Skocz do zawartości

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'lornetki' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Astronomia i kosmos
    • Obserwacje astronomiczne
    • Astronomia teoretyczna
    • Radioastronomia i spektroskopia
    • Kosmonautyka
  • Obrazowanie kosmosu
    • Dyskusje o astrofotografii
    • Galeria
    • Szkice obserwacyjne
  • Sprzęt i akcesoria
    • Dyskusje o sprzęcie
    • ATM, DIY, Arduino
    • Obserwatoria i planetaria
    • Giełda i sklepy astronomiczne
  • Inne
    • Społeczność AP (Rozmowy o wszystkim)
    • Książki i aplikacje
    • Planeta Ziemia
    • INDI Forum Polska
  • Pogromcy Light Pollution Forum pogromców LP
  • Klub Lunarystów ZAPOWIEDZI WYDARZEŃ
  • Klub Lunarystów ZDJĘCIA KSIĘŻYCA
  • Klub Lunarystów POMOCE
  • Klub Lunarystów O wszystkim
  • Klub Planeciarzy Forum
  • Klub Astro-Artystów Znalezione w sieci
  • Celestia Układ Słoneczny
  • Celestia Sprzęt
  • Celestia Katalog Messiera
  • Celestia Sprawy techniczne

Blogi

Brak wyników

Brak wyników

Kalendarze

  • Kalendarz astronomiczny
  • Kalendarz imprez
  • Urodziny
  • Z historii astronomii
  • Klub Planeciarzy Wydarzenia

Kategorie

  • Astrofotografia - surowe klatki
  • Instrukcje Obsługi
  • Sterowniki
  • Książki (ebooki)
  • Licencje do zdjęć

Grupy produktów

  • Oferta Astropolis
  • Teleskop Service
  • Obserwatoria AllSky
  • Dream Focuser
  • Serwis i Usługi
  • Książki
  • Kamery QHY - Akcja Grupowa (zakończona)

Kategorie

  • Astronomia Obserwacyjna
    • Teleskopy i akcesoria
    • Okulary i barlowy
    • Lornetki
  • Astrofotografia
    • Kamery CCD/CMOS
    • Akcesoria do Astrofotografii
    • Montaże i akcesoria
    • Złączki i adaptery
    • Obserwatoria i akcesoria
  • DIY i ATM
  • Książki i wydawnictwa
  • Inne
  • Archiwum

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Strona WWW


Facebook / Messenger


Skype


Instagram


Skąd


Zainteresowania


Sprzęt astronomiczny

Znaleziono 18 wyników

  1. Zobacz ogłoszenie Staryw Linhof Heavy Duty Pro. Dzień dobry, sprzedam w dobre ręce statyw Linhof Heavy Duty wraz z głowicą panoramiczną Linhof Pochodzi on z czasów kiedy istniały jeszcze Niemcy Zachodnie ale nie wygląda na nadszarpnięty zębem czasu. Pomijając kilka zadrapań i dorobione (perfekcyjnie) przez rzemieślnika 2 kulki dźwigienek od blokady wysuwu nóg wszystko jest w stanie fabrycznym. Wszelkie regulacje , wysuwy pracują z miękkim oporem i bez luzów . Wykonanie mechaniczne tego statywu jest klasą samą dla siebie. Statyw jest niesamowicie sztywny (w założeniu przeznaczony do aparatów wielkoformatowych ) . Producent deklaruje nośność 20kg – ale to na pełnym wysuwie i bez śladu niestabilności. Używałem go z widoczną na zdjęciu lornetką 25x100 (nie podlega sprzedaży ) - głowica bezproblemowo utrzymuje ja w dowolnym położeniu jak również zabezpiecza przed gwałtownym niezamierzonym opuszczeniem (ciekawa konstrukcja przegubu) . To po prostu Linhof. I w dodatku prawie zabytek ;-) ale produkowany do dziś – http://linhof.com/en/professional-rohrstativ/ Zapewne świetnie nada się do zamontowania wideł lub żurawia ( ja jednak używałem go tak jak widać na zdjęciu – ponieważ zupełnie spokojnie można wejść pomiędzy nogi statywu i komfortowo obserwować w pozycji wyprostowanej nawet gdu lornetka jest prawie w zenicie ( ograniczeniem jest tylko giętkość szyi )– max wysokość około 210 cm do płyty montażowej . Ma tylko jedną wadę – waży wraz z głowicą około 15 kg. To oznacza dodatkowy „ kurs” z mieszkania do garażu tylko ze statywem . Szkoda mi też wystawiać go „byle gdzie” , na łąkę, piach – w zależności gdzie obserwuję. Wysyłka kurierem – do uzgodnienia. W niektórych rejonach Polski często bywam i mogę statyw dostarczyć. Oferent Jacek Janicki Date 18.02.2018 Cena 1.500,00 zł Kategoria Teleskopy i akcesoria  
  2. Jacek Janicki

    statyw Staryw Linhof Heavy Duty Pro.

    THIS ADVERT HAS EXPIRED!

    • NA SPRZEDAŻ
    • Używany

    Dzień dobry, sprzedam w dobre ręce statyw Linhof Heavy Duty wraz z głowicą panoramiczną Linhof Pochodzi on z czasów kiedy istniały jeszcze Niemcy Zachodnie ale nie wygląda na nadszarpnięty zębem czasu. Pomijając kilka zadrapań i dorobione (perfekcyjnie) przez rzemieślnika 2 kulki dźwigienek od blokady wysuwu nóg wszystko jest w stanie fabrycznym. Wszelkie regulacje , wysuwy pracują z miękkim oporem i bez luzów . Wykonanie mechaniczne tego statywu jest klasą samą dla siebie. Statyw jest niesamowicie sztywny (w założeniu przeznaczony do aparatów wielkoformatowych ) . Producent deklaruje nośność 20kg – ale to na pełnym wysuwie i bez śladu niestabilności. Używałem go z widoczną na zdjęciu lornetką 25x100 (nie podlega sprzedaży ) - głowica bezproblemowo utrzymuje ja w dowolnym położeniu jak również zabezpiecza przed gwałtownym niezamierzonym opuszczeniem (ciekawa konstrukcja przegubu) . To po prostu Linhof. I w dodatku prawie zabytek ;-) ale produkowany do dziś – http://linhof.com/en/professional-rohrstativ/ Zapewne świetnie nada się do zamontowania wideł lub żurawia ( ja jednak używałem go tak jak widać na zdjęciu – ponieważ zupełnie spokojnie można wejść pomiędzy nogi statywu i komfortowo obserwować w pozycji wyprostowanej nawet gdu lornetka jest prawie w zenicie ( ograniczeniem jest tylko giętkość szyi )– max wysokość około 210 cm do płyty montażowej . Ma tylko jedną wadę – waży wraz z głowicą około 15 kg. To oznacza dodatkowy „ kurs” z mieszkania do garażu tylko ze statywem . Szkoda mi też wystawiać go „byle gdzie” , na łąkę, piach – w zależności gdzie obserwuję. Wysyłka kurierem – do uzgodnienia. W niektórych rejonach Polski często bywam i mogę statyw dostarczyć.

