Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'maraton messiera'.



More search options

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Astronomy and Cosmos
    • Obserwacje astronomiczne
    • Astronomy
    • Radioastronomia i spektroskopia
    • Space and exploration
  • Astronomical Pictures
    • Astrophotography
    • Galeria
    • Szkice obserwacyjne
  • Sprzęt i akcesoria
    • Dyskusje o sprzęcie
    • ATM, DIY, Arduino
    • Observatories and planetaries
    • Classifieds and shops
  • Others
    • Quick Post
    • Astropolis Community
    • Books and Apps
    • Planeta Ziemia
  • Pogromcy Light Pollution's Forum pogromców LP
  • Klub Lunarystów's ZAPOWIEDZI WYDARZEŃ
  • Klub Lunarystów's ZDJĘCIA KSIĘŻYCA
  • Klub Lunarystów's POMOCE
  • Klub Lunarystów's O wszystkim
  • Klub Planeciarzy's Forum
  • Klub Astro-Artystów's Znalezione w sieci
  • Celestia's Układ Słoneczny
  • Celestia's Sprzęt
  • Celestia's Katalog Messiera
  • Celestia's Sprawy techniczne

Blogs

There are no results to display.

There are no results to display.

Calendars

  • Kalendarz astronomiczny
  • Kalendarz imprez
  • Urodziny
  • Z historii astronomii
  • Kalendarz Astronomiczny Live
  • Klub Planeciarzy's Wydarzenia

Marker Groups

  • Members
  • Miejsca obserwacyjne

Categories

  • Astrophotography - Source Files
  • Instrukcje Obsługi
  • Instrukcja obsługi do Dream Focuser. Ustawienie ostrości to jedna z najważniejszych rzeczy zarówno w astrofotografii, jak i obserwacjach wizualnych. Dzięki DreamFocuserowi stanie się to bajecznie proste! Jeśli masz dość trzęsącego się od kręcenia gałką wyciągu teleskopu, wciąż nie jesteś pewien, czy dobrze wyostrzyłeś, albo pragniesz zautomatyzować cały proces, to jest to produkt dla Ciebie!   DreamFocuser przypadnie do gustu zarówno astrofotografom, jak i obserwatorom wizualnym. Można go używać zarówno w pełni autonomiczne, dzięki czerwonemu wyświetlaczowi (odpornemu na niskie temperatury) i podświetlanym klawiszom, jak i całkowicie zdalnie z poziomu komputera. Dzięki dostarczonemu sterownikowi, zgodnemu z platformą ASCOM może on współpracować z dowolnym programem astronomicznym, np. MaximDL, FocusMax, czy Astro Photography Tool, co daje możliwość w pełni automatycznego ustawiania ostrości.   Wyciąg jest napędzany wydajnym silnikiem krokowym, którego precyzja (dzięki sterowaniu mikrokrokowemu) i moment obrotowy pozwalają w większości przypadków na pominięcie wszelkich przekładni (które wprowadzają luzy). Silnik sterowany jest specjalnym algorytmem, dzięki czemu płynnie rozpędza się i hamuje, co jest szczególnie ważne przy podnoszeniu osprzętu o dużej bezwładności. Dodatkowo może on osiągać spore prędkości, dzięki czemu wykonanie nawet 40 obrotów pokrętła ostrości w teleskopie SCT nie zajmie dłużej, niż kilka sekund. Silniki posiadają elektroniczną identyfikację i przechowują spersonalizowane ustawienia. Dzięki temu można do jednego pilota podłączać na zmianę kilka silników, a stosowne parametry zostaną automatycznie wczytane.
  • Książki (ebooki)
  • Licencje do zdjęć

Product Groups

  • Oferta Astropolis
  • Teleskop Service
  • Obserwatoria AllSky
  • Dream Focuser
  • Serwis i Usługi
  • Książki
  • Kamery QHY - Akcja Grupowa (zakończona)

