjna kadru Oznaczone obiekty poniżej - horyzont w Polsce jest na lewej krawędzi.
  2. Luty oszalał. Do tej pory nie mam pojęcia, cóż to za anomalia pogodowa sprawiła, że w tym zazwyczaj nieprzejednanie ponurym miesiącu, chmury odsłaniały nieboskłon przez kilka nocy, a raz - poczęstowały nieprzeciętną przejrzystością mimo wcześniejszych długich tygodni, kiedy to mgła, a może raczej - galareta jakaś - zaległa na dobre nad północnymi rubieżami Rzeczpospolitej. Krystaliczność i suchość powietrza, jakie nadeszły 16 lutego nie zostawiały wątpliwości, że nadchodząca noc będzie niezwykła. Jeszcze będąc w pracy układałem sobie w myślach marszrutę przez kolejne regiony nieboskłonu, które zamierzałem odwiedzać, z których zamierzałem brać obiekty całymi garściami, i które miały mnie naładować na kolejne dni spędzane pod szarym całunem późnozimowych chmur. Zaraz po przyjściu do domu zacząłem się przygotowywać do tyleż duchowej, co narkotycznej, gwieździstej uczty. I do ostatnich chwil nie mogłem się zdecydować, gdzie jechać - do Blizin (blisko, dość dobre niebo) czy w Bory Tucholskie (trzykrotnie dalej, bardzo dobre niebo). Za pierwszą opcją przemawiała zapowiedź obecności Wojtka i Marka, za drugą - chęć maksymalnego wykorzystania wyśmienitej pogody. Ostatecznie zdecydowałem się jechać w Bory. Po drodze wpadłem do Pablita, żeby zabrać na testy jeden z jego najświeższych teleskopów, który - z racji przysadzistości i karłowatości (12 cali, F/4) - nazwałem swojsko Pablitus Łokietek. Na miejscówce w gospodarstwie agroturystycznym zjawiłem się około 21:00 - później niż chciałem, choć czas i tak mogę określić jako niezły. Pierwsze wyjście z auta i spojrzenie na wściekle błyszczące niebieskie gwiazdy Oriona utwierdziły mnie, że decyzja o dalszej jeździe, lecz pod lepsze niebo, była jak najbardziej słuszna. Rozstawiłem stanowisko lornetkowe i nieopodal Łokietka - żeby się chłodził. Chociaż miałem zacząć od Rufy, pierwszym celem jaki obrałem były szerokie okolice gromady Choinka. Gromada oczywiście pięknie świeciła, jednak mój główny cel był położony jakiś stopień na zachód - był nim Barnard 39. Jest to niewielki cypel dość rozległego obszaru pyłowego, skatalogowanego w swej południowej części jako Barnard 37, a ciągnącego się jeszcze dobre dwa stopnie na północny zachód, przybierając kształt fajki lub “ptaszka” (✓). B39 widziałem już kilka razy wcześniej, lecz zainspirowany niedawno opublikowanym, nieprzeciętnie pięknym zdjęciem Maćka Kapkowskiego, postanowiłem poświęcić mu dłuższą chwilę. Najpierw wycelowałem w ten rejon Łokietka, bo chwilowo się przy nim kręciłem, a i ciemne mgławice widuję w teleskopach bardzo rzadko (prawie wcale). autor: Maciej Kapkowski źródło: http://astropolis.pl/topic/48074-pomiedzy-orionem-i-jednorozcem/ Rejon niewielkiej, ciemnej, ukośnej smugi okazał się w sporym - 60-krotnym - powiększeniu bardzo niejednorodny. Mgławica Futro Lisa (Sh2-273), na tle której należy wypatrywać B39 nie jest demonem jasności powierzchniowej, a i gwiezdne pole w tym miejscu wybitną obfitością słońc nie grzeszy - więc mimo niezłej znajomości tego regionu, poprawna identyfikacja szukanego obiektu zajęła mi trochę więcej czasu, niż się spodziewałem. Niemniej, po chwili udało się wyłuskać ukośnie biegnącą smużkę B39, nieco niejednorodną w swym kształcie. Próbowałem zmierzyć się z poszczególnymi kłębkami tej mgławicy, ale po krótkiej próbie - odpuściłem. Teleskop to jednak nie moja bajka. Z mojego cyklopiego kręcenia się w tej okolicy, zanotowałem jeszcze słabszy łącznik (LDN 1609) spajający