    1.500,00 zł

  3. Cześć Wszystkim, Jaką lornetkę wybralibyście do astronomii, jeśli ograniczałoby się to tylko do Nikona? Pomijam serię WX
  4. Cześć wszystkim! Wiem, że jest mnóstwo osób, które poruszają ten temat, jednak chciałabym dowiedzieć się nieco więcej o sprzęcie, parametrach, co się sprawdzi w konkretnych warunkach etc. Jestem całkowicie zielona w tym temacie, jedynie desperacko porwałam lornetkę od dziadka (chyba 7x50), co prawda myśliwską, ale lepiej to niż nic! Na forach polecacie 10x50, 15x50, w hasłach 'lornetka dla początkujących' znajduję też takie 20x70. Jaka tak naprawdę jest różnica? Czy potrzebuję statyw? Jakie obiekty polecacie do obserwacji ze sprzętami o takich parametrach? Najczęściej oglądam gwiazdy na podwórku, co prawda mieszkam na wsi, ale w promieniu 30 m są latarnie. Chciałabym, żeby lornetka posłużyła mi na wiele lat, bo jeśli będzie to koszt 500zl to na pewno predko nie będę mogła pozwolić sobie na zakup teleskopu. Za góry dziękuję za każdą pomoc. Pozdrawiam, Monika
  5. Widzieliście nowości od APMa? Nie to żebym ich reklamował, ale bardzo kuszące rzeczy tam widać: kątowe ED APO 70 i 82 mm. Ja z mojej 100mm ED APO jestem bardzo zadowolony więc jeśli mniejsze 'siostry' są tak samo dobre to jak dla mnie to hiciory, zwłaszcza ta 82mm. Gdyby była w sprzedaży gdy kupowałem 100mm, pewnie pozostałbym przy 82mm.. Choć może potem ciągle 'zazdrośnie' bym spoglądał na 100mm? W każdą obudowę wpakowali też szkła semi-APO za stosownie mniejsze pieniądze. Nie wiem też czy ktoś zwrócił uwagę ale APM wrzuca w mniejsze lornetki szkło ED (FK-61) - od 7x50 do 16x70. Korpusy i wygląd całkiem jak Lunty, jednak szkła FK-61 (pryzmaty BAK-4). Ja jedną z tych tycich zamierzam mieć już na dniach .
  6. Czy ktoś zabiera jakieś ciekawe lornetki na najbliższy zlot? Może śjakiś Fuji 10x70? Albo Ecotone Kamakura 10x50? Albo jakieś ładne dachóweczki Nikona (Monarch 5/7 lub HG/EDG)? Cokolwiek? Jeśli chodzi o mnie, będę miał dwa Fujinony: FMTR 10x50 i FMT 16x70. Do tego TS Marine 22x85. Dajcie znać, co bierzecie (żebym wiedział, kogo molestować)
  7. Chociaż lornetki cieszą się całkiem sporą popularnością - z pewnością większą niż możnaby sądzić po sprzęcie tak niewielkiego kalibru - mam wrażenie, że gdzieś w tyłach głów obserwatorów siedzi myśl, że bez teleskopu wiele się traci. Uporczywie utrzymujące się święte przekonanie, że lornetka pozwoli zaledwie na rekonesans, na przegląd, ale w zasadzie wartości obserwacyjnych nie wniesie wcale lub w najlepszym razie - niewiele. Źródeł takiego myślenia nie musimy szukać daleko. Po prostu - obserwator sięgający po lornetkę czuje na samym starcie kilka ograniczeń. Pierwszym jest apertura, choć w tej kwestii można liczyć na pewną wyrozumiałość - bo raczej nie winimy małego sprzętu za to, że jest mały. W końcu chodzi o mobilność, lekkość, kompaktowość. Z premedytacją utnę w tym miejscu aspekt powierzchni zbiorczej i zasięgu, który za nią idzie - szczególnie, że dylemat ten jest aktualny również dla kogoś, kto wybiera między jednym a drugim teleskopem. Skupię się za to na innym ważnym parametrze, który często nie daje spokoju sięgającym po lornetkę - na jednym, stałym, małym powiększeniu. Z czego się bierze ten niedosyt, wręcz głód wyższych powiększeń? Z chęci przyjrzenia się czemuś z bliska? Doszukania się detalu? Bez wątpienia. Ale w wielu przypadkach - szczególnie gdy dobsoniarza niechcący uszczęśliwimy lornetą - niedosyt wyniknie prawdopodobnie z najzwyklejszego przyzwyczajenia do oglądania kosmosu w większej skali. Sam pamiętam swoje rozczarowanie, kiedy po raz pierwszy, w podwarszawskich Sikorach, Janko pokazał mi duet M81-M82 w swoim Oberwerku Ultra 15x70. Cóż - skłamałbym, gdybym powiedział, że te maleństwa zrobiły na mnie jakieś większe wrażenie. Po jaką cholerę miałem je oglądać w powiększeniu 15-krotnym, skoro tuż obok stały teleskopy 8- i 10-calowe, w których można było spróbować powiększeń kilka-kilkanaście razy wyższych? Podczas tamtej sesji Janko był osamotniony w swoim lornetkowym zachwycie, a my - z Sawesem i Perkułą - cieszyliśmy się widokami dawanymi przez nasze newtony. Ale o tym, że mała skala ma równie dużo do zaoferowania miałem się przekonać zaledwie w ciągu kolejnych kilkunastu godzin. Zanim się rozstaliśmy w środku nocy, Janko dał mi zapowiedziany wcześniej prezent - a była nim lornetka Delta Optical Everest 12x60. Skąd taki upominek? Pewnego razu wygadałem się, że moja lidletka zaliczyła fatalny dla niej upadek i - chociaż głównie obserwowałem wtedy swoją Syntą 8” - od tego czasu na obserwacjach trochę brakowało mi lornetki. Janko nie wahał się ani chwili i od razu zapowiedział, że jeśli tylko się zjawię, będzie miał dla mnie lornetkę. Piękny gest! Tak jak pamiętam sesję w Sikorach, tak pamiętam też kolejny wieczór, kiedy nastąpił zwrot w tę drugą stronę. Wracając z Warszawy, miałem zahaczyć o rodzinną Bydgoszcz. W samym środku Puszczy Bydgoskiej, całkiem skutecznie wycinającej światła Bydgoszczy i Torunia (przynajmniej w zenicie) zatrzymałem się, by zerknąć na niebo przez swój nowy sprzęt. Kipiąca Droga Mleczna oszołomiła mnie całkowicie! Kłęby gwiezdnych obłoków, setki jaśniejszych i słabszych słońc, gromady otwarte wręcz bijące po oczach - tak, dokładnie tego mi brakowało w okresie, kiedy miałem do dyspozycji jedynie teleskop. Wtedy dostałem przez łeb jednym, oczywistym stwierdzeniem - Droga Mleczna nie jest przecież zbiorem obiektów, które oglądamy jeden po drugim jak slajdy. Droga Mleczna jest kipiącą rzeką światła, w której znajdziemy gromady, asocjacje, gwiezdne żłobki, ciemne pasma i globule skrywające protogwiazdy, a także rozrzucone tu i ówdzie pozostałości gwiazd, które zakończyły swój żywot tysiące lat temu. Galaktyka jest jak plecionka, gdzie każdy jej element pięknie się komponuje z innym, gdzie zachodzą na siebie plany, gdzie możemy doświadczyć widoków dających pojęcie o jej strukturze! O strukturze, której nie mamy szans zobaczyć, “teleportując” się między obiektami - bo przecież w teleskopie najazd na obiekt najczęściej jest niezależny od tego, co wyszukiwało się chwilę wcześniej. Na domiar tego wszystkiego, obiekty te są oglądane w powiększeniach skutecznie izolujących je z ich kontekstu przestrzennego. To była bardzo ważna lekcja - że małe powiększenie pokazuje coś, czego nie zobaczysz, stosując wyższe. Postaram się to pokazać w dalszej części na konkretnych przykładach. Małe powiększenia pozwalają też docenić piękno - bo tego przecież często szukamy - obiektów bliskich. Tak bliskich, że dla teleskopów zwyczajnie niewidzialnych. Pierwszymi, które mam na myśli, są stosunkowo nieodległe i - co za tym często idzie - rozległe kątowo gromady otwarte. Czy Hiady są gromadą dla obserwatora? Teoretycznie - tak. W praktyce - raczej nie. Wiemy, że są związane grawitacyjnie, ale rzadko kierujemy na nie swoje instrumenty optyczne, bo zwykle nie widzimy nic ponad kilka jasnych składników na tle czarnej pustki kosmosu. Jedynie małe powiększenia - 7-10-krotne - pozwalają cieszyć się ich widokiem w nie mniejszym stopniu, w jakim zwykle cieszymy się widząc Plejady czy inną jasną gromadę. Ale o ile Hiady są znane, o tyle duża część rozległych gromad w ogóle nie figuruje w niektórych atlasach nieba. Na próżno będziesz szukał w popularnym Pocket Sky Atlas klastrów takich jak Collindery 65 i 464 (odpowiednio - na pograniczu Byka i Oriona oraz w Żyrafie), Roslund 5 czy Ruprecht 173 w Łabędziu. Ba, nawet Melotte 111 w Warkoczu Bereniki jest pominięta. A jeśli macie na końcu języka kąśliwą uwagę o zbyt egzotycznych katalogach, to zapytam - kto z Was obcował z dyskretnym urokiem NGC 2184, tak łatwej w lornetce 10x50? Jeśli ktoś powie: “takich obiektów nie żal pomijać, w końcu zbyt wiele to one nie pokazują” - odpowiem: Racja - nie pokazują. Przynajmniej do czasu, kiedy przesiadasz się na powiększenia rzędu 7-10x. Wtedy okazuje się, że spoglądamy na naprawdę piękny i efektowny obiekt. Drugą grupą obiektów wymagających niskich powiększeń są asocjacje gwiazdowe - rejony, w których można znaleźć młode gwiazdy powstałe z tego samego obłoku molekularnego i z grubsza - w tym samym czasie. Te skupiska słońc nie są jednak związane ze sobą grawitacyjnie na tyle mocno, żebyśmy mówili o gromadzie gwiazd. Ich wzajemne przyciąganie nieustannie słabnie i w niedługim czasie (w skali kosmicznej) o ich wspólnym pochodzeniu nie będzie już mówić bliskie wzajemne położenie na nieboskłonie, a jedynie ich skład chemiczny i ruch względem innych gwiazd. Ponadto nie będą wtedy już tak efektownymi rejonami, gdyż najmasywniejsze, najjaśniejsze składniki zdążą wybuchnąć jako supernowe lub zakończą żywot w mniej spektakularny sposób. Niektóre asocjacje są równie efektowne jak najpiękniejsze gromady otwarte. Zwykle obserwujemy je jako regiony na niebie pełne niebieskich olbrzymów, skupionych na stosunkowo niewielkiej przestrzeni. Część z nich zmieści się w 6- czy 7-stopniowym polu widzenia lornetki, część będzie wymagała przeskanowania większego obszaru. I choć nie wszystkie asocjacje mają w sobie tyle uroku co perełki w rodzaju Melotte 20 czy Collinder 70, warto je obserwować i zwyczajnie uświadomić sobie ich mnogość na nocnym niebie. W ten sposób łatwo utrwalimy sobie, że nie tylko mgławice emisyjne i młode gromady oznaczają nowe gwiazdy w naszej Galaktyce. Co więcej, to idealne rejony dla bardzo niedocenianych lornetek 7x50 - a to właśnie dzięki takim skromnym parametrom można odkryć bardzo pouczające widoki o sporej wartości estetycznej. Trzecią grupą obiektów oczywistych w małych powiększeniach, a pomijanych w większych, są ciemne mgławice. Chociaż wiele z nich jest również w zasięgu węższego pola teleskopów, to jednak dopiero w szerokich kadrach lornetek tak mocno dają znać o swojej obecności, wręcz - wszędobylskości. Ze względu na swoje potężne rozmiary, sięgające czasem kilkudziesięciu czy nawet kilkuset lat świetlnych, a także relatywnie małej do nich odległości, najbardziej efektowne pasma pyłowe naszej Galaktyki mogą rozciągać się na niebie nawet na kilka stopni! Dodatkowo, są to obiekty “lubiące” duży margines pola wokół siebie - bo dopiero na jasnym, dominującym w kadrze tle, stają się oczywiste - i bardzo często hipnotyzująco piękne. Podobnie też jak asocjacje, wnoszą bardzo dużo do świadomości obserwatora z zakresu składu, wyglądu i ewolucji Drogi Mlecznej. A od strony już czysto estetycznej - biorąc pod uwagę bogactwo tła, z którego można te obiekty wyłuskać, ciemne mgławice często łapią się do najpiękniejszych i najbogatszych kadrów, jakie tylko są do znalezienia na nieboskłonie. ... Tymczasem przejdźmy do kolejnej rzeczy, która uwiera obserwatora - do stałego powiększenia. Ale… czy to musi uwierać? Moim zdaniem - nie. Pamiętajcie, że to, czy brak możliwości zmiany powiększenia jest wadą czy atutem, zależy od tego, co macie w głowach. Moim zdaniem, to może być realna zaleta. Jakim cudem? Oglądając kosmos w jednym powiększeniu można w prosty sposób doświadczyć jego skali. Mam tu zarówno na myśli całość, jak i wielkość poszczególnych elementów. Obserwując niebo przez dłuższy czas w powiększeniu 10x można realnie doświadczyć, co to znaczy bliska gromada/galaktyka, a co oznacza odległa. Widząc kilka drobnych węzłów gwiazd łatwo uzmysłowić sobie, że faktycznie zaglądamy głęboko w inne ramię Galaktyki, że oglądamy to samo, co na przykład w regionie Woźnicy-Bliźniąt, ale ze znacznie większego dystansu. To daje dodatkowe odczucie zarówno przestrzeni, jak i struktury. Podobnie sprawa się ma z galaktykami - te bliższe są znacząco większe kątowo, dalsze są czasem niczym więcej, jak tylko bladymi przecinkami na niebie. Owszem, obserwator dysponujący teleskopem również to widzi, ale czy zmienność powiększenia nie wpływa czasem na zatarcie się pewnego subiektywnego odczucia skali? Na rozmycie naszego osobistego wzorca z Sèvres? Uważam, że w sporej części tak. Na przykładzie swojego doświadczenia i tego, co widzę u kolegów obserwatorów, skłaniam się ku twierdzeniu, że niewielu szuka tej skali globalnie, niewielu umiejscawia widoki z okularu w konkretnej przestrzeni, na mapie Galaktyki w swojej głowie. Tymczasem jestem przekonany, że taka mapa tworzy się w zasadzie sama u bardziej świadomego lornetkowca, jako naturalna pochodna tego, że obserwujemy wszystko w jednym powiększeniu. Być może ktoś z Was powie, że teleskopem również można podobnie poczuć przestrzeń. Można, ale odczucia będą inne, moim zdaniem płytsze z prostego powodu - naturalność ruchu głową z lornetką przed oczami, połączona z obuocznym patrzeniem, daje