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


Strona WWW


Facebook / Messenger


Skype


Instagram


Skąd


Zainteresowania


Sprzęt astronomiczny

Found 4 results

  1. 1 marca to pierwszy dzień meteorologicznej wiosny. Mroźno wchodzimy w nowy okres obserwacyjny wiosenno – letni. Gdy jeszcze na Ziemi ustępującą zimę zapowiadają tylko prognozy, tak na niebie zimowe niebo ustępuje bardzo szybko temu wiosennemu. Długość dnia i nocy Dzień trwa już 10 godz. 45 min i jest około 6 godzin krótszy od najdłuższego dnia w roku. To właśnie w tym czasie dnia przybywa najszybciej tuż po równonocy wiosennej, tego roku będzie to 19 marca a 20 marca rozpocznie się astronomiczna wiosna. O 17.15 dojdzie do przecięcia przez Słońce punktu barana. Wcześniej Słońce znajdzie się w gwiazdozbiorze Ryb. A już kilka dni później zmienimy czas z zimowego na letni. Być może ostatni raz. Więcej o punkcie barana w osobnym artykule. Księżyc Księżyc wzejdzie 1 marca w gwiazdozbiorze Lwa. Pełnia 2 marca III Kwadra 9 marca Nów 17 marca I kwadra 24 marca Pełnia 31 marca Bezksiężycowe noce przypadną nam na połowę marca, zachęcam do obserwacji światła popielatego. Marzec to kolejny miesiąc w roku kiedy wystąpią dwie pełnie Księżyca. Zdarza się to bardzo rzadko , średnio raz na 2,5 roku a poprzedni raz taką sytuację mieliśmy w styczniu. W lutym zaś nie doszło do żadnej pełni Księżyca. Niebieski Księżyc bo taką nazwę nosi druga pełnia ma nawet swoje powiedzenie: „ Raz na niebieski Księżyc”. Nasz naturalny satelita wyznacza również datę Wielkanocy, która zawsze wypada po pierwszej wiosennej pełni – w tym roku 1 kwietnia. W apogeum – najdalej od Ziemi - Księżyc znajdzie się 11 marca (404 693km) W perygeum – najbliżej Ziemi - 26 marca (369114km) Planety źródło - NASA W Marcu czeka nas przepiękne widowisko na niebie. Już od samego początku w linii ekliptyki będą ustawione trzy planety: Saturn, Mars i Jowisz. A 7 marca dołączy do nich Księżyc w koniunkcji z Jowiszem. 8 marca przepiękne spotkanie planet z Księżycem a pod nimi przepiękny symbol nadchodzącego lata: Antares znajdujący się w gwiazdozbiorze Skorpiona. Księżyc odwiedzi każdą z planet, które będą go systematycznie podjadać. Planety będą widoczne na niebie porannym od godz. 4.00 do około 5.30 w zależności od miejsca obserwacji. Potem może zrobić się zbyt widno. Nieśmiało na niebo wieczorne powraca Wenus, którego można próbować wypatrywać około 15 minut po zachodzie Słońca, jednak puki co warunki będą utrudnione przez kilka dni ze względu na niskie położenie Wenus nad horyzontem tuż po zachodzie. Wenus będzie coraz śmielej wchodziła na niebo wieczorne z biegiem dni w towarzystwie Merkurego, którego wypada najlepszy okres obserwacyjny. 15 marca Merkury osiągnie największa elongacje wschodnią. Już pod koniec miesiąca warunki do obserwacji gorącej planety będą lepsze kiedy jeszcze bardziej zwiększy się separacja między Wenus a Słońcem. Gwiazdozbiory Wieczorem ustępują takie gwiazdozbiory jak Orion, Byk, Wielki Pies, Bliźnięta. Marzec to prawie ostatni dzwonek by zobaczyć te konstelacje. Po zmianie czasu na letni będą tylko chwilę widoczne po zachodzie Słońca na zachodnim niebie. Nisko nad horyzontem południowym mknie kruk oraz puchar a na wschód coraz śmielej zagląda Skorpion. Coraz wyżej na niebo wzbija się widoczny niemal całą noc Lew, a za nim widoczna w drugiej części nocy Panna. Tuż nad Panną świeci Wolarz z jego najjaśniejszą gwiazdą Arkturem. A obok niego mały gwiazdozbór Warkocz Bereniki. Wysoko na niebie północno wschodnim można ujrzeć Wielki Wóz. To właśnie w marcu i kwietniu wypada najlepszy okres obserwacji galaktyk w Wielkim Wozie. W drugiej połowie nocy wzbijają się na niebo Herkules i Korona północy. W zasadzie przed samym świtem mamy nad głową już letnie niebo. Maraton Messiera Kilka tygodni marca i kwietnia to dobry okres na wzięcie udziału w maratonie Messiera. Chodzi o to by jednej nocy ujrzeć wszystkie obiekty z katalogu Messiera. W Polsce jest to możliwe właściwie tylko w marcu a bezksiężycowe noce przypadają w połowie miesiąca. Jest to prawdziwy maraton gdyż na jeden obiekt przypada 6-7 minut dlatego warto sobie wszystko wcześniej zaplanować. Do maratonu wrócę w osobnym artykule. Kalendarz zjawisk 28.02/1.03 – Koniunkcja Księżyca z Regulusem, najjaśniejszą gwiazdą Lwa. Im późniejsza noc tym bliżej siebie będą te dwa ciała niebieskie. Nad ranem już na półkuli południowej dojdzie do zakrycia Regulusa. 07-11.03 – Koniunkcja Księżyca kolejno z Jowiszem, Jowiszem i Marsem, Marsem i na końcu z Saturnem. 