południowo-wschodni kraniec B39 z większym kompleksem ciemnotek leżącym na zachód. Widoczne również było wyraźne pojaśnienie wokół S Monocerotis, najjaśniejszej z gwiazd gromady Choinka (NGC 2264). Podszedłem do Fujinona 16x70, skierowując go w ten sam rejon. Barnard 39 wyszedł dość szybko z tła, lecz wspomnianego łącznika z kompleksem B37-38 nie wyłapałem. Filtry UHC wydawały się nieznacznie pomagać w łowieniu ciemnotki, lecz szału nie było. W każdym razie - byłem zadowolony, że owa ciemnotka jest zaliczona bez żadnych wątpliwości. Korzystając z uroków szerokiego pola, poświęciłem chwilę na przeskanowanie całego kompleksu, który nazwałem sobie Zimową Fajką. Dlaczego tak? Bo dość mocno przypomina ciemną Mgławicę Fajka (Pipe Nebula) w Wężowniku, której uroków nie było mi dane do tej pory podziwiać. Mgławica Fajka (Wężownik) i Zimowa Fajka (Jednorożec) źródło: Photopic Sky Survey Zimowa Fajka generalnie zasadza się w okolicach dość charakterystycznego i jasnego asteryzmu gwiazd tworzących “Y”. Poniżej “igreka” widać dość rozległego, choć o słabo skontrastowanych granicach Barnarda 37, zaś na północ-północny zachód ciągnie się na 2-3° dość szeroka smuga tworząca trzon fajki. Cały kompleks podziwiałem w lornetkach od 7x50, przez 10x56 po 16x70, a każda z nich pokazywała coś, czego nie było widać w innej. Wezwany do lornet Krzysiek potwierdził dobrą widoczność kosmicznej lulki. A r g o Następnym celem miały być nisko położone gromady w Rufie. Przejechałem więc lornetką w dół, muskając tylko wzrokiem bogactwa Jednorożca, które - choć krzyczały - musiałem zostawić za sobą. W końcu nieczęsto zdarza się, by obiekty położone 5-10° nad horyzontem były aż tak wyraźne. Jako pierwsza padła oczywiście M93, mocno wybijająca się z bogatego pola gwiezdnego. Jej zachodnia część była wyraźnie jaśniejsza, z kilkoma wyraźnymi jasnymi słońcami, wschodnia natomiast tonęła w wyraźnej mgiełce nie rozbitych składników gromady. Przejechałem kilka stopni na wschód, w poszukiwaniu NGC 2482, której nie udało mi się wyłowić niespełna tydzień wcześniej w Blizinach. Wiedziałem bardzo dokładnie, gdzie jej szukać - i tam, gdzie być powinna, zobaczyłem spory i wyraźny, dość jasny owal, przylegający do parki pomniejszych słońc. Żadnego problemu nie sprawiła również mniejsza, choć wyraźniejsza NGC 2467, widoczna na 3° południe od M93, na zachodnim krańcu krótkiego łańcuszka gwiazd 6-7 wielkości. Korzystając z naprawdę nieprzeciętnej widoczności tego regionu, zacząłem go swobodnie skanować. Od razu wpadły mi w oko dwie gromady - NGC 2421 oraz NGC 2383. Mimo niewielkiej wysokości nad horyzontem, każda z nich jakoś się odróżniała od drugiej. NGC 2421 ma nieco wydłużony kształt, zaś NGC 2383 - bardzo kompaktowe rozmiary, charakterystyczne sąsiedztwo - przylega bowiem wizualnie do niewielkiego łańcuszka gwiazd, i w końcu ukazuje ciężki do wyłuskania ślad ziarnistości. Nie zaobserwowałem za to jej pobliskiej sąsiadki, NGC 2384, ukrytej w delikatnym blasku parki 9-magowych słońc. Nie mam jednak wątpliwości, że i ten klaster by padł, gdyby tylko nieco wyżej wznosił się nad horyzont. Wspomniane w relacji obiekty zostały wyróżnione źródło: Taki Star Atlas Idąc dalej na zachód, znalazłem się w okolicy Asocjacji Wielkiego Psa, grupy jasnych gwiazd na południu konstelacji. Pośród nich zaobserwowałem kilka następnych gromad: NGC 2362 oraz Cr 121. Ta pierwsza jest dość jasna, choć niełatwa w dostrzeżeniu - przeszkodę stanowi τ Canis Majoris, która swą jasnością przyćmiewa pozostałe składniki NGC 2362 (zwanej czasem