identyczne czucie przestrzeni, jakiego doświadczamy na co dzień. Nic się nie zmienia poza zasięgiem i powiększeniem. Teleskop, szczególnie ten z kątówką czy ukośnie ustawionym lustrem wtórnym, najzwyczajniej nie zadziała tak mocno. W pewnej ilości przypadków pokaże wzajemną skalę czy przestrzeń, ale nie zadziała w naszej głowie na relacje między obiektami na tyle mocno, by utworzyć mapę. Gdzieś z tyłu głowy kołacze mi pewien dość specyficzny i może nieco przerysowany przypadek. Jeden z moich przyjaciół jest amatorem gromad otwartych. Czasem odnosiłem wrażenie, że tak dobiera do nich takie powiększenie, żeby wypełniały podobne pole widzenia okularu. Zwykł w klastrach dopatrywać się wzorów, mini-asteryzmów, zarysów ludzi, zwierząt czy przedmiotów. Mówił do mnie wiele razy: - A co ty tam widzisz w tych lornetkach? Przecież wszystkie gromady wyglądają w nich tak samo! Tak samo, czyli - jeśli dobrze interpretuję - w żadnej z nich nie doszukam się ani cech szczególnych, ani jakichkolwiek asteryzmów czy zarysów. Tymczasem za sprawą tej przyjemnej zabawy w szukanie skojarzeń we wzorach tworzonych przez słońca w klastrach, mam wrażenie, że ów przyjaciel pozbawiał się odczucia skali i dystansu. Koniec końców, oglądał przecież te gromady najczęściej w tych samych dla swego oka rozmiarach kątowych! Jak więc odczuć dystans do obiektów, skoro oko wszystkie widzi takimi samymi? Swoją drogą, czy nie macie podobnie podczas obserwacji gromad kulistych? Tak dobrać powiększenie, żeby zajmowała odpowiedni procent pola widzenia? Powiększać aż do rozbicia? Czy przez to jesteście w stanie z pamięci rzucić nazwami, które z gromad są większe, a które z tych mniejszych? Czy przypadkiem trochę się to Wam nie zlewa? Podobnie - jak odczuć kontekst gromady, skoro dobieramy powiększenie na sam obiekt? Czy naprawdę wystarcza nam, wizualowcom, sama wiedza o tym, czy obiekt leży w gęstym ramieniu galaktycznym czy też gdzieś na uboczu? Czy nie warto tego doświadczyć? Po prostu zobaczyć? Spróbujcie! ... Ćwiczenia praktyczne Jeśli macie lornetkę powiększającą 7-15-krotnie, spróbujcie wykonać parę ćwiczeń praktycznych - a nuż odkryjecie w widokach lornetkowych coś więcej niż tylko możliwość zrobienia rekonesansu przed skierowaniem w cel “prawdziwego” teleskopu. 1. Spójrzcie na Chichotki, czyli Gromadę Podwójną w Perseuszu. Spróbujcie sobie wyobrazić ich rozmiary i odległość do nich. Skonfrontujcie ich wygląd z wiedzą, że te spore klastry, każdy o średnicy około 60-70 lś, są oddalone od nas o ponad 7,5 tys. lś. Spójrzcie teraz kawałek na północ, na gromadę Stock 2. Jest ona dużo większa kątowo, choć jej rzeczywiste rozmiary są o połowę mniejsze od każdej z Chichotek. Widzimy ją tak dużą, gdyż leży niemal ośmiokrotnie bliżej Słońca. Spójrzcie, jaką ogromną moc promieniowania muszą mieć bliźniaczki z Ramienia Perseusza, skoro świecą dużo mocniej niż obiekt położony o marne 300 parseków od nas. Ale to nie wszystko. Spójrzcie, jak za tą dość bliską nam gromadą (St2) odcinają się pasma pyłowe z naszego ramienia - zobaczycie je jako znacznie ciemniejsze tło, jakby coś wypruło z Drogi Mlecznej słabsze gwiazdy i poświatę tła, którą tworzą odległe słońca. Jakie widoki skrywają te ciemne obłoki? Czy za nimi jest jeszcze jakaś gromada, leżąca nieopodal NGC 869/884 w Ramieniu Perseusza? A może pył przesłania perełkę w rodzaju NGC 2158, leżącą jeszcze dalej, w Ramieniu Zewnętrznym? Widząc takie cuda niebieskie, warto uruchomić wyobraźnię. Wszystkie mapki pochodzą z Toshimi Taki's Star Atlas ... 2. Spójrzcie na gromadę M52. Pewnie znajdziecie ją z łatwością, ale stwierdzicie, że widać niewiele. Ot, jasna plamka światła, ale gdzie jej rozbicie? W zasadzie brak ziarnistości nie pozwala nawet odczuć, że to gromada gwiazd. Ale nie przejmujcie się. Choć to tak jasny klejnot, leży po prostu daleko, kilka* tysięcy lat świetlnych dalej. Teraz przeskanujcie uważnie i powoli niebo w kierunku gwiazdy Caph, β Kasjopei. Widzicie kilka drobnych węzłów gwiazd? Ta okolica roi się od maleństw w rodzaju NGC 7788 czy drobnicy z katalogów King czy Berkeley. To jeszcze bardziej odległe obiekty. Czy to nie dzięki byciu skazanym na jedno, niewielkie powiększenie, nie odkrywamy tej pięknej, galaktycznej perspektywy? Przejedźmy teraz jeszcze odrobinę na południe, zbaczając nieco na zachód. Doszliśmy do NGC 7789 - w porównaniu do poprzedniczek, ta jest spora! Uważny obserwator pod dobrym niebem zauważy ziarnistość tej gromady, chociaż jej najmasywniejsze gwiazdy dawno już zgasły. Wielkość gromady na niebie jest tak znaczna właśnie dzięki temu, że obiekt jest stosunkowo nieodległy. NGC 7789 nie należy co prawda do Ramienia Oriona, ale również nie leży w Ramieniu Perseusza. Leży gdzieś pomiędzy wspomnianymi ramionami, nie narażona na bliższe spotkania z masywnymi gwiazdami, których grawitacja mogłaby znacząco przyczynić się do rozdarcia gromady i rozpierzchnięcia jej słońc. Jest to jedna z odpowiedzi na pytanie, dlaczego najstarsze klastry zwykle znajdujemy na uboczu. Spójrzcie - rozmiar i ziarnistość okazała się być pochodną dystansu. Wróćcie jeszcze raz nieco na północ od gwiazdy Caph, wróćcie powoli poprzez całą drobnicę kingów i berkeleyów” do Messiera 52. Jakby tego było mało, czyż nie oczywiste są różnice w jasności tła? Czyż nie widać wyraźnie, gdzie znajdują się skupiska międzygwiezdnych pyłów, a gdzie patrzymy przez czyste “okienka”? Na sam ten rejon można patrzeć długo, bez śladu znudzenia - jaka piękna galaktyczna perspektywa! *szacunki wahają się między 3 a 7 tys. lś. ... 3. Skierujcie lornetkę ku kwartetowi zimowych gromad w Woźnicy - M37, M36, M38 i NGC 1907. Wszystkie oglądamy z mniej więcej tej samej odległości, z jednym wyjątkiem - M38 leży bliżej nas o jakiś tysiąc lat świetlnych. Porównajmy więc trójcę będącą nieco w tle. M37 jest najstarszą z gromad. Wyłuskanie lornetką poszczególnych składników wymaga albo co najmniej średniej dwururki albo bardzo dobrego nieba. Mrowie gwiazd, które wyjdzie z mgiełki, będzie dość jednorodne (za wyjątkiem najjaśniejszego składnika gromady, gwiazdy typu B9 o jasności 9,2 magnitudo). Oglądamy gromadę, w której niemal wszystkie najjaśniejsze gwiazdy zdążyły już zakończyć swój żywot. Przejdź teraz do M36 i zauważ, jak łatwo wyskakują z tła jej poszczególne składniki (w zależności od sprzętu i nieba, powinieneś ich widzieć kilka bądź kilkanaście). Ta gromada jest znacznie młodsza, liczy sobie około 20 mln lat (wobec 300 mln lat poprzedniczki!) więc jej latarnie typu O i B będą świecić bardzo wyraźnie. To dlatego - mimo podobnego dystansu - nie masz zapewne trudności z dostrzeżeniem poszczególnych składników M36. Zobacz, jak łatwo można porównać oba klastry, zaledwie jednym, szybkim, intuicyjnym skokiem. I sprawdź też, jak niewielki ruch lornetką wystarcza, aby porównać oba te obiekty z NGC 1907 i M38. Możliwość takiego bezpośredniego porównania, czasem nawet dwóch obiektów w jednym polu widzenia, jest naprawdę nie do przecenienia! ... 4. Spójrzcie na gromadę otwartą Collinder 463 w Kasjopei. Ten niezwykle atrakcyjny obiekt jest jednocześnie jednym z remediów na chęć zobaczenia “więcej i bliżej”. Czyli...? Czyli - jeśli nie możecie zmienić powiększenia, znajdźcie większy obiekt! Dotrzeć do Cr 463 nie jest łatwo, ale to właśnie dzięki niewielkiemu powiększeniu lornetki, nawigacja w to egzotyczne miejsce wcale nie jest taka trudna! Jeśli tam trafiliście - przypatrzcie się temu klejnotowi. Spodziewaliście się znaleźć taką perełkę tak daleko poza obserwacyjnym mainstreamem? To jest jeden z tych obiektów, gdzie zmiana sprzętu na teleskop naprawdę nie da nic - bo uzyskane minimalne powiększenie będzie wciąż zbyt wysokie, aby dać zapas na odrobinę tła wokół gromady. Zresztą, czy w tym przypadku naprawdę byłoby widać o tyle więcej? Chyba jednak nie. ... 5. Spójrzcie na Melotte 20 w Perseuszu. Tak, złośliwy jestem - oto kolejny obiekt o sporych rozmiarach kątowych. Ale tutaj chodzi o jeszcze inną grupę wspaniałości nocnego nieba - o asocjacje, o których pisałem wcześniej. Potrzebujemy tutaj szerokiego pola, użyjmy więc lornetki o powiększeniu 7-10-krotnym. Już taki niewielki sprzęt pozwoli na spokojne studniowanie kolorów gwiazd (osobiście uwielbiam wyłapywać gwiazdy o barwach pomarańczowej i czerwonej, które pięknie kontrastują z niebieskimi latarniami). Jeśli mimo wszystko brakuje Wam zasięgu, spróbujcie swych sił używając lornetki 10x70 - uzyskacie maksymalny zasięg dla tego obiektu przy jednoczesnym zadbaniu o szerokie pole widzenia. I, podobnie jak w przypadku Cr 463, wzmacnianie powiększenia nic nie da - poza oglądaniem pustych przestrzeni między jasnymi gwiazdami. A jeśli uważacie, że takich perełek, jak Mel 20 jest niewiele, to zerknijcie chociażby na asocjację Lac OB1. … Podsumowanie Mam cichą nadzieję, że ta skromna próba unaocznienia korzyści z oglądania kosmosu w małej skali i jednym powiększeniu, odczaruje nieco lornetki z ich rzekomych ułomności. Jeśli udało mi się to chociaż w niewielkim stopniu, bardzo się ucieszę. Oczywiście nie nakłaniam nikogo z Was do porzucenia większych luster czy ulubionych teleskopów. Mam przecież świadomość tego, że osobiste preferencje mają kolosalne znaczenie. Za to gorąco zachęcam, byście czasem spojrzeli na kosmos z innej perspektywy. Nie musicie układać sobie na papierowych mapach obrazu Drogi Mlecznej - warto się podeprzeć tym, co można zobaczyć. W końcu wizualowcy lubią nie tylko wiedzieć, ale i widzieć - na tym w końcu polega przyjemność obserwacji wizualnych. Nie musicie więc wyobrażać sobie, że gdzieś w kosmosie, parę tysięcy lat świetlnych dalej od jądra Galaktyki, biegnie zakrzywiona ścieżka Ramienia Perseusza - przecież tak pięknie widać je w małym powiększeniu! Nie musicie zawsze doczytywać wielu informacji o obiekcie - czasem jego cechy wraz z możliwością szybkiego i bezpośredniego porównania potrafią powiedzieć zadziwiająco dużo. Pamiętajcie, że dzięki temu możecie się sprawdzić nie tylko jako podglądacze-stargazers, ale jako obserwatorzy-observers! I choć nie odkrywacie żadnej nowej karty nauk astronomicznych, możecie w wymiarze jednostkowym poczuć się jak najprawdziwsi okrywcy, możecie posmakować tego dreszczyku, który towarzyszył astronomom-obserwatorom wizualnym dziesiątki lat temu. Czasem zgadniecie, czasem się pomylicie. Ostatecznie wszystko jest do sprawdzenia przy komputerze lub w książce, kiedy z powrotem zamienicie się z dziewiętnastowiecznych obserwatorów w wizualowców XXI wieku. Ale bez wątpienia wyrobicie u siebie większą wrażliwość na detal, i to taki, który może coś mówić o obiekcie. I staniecie się lepszymi obserwatorami. To jak będzie z tymi lornetkami i ich niewielkim, stałym powiększeniem? Spróbujecie?
  8. Może kogoś zainteresuje, jak w temacie. Sporo lornetek, większość to dziwadła nie do astro ale kilka ciekawostek też jest. Nie zgłębiałem tematu ale np. Echelon 10x70 za 620E co w porównaniu z Deltą u nas jest taniej.
  9. Witam Posiadam lornetkę Lidletkę Bresser 10x50 z pryzmatami Bak4. Przed chwilą postanowiłem ją trochę oczyścić bo do środka dostał się piasek z plaży. Odkręciłem obiektyw i pędzelkiem strącałem piasek. Przez przypadek dotknąłem nim pryzmat i został tłusty ślad. Jest on dosyć widoczny, kiedy patrzy się od strony obiektywu. Jak mam tą plamę wyczyścić? Nie chce tego ruszać bo jeszcze rozetrę i popsuję pryzmat bardziej. Bardzo proszę o pomoc.
  10. Witam serdecznie Może mi ktoś doradzić w sprawie szelek do lornetki ? Chodzi mi o to jak się szelki sprawują w czasie wycieczek, na co mam zwrócić uwagę przy ewentualnym zakupie takich szelek ? I ogólnie wszystkie spostrzeżenia jakimi chcielibyście się podzielić. Szelek używałbym do lornetki/ek o masie nie przekraczającej 1 kg. Z góry dziękuję. Pozdrawiam
  11. Witam. Zna ktoś jakieś dobre sklepy z lornetkami w Radomiu? Potrzebuje namiaru sklepów w radomiu w których mógł bym kupić lornetkę Celestron Skymaster 15x70
  12. Tak sobie pomyślałem , czy na zlocie w Bieszczadach nie przeprowadzilibyśmy jakichś testów . Ja nie mam zbytniego doświadczenia w takich sprawach , ale na zlocie zapowiada się , że będzie kilka kompetentnych osób . Może to dobry czas i miejsce , żeby przeprowadzić na kilku (kilkunastu…) lornetkach testy . Kto wie może nawet będzie fajnie . Ja zabieram : Opticam 10x50 (który będzie stanowił najniższy próg jakościowy testowanych lornetek) Tasco 10x25 - monokular (naprawdę przyjemny gadżecik) Docter nobilem 15x60 (oczywiście na statywie) . Pozdrawiam