8 marca pod Księżycem znajdzie się Antares. Każdego dnia Księżyca będzie ubywać. Planety będą ustawione nad ranem w linii ekliptyki więc można dostrzec za jednym razem aż 4 planety z Ziemią. 18.03 – Koniunkcja Księżyca z Wenus na niebie zachodnim wieczorem. Księżyc po nowiu w towarzystwie Wenus to doskonała okazja do uwiecznienia spotkania na zdjęciu. Światło popielate powinno być świetnie widoczne. A tuż nad nimi nieśmiało zaświta Merkury. To kolejna okazja do uwiecznienia kilku ciał niebieskich US na jednym zdjęciu. 20.03 – Początek astronomicznej wiosny. 22.03 – Koniunkcja Księżyca z Aldebaranem. Księżyc oświetlony w 29% znajdzie się niemal w samym centrum gwiazdozbioru Byka. Bardzo ciekawe zjawisko, zachęcam do fotografowania. Dla tych co pamiętają piątkowe zakrycie Aldebarana przez Księżyc jako ciekawostkę powiem, że tego dnia też dojdzie do zakrycia tej gwiazdy jednak już za horyzontem. 28.03 – Koniunkcja Księżyca z Regulusem – koniunkcja wieczorna, im wcześniejsza pora obserwacji tym bliżej siebie znajdą się oba obiekty. Przeloty ISS i IRYDIUM Godziny przelotów dla większych miast dostępne na heavens-above.com Satelity Irydium w momencie przelotu tworzą charakterystyczną flarę, czasami jej jasność jest tak duża, że można dostrzec nawet w dzień. Godziny przelotówna heavens-above.com Odkrycia w Marcu: 07 marca 1973 r czeski astronom Lubos Kohoutek odkrył kometę C/1973 E1. 10 marca 1977 odkryto pierścienie Urana. 13 marca 1781 angielski astronom William Herschel odkrył Uran. 23 marca 1779 angielski astronom Edward Pigott odkrył Czarne Oko – Galaktykę Spiralną M63. 23 marca 1840 roku wykonano pierwsze zdjęcie Księżyca. 25 marca 1655 holenderski Astronom Christian Huygens okrył Tytan – największy Księżyc Saturna. 28 marca 1993 roku hiszpański amator astronom Francisco Garcia Diaz Garcia odkrył supernową SN 1993 w galaktyce Bodego. 29 marca 1807 niemiecki astronom Heinrich Wilhelm Matthias Olbers odkrył Asteroidę Vesta. Urodzeni w Styczniu: Nicolas-Louis de Lacaille (1713-1762), Caroline Herschel (1750-1848), Josef von Fraunhofer (1787-1826), John Herschel (1792-1871), Percival Lowell (1855-1916), Albert Einstein (1879-1955 ) i Walter Baade (1893-1960) Wizualzacje: wizualizacje dostępne na nighstars.pl źródła: in-the-sky.org cloudynights.com skymaps.com opracowanie: nighstars.pl – Kamil Garstka
  2. Jednym z najbardziej popularnych "wyzwań" dla astronomów amatorów na świecie jest obserwacja wszystkich 110 obiektów Messiera za pomocą własnego sprzętu. Sam Messier nie korzystał z wybitnych warunków obserwacyjnych i używał teleskopów o ograniczonej zdolności optycznej - porównywalnych do nowoczesnych lornetek lub małych teleskopów. Jego ulubiony teleskop to achromatyczny 3,5-calowy refraktor z oczywistych względów pozbawiony jakichkolwiek warstw. W podobnych warunkach dzisiejszy 3-calowy refraktor jest wystarczający dla doświadczonego obserwatora, chociaż niektóre obiekty mogą sprawiać pewne trudności. Ogromna większość obiektów jest widoczna w lornetce 10x50 pod ciemnym niebem, chociaż wiele z nich będzie wymagać sporego wysiłku. Wszystkie 110 obiektów można zobaczyć bez większych trudności korzystając z apertury 4" i więcej. Każdego roku w okolicy marcowego nowiu miłośnicy astronomii wyruszają na obserwacje, aby spróbować zobaczyć jak najwięcej obiektów Messiera w ciągu jednej nocy. Maraton Messiera został zainicjowany w latach siedemdziesiątych XX wieku przez kilku miłośników z USA (w tym Toma Hoffeldera, Toma Reilanda i Dona Machholza) oraz jednego z hiszpańskich astronomów-amatorów. Pierwsza relacja z obserwacji wszystkich obiektów z katalogu w ciągu jednej nocy odnosi się do nocy z 23 na 24 marca 1985 roku, kiedy to Gerry Rattley z Dugas w Arizonie dokonał tego wyczynu. Około godziny później Rick Hull powtórzył ten sukces z miejscowości Anza w Kalifornii. W nocy z 20 na 21 marca 2004 roku Petra Saliger & Gernot Stenz za pomocą 4" refraktora na Teneryfie dokonali pierwszego "europejskiego" pełnego Maratonu. Gdzie i kiedy najlepiej? Tom Polakis zbadał możliwość przeprowadzenia Maratonu z wynikiem 110 obiektów Messiera w ciągu jednej nocy z różnych szerokości geograficznych. Wnioski oparł głównie na doświadczeniach uczestników Maratonów z USA (głównie All Arizona Messier Marathons), zbieranych przez wiele lat. Opublikował swoje wyniki w sieci, w tym grafikę widoczną powyżej. Tom zaznaczył, że: Obiekty Messiera czyli co dokładnie? Kiedy Charles Messier obserwował obiekty, które ostatecznie trafiły do słynnego katalogu, jego wizualne wrażenia pozwalały mu tylko rozróżnić "amas d'étoiles" (gromady gwiezdne) i "nebuleuse" (mgławice). Dzisiaj wiemy, że wśród wszystkich 110 obiektów składających się na katalog znajdziemy: 6 mgławic dyfuzyjnych 28 gromad otwartych 4 mgławice planetarne 29 gromad kulistych 40 galaktyk 3 inne obiekty Powyższa lista opiera się na założeniu, że M8 (Laguna) i M16 (Orzeł) to gromady otwarte (w ten sposób zanotował je sam Messier). 