Gromadą Tau Canis Majoris). Gromada początkowo wyglądała jak pojaśnienie wokół gwiazdy, lecz owo pojśnienie dość szybko stawało się ziarniste, co pozwoliło wyeliminować podejrzenie, że to zaparowana optyka zaczyna płatać figle. Obiekt nie do końca lornetkowy, lecz w zasadzie - kto powiedział, że i takimi nie wolno się cieszyć w niewielkich aperturach i powiększeniach? Czy lornetkowe obiekty to tylko gromady w rodzaju Plejad - i większe? Chyba jednak cały urok lornetkowania polega na tym, że nigdy do końca nie wiadomo, jak się dany obiekt zaprezentuje. Nie zmienię powiększenia, by upodobnić jedną gromadę do drugiej - muszę więc brać to, co niebo daje z wszelką różnorodnością, wynikającą zarówno z fizycznej wielkości obiektu, jak i odległości do niego. Druga z gromad w okolicy, Collinder 121, była bardzo wyraźna. To dość ubogie, wydłużone w osi północ-południe skupisko stosunkowo jasnych słońc wokół jasnej, pomarańczowej gwiazdy Omikron1 CMa. W powiększeniach 10-16x prezentowało się wybornie, ukazując około tuzina słońc. Będąc blisko ukochanej M41, przeskoczyłem i do niej, sycąc oczy dziesiątkami ciasno upakowanych gwiazd skrzących się delikatnie w odblasku pobliskiego Syriusza. Wtedy też dotarło do mnie, że to właśnie Syriusz jest odpowiedzialny za wyraźne rozjaśnienie nieba w okolicach rzeczonego Messiera 41, co nadaje gromadzie pewnej trudnej do określenia wyjątkowości. Pluję sobie w brodę, że nie zjechałem na południe do dwóch kolejnych wyraźnych Collinderów - 132 i 140. Z pewnością były w zasięgu, a nie wyłapałem ich przez zwykłe gapiostwo. Na usprawiedliwienie mam tylko własne otumanienie na widok przebogatych połaci gwiezdnych muskających zalesiony horyzont. Wróciłem do Rufy, do przeuroczej pary M46-47. Znając te okolice bardzo dobrze, nie poświęcałem zbytniej uwagi ani jaśniejszej M47, ani nie odwiedzałem też pobliskiej NGC 2423, ni też pobliskiej-lecz-odległej Melotte 71. Skoncentrowałem się za to na pięknej, subtelnej ziarnistości gromady Messier 46, a także na mgławicy planetarnej NGC 2438. Dotychczas pory widziałem ją tylko raz i - jak to bywa w przypadku obiektów słabych i ulotnych - postanowiłem powtórzyć obserwację dla spokoju własnego sumienia. Niebo nie zawiodło i dzięki parce UltraBlocków planetarka wyskoczyła na tyle wyraźnie, bym nie miał najmniejszej wątpliwości, że została upolowana. Blada powłoka gwiezdnego truposza została także dostrzeżona przez kolegów obserwujących razem ze mną, więc w przypadku tego obiektu moje sumienie jest zupełnie czyste. Bez posiłkowania się filtrami, miałem przez jakieś 20% czasu wrażenie, że coś nieśmiało wyskakuje w miejscu, gdzie powinna świecić NGC 2438 - ale pewności nie mam. Pokręciłem się jeszcze chwilę w rejonie prześwietnej parki Messierów. Niby od niechcenia wpadły mi w oko jasne i dość duże gromady leżące na zachód, już w Wielkim Psie - NGC 2374 i NGC 2360. Ta druga pokazała nawet pewną ziarnistość, co zwykle się jej nie zdarza (w Blizinach uparcie pokazuje mi się jako łatwa do dostrzeżenia, acz bardzo jednorodna w swoim blasku mgiełka). Hełm Thora (NGC 2359) również sam się napatoczył, lecz w miarę dobrze znając ten obiekt zadowoliłem się tym, że bezbłędnie weń trafiam bez posiłkowania się mapką. Z kolei gdy odsunąłem się na południowy wschód od M46, wpadła mi w oko kolejna gromada - NGC 2509. Podobnie jak inne jasne, choć nie bijące po oczach obiekty w tej okolicy, widoczna była jako dość regularne pojaśnienie wielkości około 10’. Próbując zidentyfikować jej numer, zauważyłem na mapie kolejną pobliską