  13. I'm not aware of ANY dealer, regardless how much technical info they post, that measures and states the effective aperture. (Nie mam wiadomości o jakimkolwiek dystrybutorze, niezależnie od liczby zamieszczanych przezeń danych technicznych, który by mierzył i podawał efektywną aperturę.) Ed Zarensky, post na Cloudy Nights. Osoby spoglądające czasem na moje poczynania na forach astronomicznych zwróciły uwagę, że coraz częściej (prawdę mówiąc - kiedy tylko mogę) opisując jakąś lornetkę podaję parametr efektywnej apertury. Co to takiego? To część powierzchni obiektywu odpowiedzialna za wyłapanie wiązki fotonów, która wyląduje bezpośrednio na siatkówce oka obserwatora. Powiecie - przecież cały obiektyw pracuje! Jak się okazuje, nie do końca. Przedstawiając metodologię badania, które jest podstawą do publikacji wyników testów posłużę się dwoma jakże różnymi produktami, które łączy pięć znaków: 15x70. Niezorientowanym wyjaśniam, że jest to opis parametrów lornetki wskazujący na uzyskiwane powiększenie (15x) i średnicę obiektywów (70mm). Obiektami badania będą Oberwerk Ultra 15x70 (OU) i popularny model Celestron SkyMaster 15x70 (SM). I. Pomiar. Test latarkowy - z czym to się je? Zarówno sam problem, jak i jego rozwiązanie wygrzebałem na forum lornetkowym na CloudyNights. Wątek ściętej apertury uporczywie wraca w nowych tematach jak refren piosenki i naprawdę niewiele potrzeba, aby go zauważyć. Sam pomiar jest banalnie prosty i analogiczny do pomiaru źrenicy wyjściowej. Chcąc zmierzyć tę ostatnią, świecimy w obiektyw (źrenicę wejściową) a pomiaru dokonujemy na wyostrzonym krążku światła powstającego za soczewką oczną okularu. Chcąc natomiast zmierzyć źrenicę wejściową (czyli czynną powierzchnię obiektywu) odwracamy bieg światła - świecimy w okular, a pomiaru dokonujemy na krążku światła powstałym za (lub przed, patrząc od przodu lornetki) obiektywem. Wersja amerykańska, wersja europejska. Dosłowna recepta zza oceanu jest następująca: umieść lornetkę na statywie obiektywami do ściany, zaświeć latarką z odległości ok. jednej stopy w okular ustawiony na nieskończoność i zmierz linijką rozmiar powstałego na ścianie krążka światła. Moja obecna metoda pomiaru uwzględnia uwagi naszego forumowego kolegi Zbyszka (ZbyT), i różni ją od "amerykańskiej" to, że umieszczamy papier milimetrowy jak najbliżej obiektywu, gdyż wychodząca wiązka światła jest nieco rozbieżna, więc mierzenie krążka światła tuż za obiektywem ogranicza błąd pomiaru do minimum (taki pomiar jest dokładny do dziesiątych części milimetra). Badanie według powyższego przepisu dało następujące wyniki: Oberwerk Ultra - 70mm SkyMaster - 63mm Warto wspomnieć w tym miejscu o innej wersji testu latarkowego, gdzie zamiast zwykłej diody latarki używa się lasera. Przeprowadzenie takiego wariantu testu jest szczególnie pożądane w lornetach o długich ogniskowych (światło diody może być zbyt nikłe żeby precyzyjnie odczytać wartość na papierze milimetrowym). Należy jednak zadbać o to, żeby wiązka lasera była szerokości równej lub większej od źrenicy wyjściowej lornetki. Popularne wskaźniki laserowe dają z reguły węższą niż wymagana wiązkę światła, ale jest prosty sposób, żeby temu zaradzić. Można rozproszyć tę wiązkę za pomocą lornetki (oczywiście innej niż ta, na której zamierzamy przeprowadzić pomiar; preferowana o małym powiększeniu) lub szukacza teleskopowego. Ja do swojego pomiaru użyłem zwykłego szukacza 9x50 od Synty 8". Po wyjściu przez obiektyw szukacza wiązka była już na tyle szeroka, żeby umożliwić pomiar apertury lornetki. Wynik wyszedł identyczny jak w teście latarkowym: Oberwerk Ultra - 70mm, SkyMaster - 63mm. II. Wątpliwości i potwierdzenia. Dlaczego tak, a nie inaczej? Oczywiście pierwszym pytaniem odnośnie tej metody jest - a dlaczego jedna stopa? Po pierwsze, musimy zadbać o równoległość wiązki światła. Zbyt szeroko rozchodzące się światło da efekt w postaci szerszego kąta wyjścia wiązki z obiektywu, co da zawyżony wynik (większy niż średnica obiektywu). Podczas prezentacji testu latarkowego zarzucono mi, że popełniam poważny błąd, gdyż wpadająca wiązka światła latarki ma "nieznany kąt rozbieżności", a przecież powinna być idealnie równoległa - zrobiłem więc test, zamieniając latarkę na Słońce (w równoległość promieni Słońca - z ziemskiego punktu widzenia - chyba nikt nie wątpi). Wynik wyszedł identyczny - 63mm. Do samej odległości między diodą a okularem można dojść empirycznie - oddalając powoli latarkę od lornetki. Widać wtedy, jak krążek źrenicy wejściowej zmniejsza się, ale tylko do pewnego momentu. Właśnie w okolicach dwudziestu centymetrów dalsze oddalanie powoduje już tylko osłabianie jasności krążka źrenicy wejściowej. Mimo bycia pewnym, że kwestia rozbieżności wiązki nie jest przeszkodą w tym teście, pomocnym było dla mnie wytłumaczenie sprawy przez Piotra Guzika: Jeśli odległość między diodą a okularem jest duża w porównaniu do średnicy okularu, rozbieżność wiązki padającej na okular będzie stosunkowo niewielka. Co więcej, po wyjściu z obiektywów wiązka ta będzie tyle razy bardziej zbieżna, ile wynosi powiększenie lornetki. Tak więc, jeśli umieścimy ekran blisko obiektywu, błąd związany z nierównoległością wiązki będzie bardzo mały (łatwo można obliczyć, że dla odległości dioda - okular równej 20 cm i lornetki o powiększeniu 15x, kilka centymetrów za obiektywem błąd ten będzie znacznie mniejszy od 1 mm). Patrzenie w źrenicę, czyli metoda Endriu (szczelinowa). Kolega Endriu z AstroManiaka zaproponował inną metodę pomiaru efektywnej apertury. W celu przeprowadzenia swojego badania wziął fragment kartonu, który miał zasłaniać obiektyw, ale na jego skraju wyciął cztery łukowate szczeliny odpowiadające rozmiarem krańcom obiektywu. Plan był prosty - obserwując z kilkunastu centymetrów źrenicę wyjściową na soczewce ocznej okularu widzimy czynną powierzchnię obiektywu w projekcji. Jeśli cały obiektyw pracuje, to szczeliny powinny być widoczne (w końcu wchodzą w światło obiektywu). Wnioski dla SkyMastera były następujące: - patrząc osiowo w okular, Endriu nie widział szczelin; - odchylając się od osi optycznej, szczeliny były widoczne. Dla mnie był to czytelny sygnał, że test szczelinowy potwierdza latarkowy, gdyż nie pokazuje zewnętrznych skrajów obiektywu. Odchylanie się od osi optycznej, kiedy to było widać szczeliny, było analogiczne do opisanego powyżej poszukiwania diafragmy obiektywu. Ale pojawiła się zaraz spora wątpliwość. Ekran, który namieszał. Gdy Endriu skierował lornetę z przesłoną szczelinową na Słońce umieszczając za okularem ekran, szczeliny się pokazały. Pierwotnie podejrzewałem, że światło łapiąc kontakt z krawędzią szczeliny załamuje się i dlatego jest widoczne. Potem podjąłem trop, że być może szczeliny pojawiają się poza krążkiem źrenicy wyjściowej. Po konsultacjach z kolegami jedyną rzeczą, którą wiedziałem był fakt, że nie trzymało się to kupy. Jeśli chcesz, żeby coś było dobrze zrobione, zrób to sam. Postanowiłem samodzielnie przeprowadzić test szczelinowy z jedną modyfikacją. Mając na uwadze, że wycięcie precyzyjnej szczeliny łukowatej jest trudne do wykonania w warunkach domowych, wyciąłem w papierze milimetrowym kwadrat z wyciętymi prostokącikami o wymiarach 1x6mm. Szczeliny znajdowały się w pobliżu punktów stycznych koła wpisanego w ten kwadrat. Kołem oczywiście miał być obiektyw. Wycięte prostokąciki były wystarczająco duże, żeby zauważyć, czy przechodzi przez nie światło. Założyłem obie przysłony na obiektywy lornetek. Źrenice wyjściowe prezentowały się jak na zdjęciu obok. Jak widać, test szczelinowy potwierdził, że Oberwerk korzysta z pełnej apertury. Patrząc osiowo w okular SkyMastera, szczeliny pozostawały niewidoczne. Ujęcia z lewej strony pokazują też widoczność szczelin po odchyleniu się od osi optycznej okularu. Powtórzyłem też eksperyment z projekcją ekranową Słońca. Do pomiaru użyłem papieru milimetrowego. Efekt wyglądał następująco (zdjęcie obok). Szczeliny były wyraźne, ale dlaczego pojawiały się wyłącznie podczas trzymania ekranu w odległości mniejszej niż ER lornetki? I dlaczego były zawsze w większej odległości od siebie niż wynosi źrenica wyjściowa lornetki? Podzieliłem się swoimi wątpliwościami z dwoma kolegami i jeden z nich - Piotr Guzik - podsunął możliwe rozwiązanie problemu: Podejrzewam, że w jego [Endriu-przyp. MN] przypadku ekran znalazł się w złej odległości od okularu. Rzutowany na ekran obraz obiektywu tylko w jednym położeniu ma średnicę równą średnicy źrenicy wyjściowej. Błąd w ustawieniu ekranu rzędu 1 mm, może dać podobny błąd wyznaczenia źrenicy wyjściowej (rzędu 1 mm). Zawsze w takiej sytuacji pomiar źrenicy wyjściowej będzie zawyżony. Spostrzeżenie idealnie pasowało do tego, co było widać na ekranie. Średnica rzutowanego obrazu miała ponad 5mm szerokości, podczas gdy mierzona średnica wyjściowa SkyMastera jest o około milimetr mniejsza. Żeby mieć pewność, musiałem wyostrzyć ekran na źrenicę wyjściową, a nie szczeliny. Następnego dnia Słońce świeciło przez warstwę chmur, przez co zarejestrowanie aparatem zarówno źrenicy jak i szczelin okazało się utrudnione. Ale wizualnie udało się zaobserwować ponad wszelką wątpliwość, że przy ostrym krążku źrenicy wyjściowej na ekranie, szczeliny pozostają niewidoczne. Po przybliżeniu ekranu o ok. 1mm szczeliny się pojawiają (za to krążek źrenicy wyjściowej rozmazuje, co widać na powyższym zdjęciu). Koniec końców, ekran nic nie wprowadził poza zbędnym zamieszaniem. Korzystając z założonych przesłon szczelinowych, zrobiłem jeszcze jedną rzecz. Ustawiłem lornetkę obiektywami do siebie w maksymalnej odległości, na jaką pozwala rozkład mojego mieszkania (ok. 9m). Zamierzałem sprawdzić, czy podświetlone światłem biegnącym od okularów szczeliny będą widoczne od strony obiektywów. Okazało się, że dziewięć metrów jest wystarczającą odległością, żeby zbadać zachowanie obiektywów na równoległe promienie światła. Zdjęcia pokazują, że szczeliny są widoczne na Oberwerku. Na SkyMasterze pozostają ciemne. Miałem zatem kolejne potwierdzenie. Precyzując pomiar szczelinami. Żeby ostatecznie potwierdzić dokładność testu latarkowego nie tylko jako działającego, ale i miarodajnego, musiałem potwierdzić go testem szczelinowym. W tym celu wyciąłem cały zestaw kwadratowych przesłon, mających na celu zmierzenie, kiedy SkyMaster pokaże cztery szczeliny na źrenicy. Zwracam uwagę czytelnika na jedną rzecz: szczeliny zawsze są wycinane do wewnątrz - tak samo, jak Oberwerk pokazał światło wpadające w wycięte szczeliny milimetrowej szerokości, tak samo musiał pokazać SkyMaster. Tak więc - przykładowo - kwadrat z opisem 65 ma wycięte szczeliny o oddaleniu zewnętrznych krawędzi równym 65mm, a wewnętrznych - 63mm. Wyniki zaprezentowały się następująco (zdjęcie obok). Jak widać, dopiero od zdjęcia ze szczelinami 65mm zaczyna przebijać się światło jednocześnie z czterech szczelin. Odległość między wewnętrznymi krańcami szczelin wynosi 63mm. Na kolejnej próbie (64mm) widać już szczeliny w pełnej okazałości. Test latarkowy został więc potwierdzony także ilościowo. Jako ciekawostkę chcę pokazać porównanie przesłon o zewnętrznym rozstawie szczelin 65mm na obu lornetach. Jak widać (mimo nieostrego zdjęcia) Oberwerk pokazał szczeliny z zapasem - między szczelinami a krawędzią źrenicy wyjściowej jest widoczny jeszcze kawałek kartki. Marzenie ściętej apertury. Pomiar dla pomiaru wieje nudą. Nieważne są przecież parametry, w końcu chodzi o obserwacje. Korzystając z pogodnego nieba, przeprowadziłem test zasięgu dla SkyMastera i Oberwerka Ultra w tych samych warunkach. Wydrukowałem sobie mapkę ze zbliżeniem na Cr399 - Wieszak, a następnie wypatrywałem jak najsłabszych gwiazdek. Na niezbyt przejrzystym niebie, którego zasięg oceniłem na około 5,6mag, wypatrzyłem Oberwerkiem (patrząc na wprost) gwiazdę 10,7mag. SkyMaster pokazał 9,9mag, a w porywach 10,2mag. Faktem jest natomiast, że szybciej i pewniej widziałem gwiazdę 10,7mag w Oberwerku (50% czasu) niż 10,2mag w SkyMasterze (20%). Żałowałem, że na swojej mapce porównawczej nie miałem zaznaczonej gwiazdy o jasności 10,8-11,0mag - sądzę, że Oberwerka można było jeszcze trochę pocisnąć. Innym przykładem może być polowanie na galaktykę NGC 772 w Baranie (10,3mag). Oberwerk ją pokazał, SkyMaster mógł o niej tylko pomarzyć. Warto też nadmienić, że przy bezpośrednim porównaniu na dowolnym fragmencie nieba, różnica w jasności obrazu (wynikająca m.in. z rozmiaru źrenicy wyjściowej, o czym za chwilę) jest widoczna od razu. Sam test na zasięg wymaga jeszcze powtórzenia, porównania większej liczby gwiazd dla precyzyjniejszej oceny różnicy zasięgu oraz sprawdzenia różnicy