69 obiektów z listy znajduje się w naszej galaktyce, w odległościach od 430 lat świetlnych (Plejady), do 78.000 lat świetlnych (M75). Pozostałe 41 obiektów to galaktyki...z jednym wyjątkiem. Gromada kulista M54 znajduje się w SagDEG - galaktyce karłowatej będącej satelitą Drogi Mlecznej. Najbardziej odległym "Messierem" jest M109, galaktyka znajdująca się w odległości ok. 67,5 mln l.ś. Messier 45 (Plejady) to bezsprzecznie najjaśniejszy obiekt w zestawieniu, widoczny gołym okiem nawet na niezbyt ciemnym niebie. Na końcu listy w zależności od źródła znajduje się M95, M91 lub M97. Największa kątowo jest oczywiście Galaktyka Andromedy, ale w rzeczywistości to miano należy się M101 o średnicy ponad 1,5 razy większej niż M31. Na drugim biegunie znajdziemy M40 o odległości kątowej 49". Fizycznie najmniejsza jest mgławica planetarna M76, ponieważ M40 (podobnie jak M73) nie jest "prawdziwym" obiektem. Moje wyzwanie Próba wykonania pełnego Maratonu Messiera chodziła za mną mniej więcej od połowy zeszłego roku. Wiedziałem, że i tak w drugiej połowie marca wybiorę się znowu na Teneryfę lub La Palmę więc od razu wydało mi się to doskonałą okazją na podjęcie takiego wyzwania. Gdzieś tam w pamięci miałem też relacje Panasamarasa i Pawła Trybusa. Po zasięgnięciu informacji, których skróconą wersję widzicie powyżej, okazało się że założony termin i miejsce (okolice 25 marca w pobliżu 28-go równoleżnika) są wręcz idealne. Sprawdziłem wszystko - jak wcześnie muszę zacząć, gdzie dokładnie znajdę M74 i M77 oraz kilka innych trudniejszych obiektów, ile czasu przed wschodem Słońca będę miał na M30 i jak typowa lista kolejności będzie się mieć do warunków na miejscu. Kilka dni przed wyjazdem drukuję "check-listy" w kilku kopiach oraz mapki wygenerowane w CdC. Zabieram Zeissa Jenoptema 10x50 (pole 7,3 stopnia) oraz lornetę Strathspey 25x100 (angielski brand, lorneta znana również jako Oberwerk 25x100 IF, Helios Quantum-4 czy TS - Gigant) - pole 2,5 stopnia. Na Teneryfę dotarliśmy popołudniem 20 marca. Jak zwykle towarzyszyła mi Aga oraz po raz pierwszy Bartosz i Zdzichu, który zabrał ze sobą TS ED 102mm f/7 na AZ4, która to kombinacja okaże się później bardzo pomocna. Zapoznanie z miejscówką i niebem Wstępnie na termin Maratonu wybrałem noc z 25 na 26 marca. Gdyby coś poszło nie tak, przewidywałem powtórkę noc później. Miejsce to doskonale nam znany z lat poprzednich punkt widokowy Mirador de Chio (2087 m. n.p.m.) u stóp wulkanu Pico Viejo. Co prawda wschodnia i południowa część horyzontu jest tam nieco zasłonięta przez ścianę kaldery będącej pozostałością po niegdysiejszym ogromnym wulkanie Las Cañadas, jednak jej wysokość nie stanowiła większego problemu. Część zachodnia jest tam kompletnie odsłonięta a sam Viejo znajduje się na północy z lekkim przesunięciem na wschód czyli w miejscu, które mnie najmniej interesowało. Miejsce na tyle dobre z wielu względów, żeby wybić z głowy szukanie innych (jedyna próba innego miejsca skończyła się szybką ucieczką do samochodu przed lodowatym wiatrem). Mirador de Chio, kolejno od lewej: wschód, południe, zachód i północ, oraz położenie na mapie Teneryfy Po dwóch nockach "lenistwa" (że tak delikatnie ujmę) wreszcie (22.03) decydujemy się na wyjazd "zapoznawczy". Główna myśl jaka mi przyświeca to test uciekających najszybciej - M74 i M77. Tym razem nic z tego. Chmury nad zachodnim horyzontem i ogólnie panoszący się na niebie cirrus witają nas na miejscu. Odpadają nie tylko "siedemdziesiątki" ale również Andromeda z sąsiadkami i Trójkąt. No nic, zabieram się za ogólną powtórkę zimowego nieba i kilku eMek, które uznałem za potencjalne zagrożenie. M76 pojawia się stosunkowo łatwo w teleskopie, w lornecie niewiele różni się od słabej gwiazdy. M102 (co do obiektu są wątpliwości ale uznaje się, że to NGC 5866 czyli Galaktyka Wrzeciono) w Smoku również okazuje się nie sprawiać tylu problemów co przewidywałem. Łącznie pierwsza nocka "zapoznawcza" przynosi owoc 31 zaliczonych Messierów do godziny 23:30. Jeżdżąc z pamięci bez listy przegapiłem M1 i M50. Jestem dobrej myśli ale zauważyłem dwa problemy, o których wcześniej nie myślałem. I tak upłynęła noc, poranek, popołudnie - dzień kolejny Kolejny wieczór już kompletnie