kandydatkę do wyłowienia z bajecznego sezamu Rufy, NGC 2479. Oczywiście i ten klaster nie sprawił najmniejszego problemu, choć poza swoim pojaśnieniem wiele nie pokazał. Do wymienionych obiektów wracałem po wielokroć, skanując niebo niemal od niechcenia i zupełnie nie wysilając się na uważniejsze wyzerkiwanie obiektów. Ta szwędaczka miała w sobie coś z beztroskiego błądzenia i cieszenia się tym, czym obserwator może zostać niespodziewanie poczęstowany. Wciąż nie mogłem się nadziwić i napatrzeć na bogactwo kipiące tuż nad linią lasu, odpuściłem nawet wyszukiwanie ambitniejszych obiektów z katalogu Haffnera czy Ruprechta, na które od dawna ostrzę sobie zęby. W tamtym momencie czułem obserwacyjne spełnienie dzięki zwykłemu błądzeniu wśród przebogatych pól gwiezdnych i wyłapywaniu co i rusz pięknych kolorów rzadko oglądanych słońc. Szukając innych egzotycznych - jak na nasze szerokości geograficzne - obiektów, po raz drugi “w karierze” zrobiłem podejście do galaktyki spiralnej NGC 2613 w Kompasie. Dopiero później sprawdziłem jej jasność - 10,4mag - co ostatecznie odarło mnie ze złudzeń co do możliwości wyłowienia tego obiektu w 16x70 z szerokości geograficznych Polski. Niemniej, w “Łokietku” galaktyka była całkiem wyraźnym, kształtnym, eliptycznym pojaśnieniem. Czas mijał nieubłaganie, a okręt Argonautów zaczął uciekać za linię horyzontu, z wolna skrywając detale co jaśniejszych obiektów, by w końcu kompletnie zatrzeć ślad po większości z nich. Na widoku pozostały tylko położone najbardziej na północ Messiery, a coraz wyżej pięły się późnozimowe i wiosenne konstelacje. Zanim jednak poświęciłem im uwagę, zatrzymałem się w kilku miejscach. Korzystając z okna świetnej widoczności, bez problemu złapałem piękną i wyraźną mgławicę planetarną, Duch Jowisza (NGC 3242). Takiej wyraźniej chyba jej nigdy wcześniej nie widziałem - jasna, seledynowo-zielonkawa, nieco większa od okolicznych gwiazd i mocno gasnąca przy patrzeniu na wprost. Pokazałem ten widok pozostałym na placu boju kolegom, lecz ci jednoocy niewdzięcznicy wzgardzili tym widokiem. “Ja muszę mieć wyraźną tarczkę, dopiero wtedy widzę, że to planetarka”. Pfff! Cóż, pewnie jestem dziwny, ale ja żadnej wielkiej tarczki mieć nie muszę - wszak to tylko opcja. Syciłem więc oczy intensywnym kolorem obiektu i jego nie do końca gwiazdową aparycją. źródło: sky-map.org Kolejnym przystankiem była piękna, stara gromada M48 w Hydrze, której widok jest balsamem na mą duszę. Nie wiem do końca czemu, ale gdy sycę oczy jej dyskretnym urokiem, zwyczajnie wyrównuje mi się oddech, a do głowy uderzają endorfiny. To prawdziwie królewskie zwieńczenie bogactwa zimowych gromad, choć pozbawione pompy, z jaką uderzają Plejady czy M-ki Woźnicy. źródło: Mag7 Star Atlas Następnie odwiedziłem dwa pobliskie klastry, które mimo niewielkiego dystansu kątowego kazały mi dwukrotnie przekraczać granice między konstelacjami. Pierwszym z nich był NGC 2506 w Jednorożcu. Zmęczenie nie pozwoliło mi skoncentrować się dłużej na tym obiekcie, nie wyłapałem więc jego ziarnistości. Widok drugiego z klastrów, NGC 2539 w Rufie, zatrzymał mnie na dłużej. W pierwszym momencie obiekt jawił się jak mgiełka w rodzaju Mgławicy Płomień, znacznie wyraźniejsza od wodorowego pierwowzoru, lecz nie do końca rzucająca się w oczy za sprawą gwiazdy 19 Puppis, którą muska swym południowo-wschodnim krańcem. Jednak po chwili mgiełka stała się wyraźnie ziarnista, skrząc się niczym diamentowy pył i ukazując kilkanaście subtelnych, lecz wyraźnych zerkaniem słońc. Kompletnie upojony widokiem