zasięgu na obiektach rozciągłych. Mimo to posiadane wyniki dają pewien przedsmak praktycznej strony obserwacji przez oba sprzęty. III. Wnioski końcowe, czyli po co nam to wszystko? Nie jestem onanistą sprzętowym i nie rajcują mnie suche parametry. Jestem czynnym obserwatorem i chcę zobaczyć jak najwięcej. Badając lornetki, chcę się dowiedzieć dlaczego przez jeden sprzęt widzę obiekt, a przez drugi go nie widzę. Przeprowadzając test latarkowy mogę odpowiedzieć sobie na to pytanie przynajmniej w części. Oprócz określenia ilości światła docierającego do oka obserwatora, test latarkowy umożliwia zbadanie jeszcze jednego parametru - powiększenia. Znając źrenicę wejściową, a następnie mierząc źrenicę wyjściową, możemy podzielić pierwszą wartość przez drugą i uzyskać w ten sposób informację o realnej wielkości powiększenia. Uzyskałem następujące wyniki pomiarów źrenic wyjściowych w badanych lornetkach: Oberwerk Ultra - 4,7mm SkyMaster - 4,3mm. Dodam, że obaj producenci w swojej specyfikacji podają tę samą wartość źrenicy wyjściowej - 4,7mm. Zatem powiększenia obu lornet wyglądają następująco: Oberwerk Ultra: 70/4,7=14,89 SkyMaster: 63/4,3=14,65 Gdybyśmy nie znali efektywnej apertury lornetki Celestrona, to na bazie informacji zdobytych samodzielnie oraz dzięki specyfikacji producenta moglibyśmy dojść do kompletnie błędnych wniosków. Całkiem niedawno pan Janusz Płeszka zmierzył źrenicę wyjściową SkyMastera za pomocą optimetru Czapskiego. Założywszy (błędnie!) czynną średnicę obiektywu lornetki Celestrona jako 70mm, podzielił tę wartość przez uzyskany przez siebie wynik (4,25mm). Oficjalnie obwieścił, że SkyMaster powiększa 16,47x! Szkoda, że wspomniany pan nie znalazł czasu na bezpośrednie porównanie obu lornet, bo gołym okiem wyraźnie widać, że obraz w Oberwerku albo jest minimalnie większy(!), albo równy z celestronowym. Tak więc wartość powiększenia 16,47x dla celestronowej dwururki można włożyć między bajki. Posłowie. Primo, mam nadzieję, że powyższy tekst wyjaśnił wiele wątpliwości dotyczących testu latarkowego i spowoduje, że przekonacie się, że nie trzeba wierzyć producentom na słowo. Możecie ich teraz sprawdzić! Secundo, zdaję sobie sprawę, że pewne części artykułu trącą abecadłem, ale chciałem mieć pewność, że niniejsza publikacja będzie zrozumiała także dla osób słabo zaznajomionych z pojęciami związanymi z optyką i mierzeniem podstawowych parametrów lornetek. Zdaję też sobie sprawę, że można podjąć temat inaczej, być może wnikliwiej. Chciałem jednak zaprezentować to, co każdy może sprawdzić w domowych warunkach. Tertio, chociaż właściwa dyskusja będąca bezpośrednim impulsem napisania niniejszego tekstu toczyła się na łamach forum Astromaniak.pl, moją odpowiedź zamieszczam tutaj. Dlaczego? Astropolis to dla mnie najbardziej naturalne środowisko do dyskusji o astronomii, moje pierwsze forum i podstawowe miejsce aktywności w dziedzinie astronomii amatorskiej. Drugim powodem, nie mniej osobistym jest <żal mode ON> bardzo nieprzyjemny ton rozmowy z właścicielem AstroManiaka, zbywanie argumentów i chowanie się za sofizmatami, co uniemożliwiało merytoryczną wymianę zdań, a także nie mieszczące się w moim pojęciu kultury osobistej zachowanie zarówno właściciela AstroManiaka, jak i innej osoby uczestniczącej w dyskusji (notabene, pisującej również na Astropolis). Gwoli ścisłości, sam niepotrzebnie wdałem się w pyskówkę. <żal mode OFF> Mimo porzucenia dyskusji na AstroManiaku, mam nadzieję, że osoby dla których Astromaniak jest podstawowym miejscem aktywności zapoznają się z tym artykułem dla lepszego wyjaśnienia sprawy i - oby - dojścia do jednolitego wniosku końcowego. Quatro, chciałbym podziękować kilku kolegom z AstroManiaka, którzy podsunęli wiele wartościowych materiałów i swoimi niewygodnymi pytaniami zmobilizowali mnie do mocniejszego zagłębienia się w temat. Dziękuję także Piotrowi Guzikowi i Polarisowi za ich cenne uwagi i wylanie na mój łeb kubła zimnej wody - wtedy, kiedy potrzebowałem tego najbardziej. Ciemnego nieba! Literatura: http://www.cloudynig...l/fpart/1/vc/1 http://www.cloudynig..../o/all/fpart/1 http://www.astro-for....e-Öffnung-gilt http://astromaniak.p...237219#p237219
  14. Mając sporo różnych akcesoriów, wpadłem na pomysł statywu dwulornetkowego. Części składowe: - statyw Goliat - przystawka Triopo - adapter statywowy (do zawieszenia jednej lornetki) - głowica fotograficzna "pistoletowa" (do zawieszenia drugiej lornetki i równoległego ustawienia z pierwszą) Tak też można. Niestety, próby odbyły się "na sucho", bez nocnego nieba.
  15. Późnoletnia i jesienna Droga Mleczna jest jednym wielkim cudem. Można wracać w ten rejon wielokrotnie i ciągle mieć niedosyt z powodu mnogości obiektów, które zostały do wyłapania. Przed udaniem się na ostatnią sesję powziąłem postanowienie, żeby jej część poświęcić na spojrzenie na nasze Ramię Oriona i Ramię Perseusza w nieco inny sposób. Przede wszystkim chciałem skorzystać z ostatnich nocy, kiedy Droga Mleczna w Łabędziu znajduje się wysoko, żeby móc wyłapać parę ciemnych mgławic. Nie tracąc więc czasu na Letnie Hity 2012, od razu skupiłem się na ciemnej stronie mocy. Pierwszymi dwoma obiektami na mojej liście były Barnardy o numerach 144 i 145. Pierwszy z nich nosi uroczą nazwę "Ryba na Talerzu". To ogromny obszar wielkości 3°×6°, przylegający od zachodu do długiej szyi Łabędzia, w okolicach Ety Cygni. Poszukiwania zacząłem od północnej części mgławicy, której należy szukać w linii łączącej gwiazdy 25 i 28 Cyg. Dzięki kontrastowi z jasną Chmurą Gwiezdną Łabędzia, nie miałem problemów z wyłapaniem mgławicy w tym miejscu. Obszar wydawał się być niejednorodny, poprzecinany równoleżnikowo ułożonymi, podłużnymi pociemnieniami, jakby nakładało się tam parę planów mgławicy. W okolicy 27 Cyg widać było wcięcie w pociemnieniu - jakby ktoś odkroił kawał ciemnej plamy, tnąc półkolisty fragment w odległości 40' od wspomnianej gwiazdy. Przesuwając wzrok dalej na południe, pociemnienie traciło na intensywności, stawało się mniej wyraźne, lecz wypatrzenie jego południowej i zachodniej granicy nie nastręczało większych trudności. Szukając tego obiektu należy mieć na uwadze, że ze względu na swoje rozmiary, może być on łatwo przeoczony. Oberwerk dawał nieco przyciasne pole, dopiero w Resoluxie 10x50 z 6,5-stopniowym polem mogłem bez problemu wyłapać cały obrys mgławicy (choć nie na jeden raz). Nie bez znaczenia był świetny kontrast lornetki. Druga z wymienionych mgławic, Barnard 145, jest niewielką sąsiadką Ryby na Talerzu i leży niecały stopień na północ od "górnej" granicy B144. Potrzebowałem trochę czasu, żeby wypatrzeć w Oberwerku pociemnienie poniżej trójkąta 7- i 8-magowych gwiazd. Wschodnia część była wyraźniejsza i węższa, a szerszej – zachodniej - ledwo się domyślałem. Efekt przyniosło ponowne przerzucenie się na mniejszy sprzęt - Resolux pokazał zauważalnie lepiej cały obszar mgławicowy. Kolejnym przystankiem był rejon Ameryki Północnej. I tu ciekawe spostrzeżenie, jak umysł reaguje szukając czegoś innego niż zwykle. Łowiąc NGC7000, zazwyczaj szukamy pojaśnienia rejonu Zatoki Meksykańskiej, Florydy i innych jaśniejszych partii nieba. Nastawiając się natomiast na ciemne mgławice, pierwsze, co rzuciło mi się w tym rejonie, to wielka i wyraźna LDN935. Amerykę zauważyłem dopiero chwilę później. Moim głównym celem w okolicy NGC7000 była Zatoka Hudsona - tak czasem jest określany Barnard 352. Cel jest łatwy - mgławica ta to stosunkowo niewielkie, ale wyraźne, owalne pociemnienie wyznaczające granicę wodorowego kontynentu. A kilkanaście minut kątowych na południe ma mniejszą, ale jeszcze wyraźniejszą, towarzyszkę - B353. Ten obiekt z kolei widać było jako szerszą i raczej krótką kreseczkę. Gdy wróciłem do tej parki parę godzin później, kiedy ogon Łabędzia był już w połowie swej drogi ku linii widnokręgu, oba pociemnienia były wciąż nieźle widoczne - w przeciwieństwie do dogorywającego pojaśnienia Ameryki. Stopień na północny-wschód dało się wypatrzeć kolejną ciemną plamę - był to Barnard 356. Zauważalnie większy od poprzednich dwóch, chciałoby się rzec - o mniejszej jasności powierzchniowej. Dalej na wschód czekał kolejny łatwy cel - B361. Choć Uranometria 2000.0 pokazuje ją jako nieco wyciągnięty owal, mnie skojarzyła się z kijanką po ciemnej stronie mocy. Większa, wyraźniejsza, kolista wschodnia część tego Barnarda była głową, a zachodnia wąska odnoga - ogonkiem. Dalej na wschód widać było kolejne pociemnienia, ułożone południkowo (pionowo), lecz muszą one poczekać do następnej okazji na identyfikację. Szukałem też leżącego nieopodal M39 Barnarda 363, ale nie znalazłem nic przekonującego w miejscu, gdzie powinien on być. Blask dość jasnych pobliskich gwiazd skutecznie utrudnił jego zaobserwowanie. Obiekt do poprawki. Osobnym rozdziałem w tej sesji było przyjrzenie się wybranym obiektom w lornecie TS 20x80 z filtrami UHC. Moment był dobry, gdyż Resolux i Oberwerk były już na tyle wychłodzone, że momentalnie łapały wilgoć. Suszyły się więc dłuższy czas w aucie, a ja na spokojnie mogłem oderwać się od ciemnych myśli, choć wciąż mglistych Wróciłem do Ameryki Północnej. Po ogarnięciu się po pierwszym szoku związanym z wygaszeniem gwiazd przez filtr i lepszym zaadaptowaniu wzroku, mgławica dużo wyraźniej zaznaczyła swoje granice, także te północne. Bez filtra przyjrzałem się też gromadzie NGC6997, która pięknie się zaprezentowała, pokazując lekką ziarnistość. Następnie dałem się ponieść nieco chaosowi i przeniosłem wzrok w okolice gwiazdy Sadr. LDN889 ładnie zaznaczona, ale znów nie udało się wyłapać zewnętrznych granic Mgławicy Motyl. Odświeżając sobie parę okolicznych gromad, natrafiłem na sporej wielkości pojaśnienie, leżące bardziej na zachód od Gammy Cygni. Po konsultacji z atlasem okazało się, że to północno-zachodnia część mgławicy IC1318 - widoczna jako wyraźne pionowe pojaśnienie o kształcie wydłużonego, stosunkowo wąskiego trójkąta. Mgławica bez filtrów również była dość wyraźna, choć już nie rzucała się tak w oczy (wątpiący mogliby wziąć ją za zlewający się blask słabszych gwiazd). Spróbowałem też, choć bez przekonania, zmierzyć się z Mgławicą Półksiężyc (Crescent, NGC6888). Przy jednej z gwiazd tworzących mały, kształtny romb widoczne było podłużne, mgliste pojaśnienie - najjaśniejszy fragment Crescenta. Próby wyłuskania całego łuku mgławicy nie przyniosły efektu. Może w bardziej przejrzystą noc?... Kolejnym celem był Kokon (IC5146). Obserwowany z filtrami był w zasadzie całkowicie zgaszony. Za to bez filtrów było widać pojaśnienie zarówno po wschodniej, jak i zachodniej parki najjaśniejszych gwiazd leżących na tle środka mgławicy. Późniejsza konsultacja ze zdjęciami pokazała, że w tych miejscach znajdują się najjaśniejsze partie Kokonu. Podczas tej sesji nie podchodziłem do niego w Oberwerku, lecz wydaje mi się, że jakiś rozdział mogę uznać za zamknięty. Twierdza Kokon została ostatecznie zdobyta. Z innych celów wyłapanych w TS 20x80, warte wspomnienia są jeszcze dwa. Pierwszy z nich to NGC281 (Pacman). Choć jest to obiekt w zasięgu małej lornetki, w „Teresce” prezentował się znakomicie. Owalny, podłużny, dość symetryczny z gwiazdą w okolicy centrum. Po wprowadzeniu filtrów w tor optyczny, mgławica wyraźnie zwiększyła swoje rozmiary, o około półtora raza. Żuchwy Pacmana się nie dopatrzyłem. Drugim z ciekawych obiektów była mgławica IC410, widoczna na tle gromady NGC1893. Wyglądała jak pojaśnienie nieba o bardzo rozmytych granicach. Bez filtrów UHC była prawie niewidoczna. Kiedy i lorneta TS 20x80 zaczęła coraz częściej parować, wróciłem do Resoluxa i Ultraska z zamiarem odwiedzenia paru mniej znanych i opiewanych gromad otwartych w Kasjopei i okolicach. Najpierw jednak skorzystałem z górowania Cefeusza i kolejny raz zagapiłem się na rozległą IC1396. Z każdym kolejnym powrotem coraz bardziej upewniam się, że pojaśnienie w centrum obiektu, na tle wyciągniętej gromadki gwiazd (skatalogowanej również pod numerem IC1396) nie jest poświatą słabych słońc, a obszarem mgławicowym. Udało mi się też wyłuskać kolejne, łukowate pojaśnienie bardziej na południe. W wyodrębnieniu tego fragmentu z pewnością pomaga wyraźna, zewnętrzna granica strzeżona przez kilka ciemnych Barnardów, która nadaje kontrast temu obszarowi. Samych ciemnych mgławic jednak nie wyłapałem - ale sądzę, że przy odrobinie większej dozy cierpliwości powinno się udać następnym razem. Przeskoczyłem do Kasjopei. Postanowiłem poświęcić nieco więcej uwagi dwóm łatwym, ale traktowanym dotychczas po macoszemu gromadom z katalogu Stock. Pierwsza z