bezchmurny, jednak jesteśmy na miejscu za późno. Znów uciekły wieczorne galaktyczki ale nadrabiam zaległego Kraba i M50. Trochę zniechęcony odpuszczam tym razem temat Messiera i na kompletnym luzie jeżdżę lornetką po okolicach Rufy i Żagla. Około północy wschodzi Omega Centauri wzbudzająca podziw w każdym sprzęcie zwłaszcza towarzyszy podróży, którzy wcześniej jej nie widzieli. Jest bezchmurnie, Bartek smaży szerokie kadry więc zostajemy troszkę dłużej niż poprzednio. Sprawdzam jeszcze dobrze mi znany nalot na Południowy Wiatraczek (83) oraz kulkę w Hydrze (68). W międzyczasie postanowiłem zerknąć na kometę 41P/Tuttle-Giacobini-Kresak, jednak podobnie jak kolegów z forum oszukało mnie mobilne Stellarium i przez dłuższą chwilę błądziłem lornetką w okolicach gwiazdy 36 UMa zanim znalazłem ją już wewnątrz "Wozu". I tak upłynęła noc, poranek, popołudnie - dzień kolejny Moja niecierpliwość zwyciężyła - jeśli będą warunki, podchodzę na poważnie do maratonu noc wcześniej niż zakładałem. Nawet nie straszny mi niewielki sierp Księżyca goszczący gdzieś w okolicy M30 nad ranem. Jedziemy z założeniem, że to dziś... Jednak nie dziś. Po dotarciu na miejsce witają nas dwa okropne zjawiska, nie wiem które gorsze. Na niebie cirrus a na parkingu cała grupa młodocianych amatorów nieba. Kilkadziesiąt osób wywija białymi latarkami, laserami - ogólnie klimat jak na korytarzu ś.p. polskiego gimnazjum. Gdyby chodziło o zwykłe obserwacje, nie byłoby większego problemu, zmieniamy miejscówkę (coś tam w rezerwie jeszcze miałem) a niebo w wielu miejscach było pogodne. Jednak to miał być Maraton bezkompromisowy - na 110 fajerek! Decyzja prosta - wracamy na dół, nabierzemy sił i wracamy następnego dnia. I tak upłynęła noc, poranek, popołudnie - dzień kolejny...TO JEST TA NOC Na początku był chaos... Czuję się jak przed ważnym egzaminem. Już kilka lat nie miałem żadnego egzaminu, więc nieco zapomniałem też lekki ucisk w brzuchu. Na miejsce docieramy około godziny 19:45, temperatura wynosi 3 stopnie Celsjusza i jak się później okaże, pozostanie w tych okolicach przez całą noc. Niebo wygląda na idealnie bezchmurnie, nie stwierdzono też żadnych niepożądanych gości na parkingu. Mam chwilę czasu na wypakowanie lornetek, mapek, włączenie dyktafonu na telefonie. O równej 20:00 zaczynam rozglądać się po niebie. Stosunkowo wysoko nad zachodnim horyzontem świeci Merkury, który dodaje nadziei ponieważ znajduje się niżej niż pierwszy cel Maratonu. Nad horyzontem jeszcze jasno więc trzeba uzbroić się w cierpliwość... Albo i nie! Skoro mam jeszcze chwilę do próby łapania galaktyk, rzucam okiem i lornetą na M45 - Plejady (20:09), które zajmują około połowę z 2,5* pola 25x100. Po chwili zabieram mniejszą lornetkę i od razu znajduję M41 w Wielkim Psie (20:10) oraz M93 w Rufie (20:11), którą bardzo łatwo znaleźć tuż nad gwiazdą Asmidiske (3,34 mag) wyglądającą jak podwójna z powodu bliskiego położenia 188 Pup (5,3 mag). Nawet w większej lornecie gwiazdy z gromadką ze sporym zapasem mieszczą się w jednym polu widzenia. Wracam pośpiesznie do Syriusza od którego odbijam w kierunku Procjona żeby po drodze trafić na gromadę M50 w Jednorożcu (20:13). Trzy dni wcześniej o niej zapomniałem, więc teraz mimo korzystania z listy, myślałem o niej szczególnie. Zresztą lista nijak się miała do mojego nieco chaotycznego biegania po zimowych emkach. Skoro już jestem w tej okolicy, zmierzam z radością w kierunku pary M46 i M47 (20:15), która jest dla mnie absolutną czołówką wśród widoków w lornetkowych okularach. W dużej lornecie dwie kompletnie różne od siebie gromady są widoczne ze sporym zapasem, z mniejszej zajmują mniej niż 1/3 pola widzenia. W tym momencie podejmuję pierwszą próbę złapania galaktycznych pułapek w Rybach i Wielorybie ale jest jeszcze zdecydowanie zbyt jasno. Wracam zatem do małej lornetki i łapię M34 w Perseuszu (20:17) między gwiazdami Almaak i Algol. Widok powoduje lekki uśmiech na twarzy ponieważ próbowaliśmy z Bartkiem i Zdzichem wcześniej dojść do tego, dlaczego Stellarium używa określenia "Gromada Spiralna", ale żadna lornetka ani teleskop w połączeniu z naszą wyobraźnią nie dawał odpowiedzi na tą zagadkę. Zmierzam w kierunku Kasjopei żeby tuż przy gwieździe Ruchbah odnaleźć M103 (20:19) oraz NGC663, która wydaje się być znacznie bardziej miłym dla oka obiektem niż sąsiadka. W tym momencie przestaję stawiać numerki na mojej liście, przecież i tak odtworzę sobie kolejność z nagrania. Stwierdzam, że pora przyjrzeć się Galaktyce Andromedy i Trójkąta ponieważ zaczynają niebezpiecznie zbliżać się do horyzontu, ale