zimowych gromad, po krótkiej przerwie przeskoczyłem w kompletnie inne rejony. L e o Z Lwem mam raczej wyrównane rachunki. Wiem, gdzie szukać w nim obiektów, udało mi się w ciągu minionych sezonów wyłowić niemal wszystko, co było do wyłowienia przez średnią lornetkę i ogólnie nie czuję niedosytu w badaniach skarbów tej konstelacji. Jednak tym razem poczułem iście lwi głód - bo zwykle moje galaktyczne łowy w tym rejonie odbywały się na raty. Tym razem chciałem więc zobaczyć ile się da podczas jednej sesji. Zacząłem od znanego Tripletu - mam go na tyle dobrze opatrzony, że widoczność jego składników jest dla mnie papierkiem lakmusowym jakości panujących warunków. 16x70 pięknie i wyraźnie pokazała całą trójcę. Wyraźną, zatopioną w lekkim halo M66, słabszą, lecz również wyraźną M65 oraz długą i szeroką smugę najbledszej NGC 3628. Następnie przeskoczyłem do kolejnej grupy - Kwartetu Lwa. Tak, wiem - zazwyczaj o nim się mówi “drugi triplet”, “zachodni triplet” - lecz ja tam nigdy, przenigdy, żadnego tripletu nie widziałem. Zwykle gdy docieram w jego rejon, zapalają się w polu widzenia kolejne obiekty - najpierw zauważam szeroką parę Messierów 95 i 96, a potem - ciasno upakowane M105 i NGC 3384. Zwyczajnie nie przypominam sobie warunków, bym widział jedną z galaktyk, a nie dostrzegł drugiej. Wiele razy sprawdzałem widoczność tych obiektów, porównując widok z teleskopu (o ile któryś z cyklopów towarzyszył mi w obserwacjach) z tym, co pokazują moje lornetki, z 10x50 włącznie. I zawsze był tam kwartet. Tej nocy cała czwórka była bardzo wyraźna, a poszczególne składniki wyglądały podobnie - jak krągłe, lekko eliptyczne, zwarte pojaśnienia. Z wcześniejszych obserwacji wiedziałem, że można z tych okolic wycisnąć więcej. Na pierwszy ogień poszła niewielka, lecz zaskakująco wyraźna NGC 3377. Kojarzyłem, że w pobliżu znajduje się też inna galaktyka, nieco słabsza i większa, ale nie mogłem sobie przypomnieć jej położenia. Niezastąpiony sufler - Object in the Heavens - szepnął, żebym odszukał NGC 3412, lecz zobaczyłem bardzo wąską i krótką strużkę światła, ledwie jaśniejącą drzazgę w ciemnym sklepieniu nieba. Choć piękna, nie była obiektem, którego szukałem. W międzyczasie zawędrowałem też do całkiem wyraźnej NGC 3489, leżącej pomiędzy Tripletem a Kwartetem, pięknej, drobnej - i raczej dość rzadko wspominanej w relacjach. Tymczasem sprawa “tej większej galaktyki” nie dawała mi spokoju. Zerknięcie na ściągę - i mam! W kłębie się schowała, tuż na wschód od Algieby, franca jedna. Kiedy w końcu do niej - NGC 3227 - dotarłem, dłuższą chwilę nie mogłem się oderwać od piękna jej wyraźnie większego pojaśnienia. Po nacieszeniu oczu, przeskoczyłem parę stopni na zachód, spędzając parę chwil na podziwianiu wyraźnego obłoczka NGC 2903. źródło: Mag7 Star Atlas To, co mnie zaskoczyło w penetrowaniu lwich skarbów, była wyrazistość obiektów. Przejrzystość swoją drogą, ale myślę, że cegiełkę tez dołożył sprzęt, z którego chwilowo (?) korzystam - Fujinon 16x70. Z całą pewnością mogę cieszyć się nieco większym zasięgiem z racji przejścia z powiększenia 15x na 16x, co skutkuje zmniejszeniem źrenicy wyjściowej, a więc pociemnieniem tła i większym skontrastowaniem obiektów. Być może swoje dokłada jeszcze transmisja, na którą nie miałem powodów narzekać w Oberwerku, ale która zawsze może być lepsza. Na sam koniec łowów w Lwie, poświęciłem dłuższą chwilę na jednoznaczne i ostateczne wyłuskanie NGC 3607, leżącą w łatwym orientacyjnie miejscu, między Deltą a Thetą Lwa. Skierowałem lornetkę - i tu niespodzianka - mgiełki są dwie. Jedna, jaśniejsza, bez wątpienia była poszukiwaną NGC 3607, ale ta druga - tak wyraźna? Owszem, wcześniej miewałem parę razy wrażenie, że majaczy mi w tym miejscu coś, co mogłoby być NGC 3608, ale zwykle był to obiekt wyzerkiwany z najwyższym trudem, niemal na granicy wyobraźni. Tutaj, choć nadal trudny - był, po prostu był. Ciesząc się pięknym widokiem ciasnej parki galaktyk, wyzerkałem coś jeszcze! Czyżby NGC 3605? Pomyślałem, że to byłoby zbyt piękne, gdyż ta galaktyka jest za słaba, by ją dostrzec przez 16x70. Jednak podłużne, mgiełkowate pojaśnienie wciąż uparcie dawało się wyzerkać. Podszedłem do kompletnie wyziębionego już Łokietka, by wyjaśnić sprawę. NGC 3607 i 3608 zostały jednoznacznie potwierdzone. Natomiast trzecie pojaśnienie okazało się być parką słabiutkich, 11-magowych gwiazd. Sama NGC 3605 była widoczna z drugiej strony osi wyznaczanej przez dwie jaśniejsze galaktyki, i była też zdecydowanie najsłabsza z całego trio. Tymczasem zmęczenie dopadało mnie coraz bardziej. Obserwacje miały trwać jeszcze dobrą godzinę, ale ich intensywność spadała wraz z moją koncentracją. Odpuściłem więc dwie ostatnie lwie galaktyki, które miałem w planach - NGC 3521 i 3640. Sam koniec sesji poświęciłem na dobrze znaną Grupę M81, łowiąc sześć jej najjaśniejszych składników - Messiery 81 i 82 oraz NGC: 2403, 2976, 3077, i 4236 - lecz to jest materiał na osobną opowieść. Dołożyłem do nich NGC 4125 i NGC 4605, pokręciłem się jeszcze wokół kilku najjaśniejszych obiektów wiosennego nieba i zacząłem zbierać się do domu. Sesja utkwiła mi w pamięci z kilku powodów. Pierwszym była oczywiście nieprzeciętna krystaliczność nieba i praktycznie brak problemów z roszeniem optyki. Drugim, nie mniej ważnym, było otworzenie skarbca Rufy. W trakcie tej relacji nazwałem go “sezamem” i tak sobie myślę, że jest to określenie dość trafne na ten rejon. Dla obserwatora skazanego na północne skrawki tego egzotycznego bogactwa, przeważnie ukrytego pod zasłoną chmur, widok kipiących blaskiem gwiazd i gromad na stosunkowo niewielkiej przestrzeni jest widokiem niezwykłym, wręcz baśniowym. To unaocznienie sobie, jak bogata potrafi być Droga Mleczna, i to nie tylko latem. To zwiedzanie rejonów, które wydają się być dostępne praktycznie raz do roku - ostatnią taką przejrzystość miałem pod koniec listopada 2013 (sic!). To zdjęty z nieba jakiś przeklęty czar, pozwalający nasycić oczy tak bardzo, że przez długie kolejne dni człowiek się zastanawia, czy to nie był tylko piękny sen. Co ciekawe, mimo świadomości, że dostrzegłem jedynie ułamek bogactwa tego regionu - nawet tego, co było dostępne przez dwie krótkie godziny górowania Rufy - czułem spełnienie obserwacyjne. Oszołomiony pięknem konstelacji, nie wiem, czy zdołałbym przyjąć więcej obiektów, niż wyłapałem. Widząc te bogactwa, człowiek może doznać szoku, z którego łatwo nie wyjdzie - a przecież tydzień pracy trwał, więc konieczny był szybki powrót do rzeczywistości. Pod sam koniec sesji spojrzałem na Gwiezdny Obłok Łabędzia, wiszący jakieś 10° nad północnym horyzontem - i porównałem go w pamięci z tym, co widziałem ledwie parę godzin wcześniej. Muszę stwierdzić, że pola gwiezdne Rufy wcale nie ustępują przebogatym przecież obszarom między Sadrem i Albireo. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w okolice zwrotnika warto wybrać się nie tylko dla wyżej położonych konstelacji Skorpiona i Strzelca, ale również - a może nawet przede wszystkim - dla bezdennego sezamu Rufy.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.