nich, oznaczona numerem piątym, na pierwszy rzut oka prezentował się mało atrakcyjnie. Ot, cztery w miarę jasne gwiazdki na południowym krańcu małego łańcuszka słońc w okolicach Epsilon Cas. Kiedy jednak dałem temu rejonowi chwilkę, do najjaśniejszych gwiazd dołączyły kolejne, słabsze. Koniec końców, obiekt całkiem przyjemny. Bardzo podobna sytuacja była z Gromadą Pazmina (Stock 23). Tam jeszcze wyraźniej do równoległoboku najjaśniejszych słońc dołączyły kolejne. Obiekt bardziej skondensowany niż poprzedni - łatwiej było tu wydobyć gromadę z tła. I co ważniejsze, Stock 23 przestał być dla mnie małym, zagubionym "kwadracikiem" na niebie. Ostatecznie wyłapałem w tym rejonie dobrych kilkanaście gwiazd gromady. Następnie przeskoczyłem do gromady Trumpler 3. Bardzo ładna, choć nie poraża bogactwem, jest łatwa do wyłapania. Ma nieco wyciągnięty kształt, da się w niej zauważyć dość wyraźne zróżnicowanie jasności słońc wchodzących w jej skład. Kolejnym celem na liście był Collinder 463 w północnych rewirach Kasjopei. Gromada ta ma spore rozmiary kątowe, jest wyraźnie podłużna, a jej najjaśniejsze gwiazdy układają się w delikatny łuk. Północna część sprawia wrażenie rozdzielającej się na dwa pomniejsze łańcuszki słońc. Bardzo ładny widok zarówno w 15x70, jak i 10x50. Zdecydowanie jedna z najpiękniejszych perełek z tej sesji. Przeskoczyłem na chwilę do Żyrafy w poszukiwaniu Collindera 464. Choć nawigacja w tej konstelacji nie jest specjalnie łatwa, samą gromadę namierzyłem bardzo szybko za sprawą paru najjaśniejszych jej gwiazd widocznych gołym okiem. Sama gromada jest bardzo uboga, a do tego jej rozmiary sięgające całych dwóch stopni powodują, że niełatwo ją wydzielić z (również ubogiego) tła, nawet w polu 6,5°. Po tak mało spektakularnym obiekcie, trzeba było się zachichocić. Żeby jednak nie skończyło się na tym, co zwykle, poszukałem kolejnych, oprócz Stocka 2, pobliskich gromad. Pierwsza na liście była NGC744. Bez dokładnej konsultacji z mapą, ruszyłem "na azymut" w jej kierunku. Wypatrzyłem na niebie pojaśnienie o średnicy kilkunastu minut kątowych. Konsultacja z Pocket Sky Atlasem i... nic. To nie NGC744. Star-Guide również milczy. Więc jeszcze raz, Resolux w dłoń - pojaśnienie jest. Tym razem świecę latarką po karcie Uranometrii. Jest! To Stock 4. Oberwerk częściowo rozbił gromadę, wyciągając kilka najjaśniejszych jej składników, resztę pozostawiając w lekko ziarnistym sosie. Tymczasem, do tej pory zachodzę w głowę, dlaczego Stocka 4 nie ma (poza jednym znanym mi wyjątkiem) na mapach. Szczególnie, że gromada sama się napatoczyła, w dodatku w najmniejszej z moich lornetek. Zdecydowanie odkrycie tej sesji. Na samą 744 przyszedł czas chwilę później. W 10x50 była małym, mgiełkowatym pojaśnieniem koło drobnego łańcuszka gwiazd. Większy kaliber nadał gromadzie ziarnistej nieregularności na obrzeżach. Podchodziłem też do NGC957, małej gromady na wschód od Podwójnej w Perseuszu. Zamajaczyło słabe pojaśnienie na końcu małego zygzaczka gwiazd, ale zmęczenie nie pozwoliło na dokładniejsze przyjrzenie się temu miejscu. Obiekt do poprawki. Chociaż miałem w planach dokładniejszą penetrację Serca, Duszy i ich gromad, chwilowa dekoncentracja i znużenie zrobiły swoje. Odnotowałem więc tylko, że pomimo pozornego ubóstwa w gwiazdy, w gromadach tych (Melotte 15, NGC1805, NGC1027) da się wyzerkać całkiem sporo słońc. Szczególnie duży kontrast był w Resoluxie, gdzie na wprost początkowo było widać dosłownie 3-4 gwiazdy, zerkaniem zaś nie było wątpliwości, że patrzę na gromadę. Oberwerk pokazał wszystkie te gromady dużo okazalej - następnym razem trzeba będzie zacząć ze świeżymi siłami właśnie od tego regionu. Tym bardziej, że czeka tam jeszcze ładnych parę celów, w tym wypatrzenie całego obszaru mgławicowego, który jest w zasięgu małych i średnich dwururek. Końcówka sesji przyniosła jeszcze trzy zdobycze. Pierwszą był Barnard 34. Chociaż Woźnica nie wspiął się wysoko, dało się wyłapać delikatne pociemnienie nieco poniżej linii łączącej M36 z M37. Warto będzie wrócić do tego obiektu zimą - teraz obecność mgławicy była bardzo słabo zaznaczona i pewnie gdyby nie potwierdzenie Krzyśka, który też ją wyłapał - nie dopisywałbym jeszcze tego obiektu do listy zaobserwowanych obiektów. Drugą i najciekawszą zdobyczą z końcówki sesji był Stock 12. Pewnie gdybym się wcześniej nie napalał na wyłapanie tej gromady, odpuściłbym ją i zapakował się do domu. Podejście do obiektu jest łatwe. Chociaż sama gromada stosunkowo słabo odcina się w bogatym polu gwiezdnym, to da się jednak zauważyć pewną koncentrację słońc we wskazywanym przez atlas miejscu. Sam obiekt jest dość spory (20'), a jego najjaśniejsze gwiazdy układają się w podkowę. Nie sposób było stwierdzić, które ze słabszych gwiazd, lub tych leżących na obrzeżach, należą jeszcze do gromady, a które nie. Mimo to, obiekt dawał się zauważyć bez problemów, szczególnie w szerszym polu Resoluxa. Ostatnim celem, znacznie mniej spektakularnym był Stock 11, leżący parę stopni dalej na północ. Gromada wyglądała na ciasną zbitkę paru gwiazd stłoczonych koło jednej, jaśniejszej i nie przedstawiała ciekawego widoku w lornetce (przynajmniej w moich zmęczonych już wtedy oczach). O ile rejon Stocka 12 mocno intrygował od pierwszego wejrzenia, o tyle Stocka 11 można bardzo łatwo przegapić. Dochodziła już godzina trzecia i trzeba było pakować się z powrotem. Sesja unaoczniła mi jedną, banalną może rzecz. Tak jak łowienie kłaków w Pannie i Warkoczu Bereniki unaocznia nam bogactwo galaktyk w centrum Lokalnej Supergromady, tak solidne przeczesanie Kasjopei wzdłuż i wszerz pozwala przekonać się na własne oczy, jak gęsto usiane gromadami potrafi być ramię Galaktyki.
  16. Bardzo dobre niebo ma czasem to do siebie, że potrafi ogłupić. Obserwator może wtedy wycisnąć absolutne maksimum ze swojego sprzętu, ale biada temu, kto się nie przygotuje na taką sesję. Nieszczęśnik obdarzony wspaniałym niebem będzie się miotał między szlagierami nocnego nieba (żeby zobaczyć co naprawdę pokazują w sprzęcie X), a kłakami, których nie sposób wypatrzeć na standardowych miejscówkach. Właśnie coś takiego przytrafiło mi się w Zatomiu. Prolog Mimo skrajnie różnych prognoz, mieliśmy nadzieję na chociaż parę godzin czystego nieba. Jeszcze jadąc z Markiem (Gdańsk) i żoną jego, Aleksandrą, zadałem pytanie, czy warto by było brać "w ciemno" takie niebo jak obecnie (była bardzo dobra widoczność, żadnych wysokich chmur, ale sunące niskie chmury zasłaniały 1/3 nieboskłonu). W końcu dobra przejrzystość i dziury w chmurach nie są taką straszną konfiguracją. Ja bym brał w ciemno taką pogodę. Marek - nie. I miał rację. Mimo wiszącego nad zachodnim horyzontem wału chmur wszelkiej maści i wysokości, wieczór był bardzo pogodny. Jeszcze przed zejściem Słońca poniżej przepisowych 18° udało mi się wypatrzeć gołym okiem M13. Pierwsze godziny zmroku upłynęły na radosnym bieganiu między sprzętami i pokazywaniu nieba osobom mającym pierwszy lub jeden z pierwszych kontaktów z niebem za pośrednictwem teleskopów i lornet. Potem przyszło spodziewane pogorszenie pogody. Jedynym zwiastunem, że będzie inaczej, był donośny głos Marka: - SkippySky pokazuje, że po północy będzie lepiej, a o 3:00 czysto! I chyba tylko dlatego tak wiele osób zostało na placu boju. W międzyczasie zdążyłem się zdrzemnąć, dzięki czemu miałem siły na późniejsze harce z dwururkami. Ostatecznie niebo po północy zaczęło pokazywać pazur. Choć właściwszym byłoby określenie, że ludzie nie wiedzieli czy najpierw szukać swoich szczęk na ziemi czy poprawiać opadnięte gacie. Stwierdziwszy, że na podwórku Pyrlandii (ośrodka goszczącego zlotowiczów) nie da się obserwować (czapki z czerwonymi diodami, choć fajne podczas ustawiania sprzętu, świeciły podczas samych obserwacji zdecydowanie za mocno - tym bardziej, że były w powszechnym użyciu), poszliśmy z Markiem za ostatnie zabudowania - i to był strzał w dziesiątkę. Mimo miłego towarzystwa, trudno o skupienie obserwując w większej grupie. We dwójkę mogliśmy łupać co popadnie w zupełnej ciszy - co okazało się kluczowe dla wyłapania niektórych obiektów wymagających dużego skupienia. Na miejscu wytrwaliśmy do rana. Kolejna noc była pochmurna, a następna, czyli ostatnia zlotowa - cudem. O 21:00 zachmurzenie było pełne, choć serwisy pogodowe kazały spoglądać optymistycznie na samą noc. W ciągu kolejnych kilkudziesięciu minut przeczyściło się zupełnie, dodatkowo wiał wiatr (przeważnie mało uciążliwy), co zapobiegało roszeniu optyki. Główny plac obserwacyjny tym razem był na polu za Pyrlandią, a mi, pomimo sporego ruchu, udało się skupić na obserwacjach. Nie licząc małej przerwy, siedzieliśmy bite siedem godzin, od 22 do 5 rano - choć przy takim niebie miałem wrażenie, że minęły ledwo dwie godziny. Obserwacje Same obiekty opiszę regionami, bez dzielenia na pierwszą czy druga noc - tym bardziej, że do pewnych regionów wracałem wielokrotnie, dodając jakieś nowe spostrzeżenie do wcześniejszych. Oczywiście podstawą obserwacji był Oberwerk 15x70, a jeśli coś wypatrzyłem w innym sprzęcie - będzie to opisane dodatkowo. Zatomska Łupanina Dwururkami na Statywach zaczęła się zupełnie niewinnie - ot, Grupa M81. Mimo niskiego położenia, cztery ciasno upakowane składniki były bardzo wyraźne. M81 spora z jaśniejszym jądrem, M82 wydłużona i sprawiająca wrażenie nieco poszarpanej, NGC3077 mała, ale nie punktowa, blisko parki gwiazd 8mag, oraz NGC2976 dopełniająca widoku - całkiem wyraźna, o eliptycznym kształcie, choć nie rzucająca się w oczy. Letnie ostatki Obie noce przyniosły kilka ciekawych "nowości" w Łabędziu, choć pewnie z wcześniejszym przygotowaniem można by wyłowić więcej obiektów. Zacząłem oczywiście od NGC7000 (Ameryki Północnej), która była widoczna gołym okiem, jako dość wyraźne pojaśnienie nieba na wschód od Deneba. Spróbowałem podejścia do gromady otwartej NGC6996, leżącej na tle tej mgławicy w jej północnej, "kanadyjskiej" części. Wcześniej jednak rzuciło mi się w oczy małe, ale całkiem wyraźne pojaśnienie nieco na południe (w okolicy Ohio ). Po konsultacji z atlasem okazało się, że to inna gromada otwarta - NGC6997. W żadnej lornetce nie pokazała rozbicia na gwiazdy, ale jednoznacznie udało się potwierdzić jej widoczność w 10x50. Co do NGC6996, w jej miejscu znalazłem tylko grupkę słabych gwiazd (ok. 9-11mag), niezbyt wyraźnie wycinającą się z tła, blisko w miarę wyraźnej północnej granicy Ameryki. Późniejsze konsultacje z fotografiami sugerują, że mogła to być szukana przeze mnie gromada. Później, po ochłonięciu i konsultacjach z Polarisem, uświadomiłem sobie, że dość wyraźna w tym miejscu północna krawędź Ameryki mogła być Barnardem 353, określanym czasami jako Zatoka Hudsona. Szkoda, że pamiętam to miejsce bardziej jako okolice szukanej gromady, a podczas obserwacji nie miałem świadomości obecności dodatkowego obiektu. Cóż, może następnym razem... Oczywiście nie omieszkałem wyłapać pojaśnienia po drugiej stronie ciemnej smugi LDN935, czyli Mgławicy Pelikan (IC5070). Między 56 i 57 Cygni dało się wyłapać pojaśnienie tła, z pewnością nie będące poświatą gwiazd. Drugiej nocy, oprócz potwierdzenia obserwacji, dodatkowo udało się wyłuskać ciemny pas (nie znalazłem oznaczenia katalogowego, być może jest to część LDN935) oddzielający dziób wodorowego ptaszora od jego tułowia. Dużo działo się również w okolicach gwiazdy Sadr. Poświęciłem parę dłuższych chwil gromadzie otwartej NGC6910. Choć wyraźna, niewiele pokazuje w lornetce. Parę bardzo jasnych gwiazd, łańcuszek słabych w środku gromady pomiędzy dwoma jaśniejszymi słońcami i... w zasadzie tyle. Bardzo pomógł mi na miejscu Polaris, który przybliżył mi widok tego obiektu w ośmiocalówce, dzięki czemu zwróciłem uwagę na najjaśniejsze i najbardziej charakterystyczne cechy tego gwiezdnej gromady. Kolejnym celem był Collinder 421 - nie było go w PSA (Pocket Sky Atlas), ale wyraźne pojaśnienie tej dość zwartej gromady samo rzuciło się w oczy. Następnie spróbowaliśmy wyłapać mało znaną Dolidze 6 (niektóre źródła piszą, że to tylko asteryzm). Chociaż w polu daliśmy za wygraną, późniejsza konsultacja zdjęciowa pokazuje, że poprawnie zidentyfikowaliśmy kilka najjaśniejszych słońc tworzących ten obiekt - i jest to chyba najlepsze świadectwo jego małej (żadnej?) spektakularności. Próbowałem wyłapać też Mgławicę Motyl (IC1318), ale to, zdaje się, trudna sztuka. Blask Sadra nie pomaga, a dodatkowo okolica ta mieni się setkami gwiazd tworzących północno-wschodnią krawędź Chmury Gwiezdnej Łabędzia. Co udało się natomiast wyłapać bez dwóch zdań, to wyraźny, lekko