zanim tam dotrę, szybkie podejście do M52 (20:24), która wydaje się być również jednym z bardziej "naglących obiektów" Przedłużenie linii łączącej Schedar i Caph pozwala na bezstresowe dotarcie do celu dużą lornetą. Dwie minuty później docieram do M31 (20:26), krótkie przyglądanie się dosyć dużej plamie i już wiem, że na sąsiadki trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać i pewnie skorzystać z teleskopu dla pewności. Przesunięcie lornety równolegle do horyzontu w lewo i lekko do góry pozwala dostrzec dużą ale ledwo kontrastującą z tłem okrągłą plamę M33 (20:28). O godzinie 20:29 kieruję lornetę dokładnie w kierunku miejsca gdzie powinna znajdować się M74. Znam to miejsce doskonale, sprawdzałem wielokrotnie układ gwiazd, jednak nadal nie widzę niczego, co przypominałoby galaktykę. Pocieszam się tym, że mój cel znajduje się jeszcze dosyć wysoko. Duża lorneta czeka w pogotowiu, a tymczasem biorę mniejszą i nadrabiam "zimowe" zaległości. Łatwiejsze cele zwykle namierzam za pomocą linii prostych od jasnych gwiazd lub tworzenia trójkątów i ten drugi sposób dobrze sprawdza się przy M48 (20:30) tworzącej trójkąt równoramienny z Procjonem i głową gwiazdozbioru Hydry. Dwie minuty później jestem już w Woźnicy. Wszystkie trzy gromady (M36, M37 i M38) mieszczą się razem w polu lornetki. Pobliska M35 (20:33) wymaga przemieszczenia się o jakieś 10 stopni od M37. Czekam aż przejedzie (kolejny już) samochód i zmierzam w kierunku Zdzicha, który również postanowił zapoznać się dziś z niektórymi eMkami. O godzinie 20:41 teleskopem i Baaderem Hyperionem Zoom 8-24 odnajduję jeden w dwóch wieczornych bastionów - M77 w Wielorybie, który pada łatwiej niż się spodziewałem. Bardzo pomocny jest tutaj charakterystyczny układ gwiazd dookoła galaktyki. Galaktyka w Rybach stawia znacznie większy opór. Zmiana powiększeń, próby w lornecie, wszelkie formy zerkania i manewrowania tubą tak żeby obiekt się przesuwał - nic z tego. Po dosyć długiej walce i momencie gdy wydawało mi się, że coś widzę (pewnie siła autosugestii) muszę się poddać - M74 nie znajdzie się na mojej liście. Niby Słońce już sporo pod horyzontem, niby wiem dokładnie gdzie jest, ale tło jakieś zbyt jasne - ujawnił się pierwszy z problemów, które dostrzegłem kilka dni wcześniej, a kompletnie się go nie spodziewałem - światło zodiakalne: No nic, trzeba ruszyć dalej. Gdy kieruję szukacz na Galaktykę Andromedy, okazuje się, że przeszkodą zaczyna być...nasz samochód. Teleskop łatwiej przestawić niż samochód więc przenosimy się ze sprzętem w inne miejsce i tam obok Andromedy pojawiają się: M32 nieco bliżej i mniej oczywista oraz M110 nieco dalej i konkretniej widoczna. Godzina 21:06. Rzut (gołego) oka na okolice gdzie powinienem znaleźć "Małe Hantle". To ostatni obiekt, z którym powinienem się streszczać ale widzę, że jest jeszcze dosyć wysoko, więc...ostatni, desperacki atak na Ryby. Zdzich żartuje, że może akurat światło zodiakalne zgaśnie, ale nie ma co się czarować - nie ma szans. Zabieram się za M76 (21:10). Miniaturka, która na szczęście znajduje się tuż przy jeden z dwóch widocznych gołym okiem gwiazd tworzących luźną parę między Kasjopeją a końcem Andromedy i poświęciłem jej nieco więcej uwagi wcześniej. To jeden z obiektów, które z lornetce można "zaliczyć" co też czynię, ale dla identyfikacji charakterystycznego kształtu "klepsydry" wymaga nieco powiększenia, dlatego też podziwiam ją w teleskopie. Skoro już jestem przy teleskopie, wracam do M52, która nie wyglądała zbyt okazale w lornecie. Odnajduję ją między Kasjopeją, a...samochodem. Zając nie zając, nie ucieknie. Wszelkie poradniki i listy dla Maratonów układane pod nasze szerokości geograficzne, sugerują bardzo szybkie uporanie się z gromadą kulistą w Zającu. Na szczęście tutaj jeszcze około 23:00 będę ją miał nad horyzontem. M79 zaliczam już o godzinie 21:15, chyba głównie dla świętego spokoju. W żadnym z możliwych powiększeń nie wygląda zbyt okazale. Zoom w okolicach krótszych ogniskowych pozwala nieźle wyszczególnić jaśniejsze jądro i ciemniejsze, ziarniste zewnętrzne rejony gromady. Korzystając z teleskopu powoli kompletuję zimowego Messiera zmierzając do Oriona - M42, M43 (21:17) które zaliczam również w lornecie i w tej wersji chyba bardziej przypadają mi do gustu oraz M78 (21:18). Wydrukowana lista nie pozwala mi zapomnieć tym razem o Krabie - M1 (21:20), któremu nie żałuję powiększenia. Na bardzo ciemnym niebie prezentuje się wyjątkowo okazale. Duża, niejednorodna plama o charakterystycznym kształcie. Z drugiej strony nieba dostrzegam, że gwiazdozbiór Kruka