wygięty pas LDN889. Pojaśnienie po bokach tej ciemnej mgławicy musiało być szukaną Mgławicą Motyl, jednak nie sposób było określić jej zewnętrznych krawędzi. Szarpnęliśmy się też z Polarisem na poszukiwanie Dolidze 10, ale poszukiwania nie przyniosły skutku. Przegapiłem też pobliskiego Collindera 419. Ech, ten chaos... W zachodnim skrzydle Łabędzia znalazłem dwie łatwe dla lornetki gromady otwarte z katalogu NGC: 6866 i 6811. Pierwsza z nich, leżąca mniej więcej w połowie drogi między Sadrem a Deltą Cygni jest mała, jasna, na pierwszy rzut oka mgiełkowata. Po chwili dało się zauważyć ziarnistość gromady, a po kolejnej chwili kilka gwiazd wyszło z tła. Druga z gromad była około dwukrotnie większa od poprzedniej. W 10x50 widoczna była jako jednolita mgiełka o równomiernej jasności na całej powierzchni, Oberwerk zaś wyodrębnił około tuzina słabych gwiazd, z których żadna nie sprawiała wrażenia jaśniejszej od pozostałych. Nie mogłem sobie oczywiście odmówić zerknięcia pod wschodnie skrzydło Łabędzia i poświęcić paru chwil mgławicy Veil. 15x70 pokazała niejednorodną szerokość łuku mgławicy, 22x85 mocno te nierówności uwydatniła. Próbowałem się doszukać "dziury" między dwoma najwyraźniejszymi pasmami włókien w południowej części Welonu - jakieś pociemnienie niby majaczyło, ale nie było ono do końca przekonujące. Za to w TS 20x80 z filtrami UHC dało się ono bez wątpliwości wyłapać. Potem upewniłem się jeszcze, że lornetka 10x50 jest w stanie wychwycić Miotłę Wiedźmy - a dokładniej, jej szerszą część na południe od 52 Cygni. Zastanawiam się, czy przy odrobinie większej cierpliwości udałoby się wyłapać północną część Miotły, ale chyba niepotrzebnie próbowałem zobaczyć za dużo tej i kolejnej nocy (w efekcie czego chyba zobaczyłem mniej). Głównym daniem w północno-wschodnich rewirach Łabędzia, tuż przy granicy z Jaszczurką, miał być Kokon (IC5146). W miejscu, gdzie powinien być, dało się momentami zauważyć bardzo subtelne pojaśnienie tła, lecz bardziej zwróciłem uwagę na półkolistą granicę mniejszego, nieco wyraźniejszego pojaśnienia bliżej pary najjaśniejszych gwiazd wewnątrz Kokonu. Po odtrąbieniu sukcesu, że oto złapałem IC5146, przyszła konfrontacja ze zdjęciem i... sam już nie wiem co o tym myśleć. Owo półkoliste pojaśnienie mogło pochodzić od paru słabszych gwiazd tworzących gromadę Cr470. Koniec końców, na szersze pojaśnienie nie zwróciłem należytej uwagi, więc do końca nie wiem czy liczyć je jako sam Kokon, czy też poświatę jakiejś gwiezdnej drobnicy. Ciężki przypadek - trzeba będzie podejść raz jeszcze. Muszę tu podkreślić, że ten rejon w lornetce jest piękny jak mało który. Co rusz pokazuje jasne gromady (samej M39 poświęciłem parę minut), zachwyca szerokimi kadrami, w których słońca mienią się różnymi barwami, a wisienką na torcie - oprócz M39 i pobliskich jasnych gromad w Jaszczurce - była oczywiście ciemna wstęga Barnarda 168, która nie była już tylko ciemnym, długim, prostym pasem, ale i wyraźnie pokazała niejednorodną szerokość. Paść w tych warunkach musiała także IC1396 w Cefeuszu - niezmiernie delikatna, ale zaznaczająca się wystarczająco wyraźnym pojaśnieniem nieba, żeby uznać ją jako złapaną. Z rejonów późnoletnich wyłapaliśmy z Polarisem parę obiektów w Orle, Lisku i Delfinie - tu odsyłam do relacji Polarisa. Esencja jesieni Kolejnym rejonem, któremu poświęciłem sporo czasu była Andromeda i Trójkąt. Nie szukałem żadnych nowych obiektów, ale owszem, szukałem czegoś nowego. Wczytując się w literaturę lornetkową natknąłem się na ciekawą wskazówkę dotyczącą pasów pyłowych w M31 - eliptyczne pojaśnienie dysku tej galaktyki wyraźniej się odcina od strony północno-zachodniej (czyli od strony M110, która na zatomskim niebie jest łatwym celem w każdej lornetce) niż południowo-wschodniej. Dzieje się tak dlatego, że strona północno-zachodnia jest bliższa Ziemi, a jej granicę wyznacza właśnie jeden z pasów pyłowych. Podczas wcześniejszych obserwacji w Blizinach miałem czasem wrażenie, że między tą granicą a jądrem jest jeszcze jeden wyraźny "schodek" jasności - podejrzewałem, że pochodzi on od drugiego, bardziej wewnętrznego pasa pyłowego, choć samej ciemnej smugi nie udawało mi się wyłapać. Przywoławszy do siebie Grubą Tereskę (22x85), próbowałem w różnych konfiguracjach wyzerkać pas, i coś ciemnego zaczęło majaczyć, ale nie byłem pewien czy poprawnie identyfikuję swoją "zgubę". Spodziewałem się mniejszego pociemnienia bliżej jądra, a tymczasem znalazłem sporej długości krechę w połowie drogi między jądrem a widoczną granicą M31 - przez co nie byłem pewien czy to jakieś zmęczenie nie próbuje spłatać mi psikusa. Na szczęście obok stał Marek ze swoją Syntą 10" i okazało się, że owa długa krecha była tym, na co polowałem od dłuższego czasu. Postanowiłem podnieść poprzeczkę i wyłapać pas pyłowy w Oberwerku - i tu też się udało (czytasz to, Pepinie? ). Było oczywiście trochę trudniej, ale bez dwóch zdań wąska, ciemna, łukowata krecha widniała na tle dysku sąsiedniej kosmicznej wyspy. Świetnie to uchwycił Rony de Laet na swoim szkicu. Kolejne porachunki miałem z M33. Phil Harrington pisze, że znajdujący się na końcu jednego z ramion obszar H II, skatalogowany jako NGC604, jest łatwym celem w lornetce. Owszem, w tym rejonie widziałem punktowe pojaśnienie, ale nigdy nie miałem pewności, czy nie biorę mgławicy za jedną z słabszych gwiazd Drogi Mlecznej. Ponownie posiłkując się tym, co zobaczyłem w Markowej Syncie, udało mi się jednoznacznie zidentyfikować gwiazdową NGC604. Co ciekawe, sama M33 pokazała coś więcej niż tylko niejednorodne, jakby poszarpane okolice jądra, ale również rozleglejsze, słabsze pojaśnienie. Co jeszcze ciekawsze, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że owo słabsze pojaśnienie skręca na północ od jądra ku wschodowi, a na dole (na południe od jądra) ku zachodowi. Wcześniej, w Blizinach, również zdarzało mi się odnieść podobne wrażenie - choć to zabrzmi ryzykownie, powiedziałbym, że to nic innego, jak widok subtelnej struktury spiralnej Galaktyki Trójkąta w lornetce. Na wschód od M33 stara, bo licząca około dwa miliardy lat, gromada otwarta NGC752 lśniła blaskiem dwóch tuzinów słońc jak nigdy wcześniej. Choć zwykle nie mam problemów z jej rozbiciem w średniej lornetce, to jednak nigdy gwiazdy tworzące tę gromadę nie lśniły tak wyraziście. Drugiej nocy, głównie za sprawą Polarisa złapaliśmy jeszcze leżącą stosunkowo blisko NGC891, galaktykę spiralną, leżącą "kantem" do nas. Choć jej kreskowate pojaśnienie w lornetce nie rzuca się w oczy, identyfikacja tego obiektu nie sprawia większych problemów. Podobnie niewielką trudność przedstawiało wyłapanie NGC772 w Baranie. Jednak co ciemne niebo, to ciemne niebo. Niżej położone obiekty jesiennego nieba, choć mniej spektakularne, również dały się wyłapać całkiem chętnie. Zachwyciła mnie mgławica planetarna Ślimak (NGC7293), której nigdy nie widziałem tak wyraźnie. Oczywiście musiały także paść stosunkowo bliskie obiekty w Wielorybie i Rzeźbiarzu. Na pierwszy ogień poszła łatwa Galaktyka Rzeźbiarza (NGC253), którą Polaris co rusz wyzywał od srebrników, oraz leżąca parę stopni na południowy-wschód gromada kulista NGC288. Oba obiekty były widoczne także w 10x50, mimo niskiego położenia nad horyzontem. Trochę krwi napsuła mi za to galaktyka NGC247, którą widziałem wcześniej jeden raz, w Jodłowie rok temu (chociaż podchodziłem do niej ładnych parę razy). Padła w zasadzie w dwóch podejściach - za pierwszym razem była ledwie wychwytywalnym pojaśnieniem przylepionym do jednej z gwiazd na bliższym planie. Za drugim razem, dobrą godzinę później, kiedy znalazła się wyżej nad horyzontem, była na tyle wyraźna, żeby pozbyć się wątpliwości co do skutecznych łowów. Przy okazji, zauważalnie "urosła". Kolejne cele, położone wyżej, nie sprawiły większych trudności - ani blada tarcza mgławicy planetarnej NGC246 ani tym bardziej leżąca w okolicy wielorybiego łba jasna M77. Dłuższą chwilę zajęło jedynie wyłuskanie jej sąsiadki, NGC1055, tworzącą wraz z pobliskimi gwiazdami szóstej i ósmej wielkości trójkąt równoramienny. Sama galaktyka była widoczna zerkaniem jako słaba smużka światła o lekko eliptycznym kształcie. Jako ciekawostkę dodam, że był to (wraz z M77) najdalszy zaobserwowany przeze mnie obiekt tej nocy (a może i w ogóle - spośród obiektów, które widziałem w lornetce). Światło tych galaktyk potrzebuje - według różnych szacunków - od 50 do 70 milionów lat, aby dotrzeć do Ziemi. Padły także dwie niewiele bliższe galaktyki w Pegazie - NGC7331 i NGC7217 (tu źródła są zgodniejsze, podając odległość 50 milionów lat świetlnych). Obie prezentowały się w postaci drobnych, delikatnie wyciągniętych smużek światła, przy czym ta druga jest dużo trudniejszym wyzwaniem dla średnich lornetek. Wzdłuż jesiennego Mleka Po intensywnych łowach, w ramach relaksu przeskanowałem jesienną Drogę Mleczną, utrwalając w głowie położenie gromad w Kasjopei. M52 tradycyjnie stawiała dzielny opór Oberwerkowi, nie dając mu się rozbić (choć momentami jakby przebijała lekka kaszkowatość), lecz poległa w starciu z TS 22x85 - tu rozbicie na gwiazdy było wyraźne. Pobliska, niewielka kątowo kolejna otwarta, NGC7790 sama wpadła w kadr, a leżąca bardziej na południe ozdoba zachodniej Kasjopei, NGC7789 pokazała nie tylko swe dość rozległe pojaśnienie, ale i kilkanaście jaśniejszych słońc wchodzących w jej skład. Widoczne było także małe, plackowate pojaśnienie Pacmana (NGC281). Choć to nuda nad nudy i klasyk nad klasyki, długie minuty uciekły na gapieniu się na gromady z pogranicza Perseusza i Kasjopei. Chichoty niesamowicie lśniły na czarnym, zatomskim niebie i nie było teleskopu, który pokazał je piękniej niż małe czy średnie lornetki. Moim zdaniem, zobaczyć je w cztero- czy sześciostopniowym polu to zupełnie inna bajka. Kipiące blaskiem, w otoczeniu bogatych pól gwiazdowych, są jednym z tych widoków, które się nie potrafią znudzić. Pobliski Stock 2 wyskakiwał z otoczenia, a niewiele słabiej niż same Chichoty prezentowało się kolejne "zagłębie gromad" - grupa nieopodal M103 z NGC663 na czele. Sama "eMka" pokazała też nikły blask słabszych gwiazd gromady, często pomijanych lub niedostrzeganych w lornetkach (całą uwagę zazwyczaj skupiają cztery najjaśniejsze słońca). Najpiękniej jednak prezentowała się wspomniana NGC663 - zwarta, ale pokazująca lekkie rozbicie. Pobliskie gromady - NGC 645 i 659 - były słabszymi pojaśnieniami, dość marnymi przy okazałej NGC663. Po macoszemu potraktowałem rejon na wschód od gromady Stock 2, notując jedynie Gromadę Pazmina (Stock 23) i Melotte 15 - jednak nie szukałem pojaśnienia Serca i Duszy. Trochę czasu spędziłem też w południowej i zachodniej części Perseusza, jednak obyło się bez nowości. Padła więc mglista, lecz wyraźna NGC1245 poniżej olśniewającej jak zawsze Melotte 20, padła też leżąca bardziej na południe jaśniejsza NGC1342 pokazująca delikatne rozbicie. Pobliski Messier 34 prezentował się znakomicie, ukazując dwadzieścia, może trzydzieści gwiazd, wyraźny (jak na ten obiekt) był także równoleżnikowo ułożony pas Kalifornii (NGC1499). A Mgławica Merope w Plejadach była wyraźna jak Byk. Ostatnie godziny obu sesji obserwacyjnych poświęcone były oczywiście nadchodzącemu zimowemu niebu. Lwią część tego czasu skradła Wielka Mgławica w Orionie, musiała także paść cała karawana Messierów (35-38) zmierzających ku punktowi przesilenia letniego. Rozeta była dość łatwym celem - nie wiem tylko jaka w tym zasługa nieba, a na ile nauczyłem się ją po prostu dostrzegać. Obserwacje zamykały tradycyjnie M79 - dość łatwa nawet w 10x50 (największym problemem w jej dostrzeżeniu jest chyba tylko pogoda) oraz M41 na powoli jaśniejącym już niebie. Kończąc obserwacje (pierwszej nocy) zauważyłem też podłużne pojaśnienie biegnące pod kątem ok. 40° względem Drogi Mlecznej, wychodzące z powoli jaśniejącego horyzontu, ale na pewno nie będące już łuną. Biorąc pod uwagę, że środek tego pasa pojaśnienia zbiegał się niemal idealnie z linią ekliptyki, podejrzewam, że w końcu zaobserwowałem światło zodiakalne. Jeśli ktoś ma spostrzeżenia, jak ono wygląda czy wyglądać powinno (w wizualu, zdjęcia znam!) - dajcie znać. Epilog Czasem warto być upartym. Warto cisnąć obiekty, które zdają się być na granicy lub teoretycznie poza granicą naszego sprzętu. Po prostu trzeba poczekać na warunki. Warto cisnąć obiekty znane, te też czasem pokazują coś zupełnie nowego - mimo, że widzieliśmy je czasem i setki razy. Co do samych zdobyczy podczas zatomskich sesji, najbardziej się cieszę z wyłapania pasów pyłowych M31 w lornetce. Padły za bodajże piątym czy szóstym podejściem. I szkoda tylko, że kolejne obserwacje z Polarisem będą dopiero na wiosnę. Szkice pochodzą ze strony Rony'ego de Laeta, autorem zdjęcia jest nasz forumowy kolega Maquu (zdjęcie wykonane podczas ostatniego zlotu w Zatomiu).
  17. Od dawien dawna Pepin znany był jako nieprzejednany zwolennik lornetek Porro, jedynych słusznych, sprawdzonych od lat, świetnie leżących w dłoni, o pięknym klasycznym wyglądzie, oferujących cudowny trójwymiarowy obraz, niezrównanych do prowadzenia obserwacji astronomicznych. Lornetki z pryzmatami dachowymi pozostawały poza sferą zainteresowań Pepina - tylko sporadycznie pozwolił on sobie przez nie zerknąć, ale tylko po to, by utwierdzić się w wyższości klasyki. Aż tu razu pewnego, temu zatwardziałemu, głuchemu na argumenty i niepoprawnemu Porroholikowi, zdarzyło się zamieszkać na czas jakiś z lornetką EXWP I 10x42. Początkowo ignorował to ustrojstwo, ale z czasem ciekawość wzięła górę - nie pozostawało mu nic innego jak udać się z nim krzaki. Po pierwsze dlatego, że właśnie do takich zastosowań rzeczona lornetka została zaprojektowana (żeby zza krzaka wypatrzyć ptaka), a także dlatego, że Pepin bardzo nie chciał aby ktoś przyłapał go na paradowaniu z dachówką (o hipokryta! Co za wstyd!). Wnioski z wycieczki po krzakach wystawiły lornetkowy światopogląd Pepina na ciężką próbę... Testowany egzemplarz Olympusa widział już wiele wiosen, wiele ptaków, wiele krzaków i był katowany przez bardzo wiele rąk nieobeznanych z delikatnym sprzętem jakim są lornetki. Mimo naprawdę dużego przebiegu sprzęt prezentował się i działał godnie. Zgodnie z deklaracjami producenta lornetka jest wodoodporna (nie sprawdzałem) i chroni oczy przed szkodliwym promieniowaniem UV (jest to głównie chwyt marketingowy, gdyż promieniowanie to ma tak małą przenikliwość, że zabezpiecza przed nim zwykła szyba). W omawianym egzemplarzu logo Olympusa nieznacznie odklejało się przy krawędzi - pamiętajmy jednak, że mowa o lornetce po przejściach. Podobne defekty zdarzają się też w nowych lornetkach wiodącego polskiego producenta, toteż nie ma co o to kruszyć kopii. Lornetka ma zwartą budowę, jest lekka a przy tym sprawia wrażenie solidnej, świetnie leży w dłoniach. Pokryta jest dobrej jakości gumą o przyjemnej fakturze, a obicie to można określić jako "rock solid". Nic nie odstaje, nic się nie odkleja. Design może się podobać. Zdaniem Pepina jest ładniejsza od Monarcha, ale to już kwestia gustu. Tak czy owak dzielnie znosi próbę czasu i wcale nie wygląda na przestarzałą przy modnych ostatnimi czasy instrumentach typu "open hinge". Pepinowi design EXWP I przypomina trochę gadżety ze Star Treka - wybaczcie mu bujną wyobraźnię. Sprzęt wyprodukowano w Japonii o czym informują nas dwa napisy - jeden na wyjściu statywowym, drugi wytłoczony na gumowym obiciu. Opisywany egzemplarz posiadał indywidualny numer seryjny 0903402. Powłoki antyodblaskowe są wysokiej klasy, wewnątrz nie widać żadnych powierzchni, które odbijałyby światło. Po prostu dwie puste rurki - może nie idealnie okrągłe, lecz tu Pepin musiałby się czepiać. Puryści od razu odnotują, że źrenice wyjściowe - a szczególnie jedna z nich - są lekko owalne. Ale bardziej pasowałoby tu stwierdzenie "do ideału trochę brakuje", niż "jajowate". Pepinowi to w każdym razie nie przeszkadza. Wszak to sprzęt od łażenia po krzakach, a nie pochłaniacz światła mający za zadanie wychwytywanie zabłąkanych fotonów mknących do nas z odległych galaktyk, których dostrzeżenie ociera się o granice ludzkiej percepcji. Kiedy patrzymy do wewnątrz lornetki od strony obiektywów nie uświadczymy ostrych krawędzi pryzmatów, nic nie wystaje w torze optycznym. W środku jest czysto - lornetka jest też nieźle wyczerniona. Spoglądając od strony okularów nie widać "fałszywych źrenic". Kolimacja nie jest idealna, ale też trudno uznać ją za rozkolimowaną. Znowuż należy zapisać to na karb wieku, ilości właścicieli i zapewne traumatycznych przejść. Warto odnotować pewien nietuzinkowy bajer, mianowicie dekielek zabezpieczający gwint mocowania statywowego ozdobiono fotoluminescencyjną obwódką, która jarzy się w ciemnościach przez jakiś czas po wyjęciu lornetki z oświetlonego otoczenia. Jest to dość osobliwy szczegół i naprawdę trudno ocenić praktyczność takiego rozwiązania. Bez wątpienia ułatwia to w ciemności znalezienie lornetki, zwłaszcza przez ten krytyczny moment gdy nasz wzrok nie jest jeszcze przyzwyczajony do mroku. Ale może też zdradzić naszą obecność, kiedy sobie tego nie życzymy i zapomnimy o wykręceniu tej dziwnej zatyczki. Powleczone gumą, wysuwane muszle oczne "Olka" są przyjemne w dotyku. Sęk w tym, że istnieje możliwość zablokowania ich tylko w jednym, maksymalnie wysuniętym położeniu. Niemniej - co należy podkreślić - trzymają się w nim zacnie pomimo wywierania nacisku, a biorąc pod uwagę wspomniany już "przebieg" instrumentu, mogłyby zawstydzić niejedną "nówkę". Zresztą, nie ma potrzeby składania muszli "w pół drogi", ponieważ nawet w maksymalnie wysuniętym położeniu pozwalają ogarnąć wzrokiem całe niemałe pole widzenia. Nie mamy uczucia patrzenia przez "wąską rurkę". Skoro już o polu widzenia mowa - wady optyczne korygowane są bardzo dobrze w przeważającej jego części. Obraz nie jest co prawda ostry jak brzytwa do samej krawędzi (czego trudno oczekiwać od sprzętu w tym przedziale cenowym), ale i tak jest dobrze. Nieostrość pojawia się pomiędzy 75% a 80% od środka, w zależności od tego jaką kto ma tolerancję. Dla wybrednych będzie to raczej 75%, ale dla Pepina jest to zdecydowanie 80%. Głębia ostrości jest w zupełności zadowalająca dla lornetki o powiększeniu 10x. Jeśli wyostrzymy na obiekcie oddalonym o jakieś 50 m. to widzimy w miarę ostro zarówno przedmioty położone przed nim, jak i krajobraz za nim. Wystarczy jednak obok postawić "bino" z pierwszej ligi w dziedzinie głębi ostrości, jak wielka i ciężka WO 10x50, a zobaczymy, że obie lornetki oddziela pod tym względem przepaść (nikomu przy zdrowych zmysłach nie polecam jednak włóczenia się z klocem od WO po krzakach, dlatego porównanie z Olympusem jest czysto akademickie.) Kiedy więc "buszujemy" z Olkiem, obserwując ptactwo na gałęzi to bliżej, to dalej, prawie zawsze zachodzi potrzeba "doostrzenia" obrazu - konieczna jest drobna korekta. Pokrętło cały czas jest w ruchu. Mechanizm ustawiania ostrości jest bardzo "szybki", niewielki obrót powoduje wyostrzenie lub rozogniskowanie obrazu - jednym będzie to odpowiadać, innym nie. Jeżeli jesteś zaprawionym w bojach "szybkim pistolero" pozwoli Ci to niewątpliwie jednym błyskawicznym pociągnięciem palca wyostrzyć na uchwyconym w locie ptaszorze. Potrzeba do tego jednak nieco wprawy i nie każdemu to odpowiada. Są tacy, którzy wolą "wolniejsze" lecz pozwalające na większą precyzję mechanizmy. W opisywanym egzemplarzu centralna śruba regulacji ostrości pracuje zauważalnie nierównomiernie, miejscami z lekkim oporem, wskazującym na zużycie. Z drugiej strony biorąc poprawkę na wiek lornetki, oraz to, jak wiele osób katowało ją przed Pepinem - nie jest źle. Oczywiście - jak to dachówka - sprzęt ostrzy z bliska, dzięki czemu obejrzymy sobie nim motylki, żuczki, salamandry plamiste i inne drobne żyjątka. Niby banał i oczywista oczywistość, ale dla Pepina, który przez całe życie paradował z Porro u szyi, te przyrodnicze obserwacje z odległości 2 m. były nie lada frajdą. Będąc w górach wreszcie mógł spokojnie przyjrzeć się tym złośliwym szarym jaszczurkom, co to wygrzewają się na kamieniach w promieniach słońca i znikają z prędkością błyskawicy, kiedy tylko zbliżymy się na odległość z której widać szczegóły. Regulacja dioptryczna - pierścień na prawym okularze, pracuje z bardzo, bardzo dużym oporem. Aliści każdy kij ma dwa końce. Z jednej strony utrudnia to idealne ustawienie ostrości "w punkt", ponieważ obraz drży gdy mocujemy się z pierścieniem regulacyjnym. Z drugiej strony pierścień solidnie trzyma raz wyregulowaną wartość - nie zmieni na pewno łatwo swego położenia. Pepin był zadowolony z ustawienia dioptrycznego dopiero gdy wyregulował je z lornetką na ciężkim statywie. Wróćmy jednak do jakości obrazu - przyjrzyjmy się aberracji chromatycznej. No i - niestety jest co oglądać. Najlepiej do tego celu nadają się oczywiście gałęzie, anteny i jaskółki w locie (bo jak sama nazwa wskazuje, dokoła ich czarnych sylwetek tworzą się "jasne kółka" chromatozy). Zarówno w centrum, jak i na obrzeżach pola widzenia aberracja jest wyraźnie zauważalna. Nie jest to jeszcze poziom, o którym można by napisać "daje się we znaki", ale pięknie też nie jest. Dramatu nie ma, pod warunkiem, że obok nie stoi do porównania lornetka klasy wyższej. Porównując "Olka" do lornetek z jego przedziału cenowego, kontrola chromatozy wypada przeciętnie, czyli trzyma normę. Bardzo dokładne ustawianie rozstawu okularów i precyzyjne osiowe patrzenie pozwala wytępić sporo chromatozy, ale jednak zawsze ona wyłazi. Podczas obserwacji zwraca uwagę przyjemnie płaskie pole. Przy omiataniu krajobrazu lewo-prawo nie daje o sobie znać efekt "rybiego oka". Geometria nie "ucieka" przy krawędziach na tyle natarczywie, by w ogóle zwracać na to uwagę. W nocy "Olek" daje bardzo ładne, punktowe obrazy gwiazd. Przelatujący samolot urokliwie mruga punktowymi kolorowymi lampkami. Nawet najjaśniejsze flary Iridium pozostają kropeczkami. Jednym zdaniem - astygmatyzm korygowany jest wzorowo. Nie stwierdzono też nadmiernie uciążliwych, niepotrzebnych refleksów przy obserwacji Księżyca. Co najważniejsze, lornetka jest jasna i dzielnie znosi pogorszenie się warunków oświetleniowych. Odwzorowanie barw jest poprawne i naturalne. Dla obserwatorów, którzy tak jak Pepin przywiązują dużą wagę do wiernego odwzorowania kolorów, będzie do ogromna zaleta. Bez dwóch zdań jest pod tym względem znacznie lepiej niż w Nikonach Mornarch czy Action EX, gdzie daje o sobie znać lekko szarawy bądź przesunięty w stronę brązu odcień. W Olympusie idzie on raczej w stronę błękitu, ale niemal niezauważalnie. Kolor w "Olku" nie jest aż tak jaskrawy i sugestywny jak w DO Titanium (Porro 7x50 i 8x56 ROH - Pepin porównał z obiema), ale naprawdę brakuje mu do nich tylko odrobinkę. Lornetka Olympusa góruje za to nad wspomnianą konkurencją pod względem astygmatyzmu (chwilami chce się powiedzieć - jakiego astygmatyzmu?) i zbiera punkty za płaskie pole. Dobra - a teraz będzie o tym, co Pepina w opisywanym sprzęcie irytuje, wskutek czego czasami z krzaków dobiegają niecenzuralne wyrazy. Otóż producent nie zadbał o zamocowanie ochronnych dekielków na obiektywy na paskach uniemożliwiających ich zgubienie (dla Pepina jest to absolutny standard we wszystkich lornetkach krzakowo-terenowych). Brak tych pasków jest anachronicznym rozwiązaniem. Każdy użytkownik lornetek dobrze wie, jak złośliwe bywają te dekielki puszczone samopas bez smyczy i jak trudno ich upilnować w warunkach polowych. Miejmy nadzieję, że kiedy Olympus wreszcie pokusi się o zmodernizowanie swojej linii produktów, która w niezmienionej formie istnieje na rynku od lat, wyposaży je we wszystkie niezbędne "outdoorowe" rozwiązania. Chodzenie po krzakach z lekką, poręczną lornetką bardzo się Pepinowi spodobało, skłoniło do przemyśleń. Może z lornetką jest jak z aparatem foto? Może najlepsza to taka, którą mamy zawsze przy sobie? Choćby za cenę kompromisów? Może czas zaopatrzyć się w coś jeszcze poręczniejszego, o średnicy obiektywu 30 mm? Tak, na opakowaniu zdacydowanie powinno być ostrzeżenie: "chodzenie po krzakach może być przyczyną wielu groźnych myśli". P.S. Podziękowania dla Kuby J. który jest autorem zdjęć. P.S. II Wiem, że recenzja nie jest czysto astronomiczna, ale po konsultacji z Jankiem postanowiłem nią się z Wami podzielić. Kopię tekstu umieściłem też na portalu Optyczne.pl
  18. W dyskusji o kształcie forum po wdrożeniu ostatnich zmian został poruszony temat, który wcześniej parę razy był sygnalizowany. Chodzi o zawartość działu "Astronomia przez lornetkę" (dawniej: Lornetki). Nie lubię się powtarzać, ale raz nie zaszkodzi: Poniżej podaję linki do przykładowych wątki, które do tej pory lądowały w "Obserwacjach" - żeby było wiadomo o czym rozmawiamy: http://astropolis.pl...kolicach-nowiu/ http://astropolis.pl...-dsy-z-krakowa/ http://astropolis.pl...wsza-relacyjka/ http://astropolis.pl...t-pare-procent/ http://astropolis.pl...przez-lornetke/ http://astropolis.pl...przez-lornetke/ http://astropolis.pl...przez-lornetki/ Zachęcam do oddania głosu w ankiecie lub wypowiedzenia się na powyższy temat.
×

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.