wisi na niezłej wysokości nad horyzontem więc znów nie zważając za "sugerowaną" kolejność łapię M68 (21:22), która nasuwa skojarzenia z koleżanką z Zająca chociaż wydaje się nieco (ale bardzo niewiele) większa. Od razu zmierzam również do Galaktyki Sombrero - M104 (21:23) do której droga to czysta przyjemność. Asteryzm Gwiezdne Wrota i bardzo ciasny układ trzech gwiazdek w linii, dokładnie wskazują położenie niepozornej ale pięknej galaktyki. Chwila zapoznania się z listą i widzę, że mam jeszcze dwie luki związane z Rakiem. Duża lorneta z zapasem pola pokazuje cały majestat Żłóbka - M44 (21:25), zaskakująco dobrze prezentuje się również M67 (21:26). Obie gromady nie mieszczą się w jednym polu małej lornetki ale niewiele brakuje, zatem odległość między nimi oceniam na ok 8 stopni. Przechodzę do Lwa i zaczynam małą lornetką od położonego nieco niżej Tripletu zawierającego oprócz NGC3628 interesujące mnie galaktyki M65 i M66 (21:30). Żeby zajrzeć do "drugiego tripletu" (jak go sobie roboczo nazwałem) zdjąłem dużą lornetę ze statywu i opierając się samemu o pobliską barierkę, z ręki znajduję M96, M96 i M105 (21:37). Pozycja karkołomna więc nie zagłębiam się w szczegóły których zresztą za bardzo nie widać. Mała konsultacja z mapką dla pewności i mogę odznaczyć kolejne 3 Messiery. W myślach coraz bliżej zestaw Coma-Virgo do którego absolutnie mi się nie śpieszy więc zaglądam do Naosa. Bellatrix kazała to trzeba się słuchać. Tam niespodzianka. Tuż obok dwie skrajnie różne gromady otwarte - jedna słaba, jednolita wygląda nieco jak kulista ale ciągle nieźle widoczna (NGC2477), druga duża, bardzo jasna (2,8 mag) składająca się głównie z błękitnych gwiazd i jednej jaśniejszej, żółto pomarańczowej (NGC2451). W małej lornetce genialny widok. Tym razem posłuszny założonej kolejności, zmierzam w kierunku Wielkiej Niedźwiedzicy... Galaktyki M81 i M82 (21:42) to obiekty, których nie trzeba przedstawiać. Rzucam na nie okiem z obu lornetek i idę do teleskopu ponieważ najbliższe plany przewidują obiekty wymagające trochę więcej powiększenia. M108 - Deska Surfingowa) i M97 - Mgławica Sowa (21:47) wyjątkowo szybko pojawiają się w okularze - bliskość jasnego Meraka bardzo ułatwia zadanie. Obydwie mieszczą się w ok. 1-stopniowym (16mm w zoomie Baadera) polu widzenia fajnie kontrastując podłużno-okrągłym kształtem. Zachęcony widokiem, kieruję na nie lornetę. Obydwa obiekty widoczne, można nawet doszukiwać się kształtu, ale niedobór powiększenia jest aż nadto widoczny. Jadę do góry w kierunku gwiazdy Phecda, w pobliżu której oczekuję znaleźć "Odkurzacz" (jak to widzimy w Stellarium). Okazuje się, że nie jest tak oczywista jak poprzedniczka ale i M109 (21:54) w końcu ukazuje się moim oczom. Czas na pseudo-Messiera. Upośledzony bo upośledzony ale zaliczyć trzeba. Tuż poniżej żółtawej gwiazdy 70 UMa (5,5 mag) widoczna jest para niezwiązanych ze sobą fizycznie gwiazd tworzących M40 (22:02). Do skompletowania pierwszej strony listy pozostała mi już tylko M51 (22:07) która tworząc kąt prosty z końcem dyszla Wielkego Wozu staje się łatwym celem. W dużej lornecie bardzo ładnie widoczne obydwie części pary galaktyk. Galaktyka Wiatraczek - M101 (22:09) tworzy z tym samym dyszlem trójkąt równoramienny więc też nie wymaga dokładnych namiarów i jest łatwym celem zarówno w małej jak i dużej lornecie. Większych problemów spodziewałem się ze znajdującą się nieco na uboczu galaktyką M102 (22:18) w Smoku, dlatego kilka dni wcześniej zrobiłem sobie próbny starhopping i okazało się, że nie taki Smok straszny. Przy okazji o kilka punktów wzrasta moja sympatia do szukaczy typu Red Dot. Szybko namierzam, pokazuję Zdzichowi i jazda do Psów Gończych. W menu mam Psy razy cztery (3 galaktyki i gromada kulista). Galaktyka Słonecznik - M63 (22:21) znajduje się po drodze z końca Wielkiego Wozu do gwiazdy Cor Caroli przy grupce dosyć jasnych gwiazdek. W obu lornetkach dobrze widoczna, w większej przyjmuje kształt spłaszczonej elipsy. M94 (22:23) ma obok siebie jeszcze ciekawszy układ gwiazdek w kształcie hmmm, latawca(?). Mijam czerwonawą La Superbę (pozdrowienia dla Bellatrix) i w połowie drogi między betą Psów Gończych a gammą Wielkiej Niedźwiedzicy spotykam ostatnią z galaktyczek w Psach - M106 (22:30). Na koniec tego etapu coś bardzo łatwego - gromada kulista M3 (22:33) w połowie drogi między Cor Caroli a Arkturem. Po doświadczeniach z mini-kulkami w Zającu i Kruku, ta wygląda niczym z innej ligi. Na kolanach przed Panną i Bereniką Krótka rozmowa z Bartkiem (który naświetla kolejną klatkę): -Co tam dziubiesz? -Kruka Wizyta w Warkoczu zaczyna się niewinnie. Gromada kulista M53 (22:39) położona blisko alfy Warkocza, mimo że niewielka, jest łatwym celem dla dużej lornety i sprawia lepsze wrażenie niż niektóre poprzedniczki. -Zdzichuuuu, chyba będę coraz częściej do Ciebie przychodził. Pojawia się problem numer dwa zauważony już w czasie pierwszej próbnej nocy. Zestaw galaktyk Coma-Virgo jest już bardzo wysoko nad horyzontem (przeteleportowałbym sięw tym momencie chętnie do Polski) co oznacza spore wygibasy biorąc pod uwagę mój niski lornetowy statyw, który sprawdza się przy obiektach niewysoko nad horyzontem (Skorpiony, Centaury czy inne Rufy), ale kompletnie nie nadaje się do przeczesywania zenitu i okolic. Mimo że lorneta pozwoliłaby sprawniej uporać się z tym rejonem, kątówka w teleskopie i szukaczu nie pozostawiają wątpliwości. Nawet w takiej konfiguracji większość czasu spędzę na kolanach. Krótka przerwa i zaczynam najtrudniejszy dla mnie etap wędrówki po Messierach od M64 (22:48) w Warkoczu, która trzyma się trochę dalej od tego piekielnego skupiska. Czarnego oka nie dostrzegam ale galaktyka wygląda na dosyć dużą i jasną. Kolejna krótka przerwa po tym gdy podczas zapisywania znaleziska zauważyłem, że drętwieją mi palce z zimna. Zaczynam mocno żałować, że nie zabrałem rękawiczek. Przy okazji przenosimy teleskop w wygodniejsze dla mnie miejsce z bezpośrednim dostępem do mapek i listy. Rozpoczynam podejście do M85 od Deneboli, ale przypadkowo trafiam na inny obiekt. Zerkam na mapkę, sprawdzam okoliczne gwiazdki i okazuje się że nieco zboczyłem z trasy docierając do M100 (23:03). Skoro już jestem w tej okolicy, teraz powinno pójść sprawniej. Dwie minuty później wpada w końcu M85 (23:05) i wracam do charakterystycznego trapezu ułożonego z gwiazd od 5 (6 Com) do 8 wielkości, który jest dobrą bazą wypadową do galaktyki M98 (23:08) u której dostrzegam ewidentny podłużny kształt w 24mm i M99 (23:11) leżącej w pobliżu jednego z jego (trapezu) boków - ta z kolei wydała mi się być lekko jajowata. Dalej przewiduję zejście nieco na południe w kierunku słynnego Łańcucha Markariana, który kryje dwie interesujące mnie galaktyki. To dobry czas na zmianę okularu i w wyciągu ląduje ES 24 mm 68*, który oferuje nieco więcej przestrzeni niż zoom Baadera przy takiej samej ogniskowej. O 23:23 podziwiam Łańcuch w tym M84 i M86. wraz z przyległościami z katalogu NGC (na szybko widzę sztuk cztery) oraz wędruję na wschód do M88 (23:28) i M91 (23:29) Dwie galaktyki znajdujące się pod koniec Katalogu Messiera sortowanego pod względem jasności, sprawiają lekki problem, więc tym bardziej jestem zadowolony gdy mam je już z głowy. W międzyczasie pojawia się lekki wiatr, który próbuje zabrać moje kartki co na chwilę odrywa mnie od okularu. Upewniony, że mam wszystkie istotne papiery najpierw dla pewności robię do drugie podejście do 88-91 zaczynając od wspomnianego już "trapezu"(23:39), a gdy to kończy się sukcesem łapię Virgo A - M87 (23:44) po drodze mijając ponownie Łańcuch Markariana. Owalny widok nie sprawiałby większego wrażenia ale mam w pamięci, że to ogromna galaktyka, fizycznie największa w całej gromadzie. -Pyknąłeś już tą Pannę? -Już bliżej niż dalej... Odbijam w lewo i łapię M89 (23:47) i nieco większą M90 (23:49). W międzyczasie przejeżdżają 3 samochody pod rząd. Oczywiście wszystkie muszą zwolnić, żeby zobaczyć co tu się dzieje (niecenzuralnych słów z nagrania nie przytoczę). Czas na kolejną krótką przerwę na rozgrzanie dłoni. M59 i M60 padają już minutę po północy. Nie zauważyłem, że po drodze miałem jeszcze jedną galaktykę z listy ale wpisując poprzednie widzę lukę i wracam do M58 (00:03). Przypadkiem wpadają też w okular okoliczne 89/90 i 87. W tym momencie oddycham z ulgą bo widzę, że brak mi jeszcze tylko dwóch galaktyk z zestawu i to sporo oddalonych od reszty. Manewrowanie w tej okolicy strasznie mnie nudzi - no cóż, tak po prostu mam. Galaktyka M49 (00:13) wpada bardzo łatwo miedzy gwiazdami 6 wielkości. Kieruję się nieco niżej ponieważ tam spodziewam się znaleźć ostatnie trofeum w tym rejonie. Gdy nie udaje się od góry, robię drugie podejście od dołu. Gwiazda 16 Vir (4,9 mag) załatwia sprawę i o godzinie 00:17 mogę zaznaczyć okienko przy M61. Koniec! Na 17 galaktyk potrzebowałem prawie dokładnie 1,5 godziny, prawie cały czas na kolanach Nie wrócę tam już nigdy w tych samych okolicznościach przyrody. Albo będę łapał nisko nad horyzontem ale z okularem/lornetą na sensownej wysokości. Jakiś dobson, albo żuraw, albo podobne ustrojstwo... Wiatraczek i kilka kulek W tym momencie planowałem zrobić sobie nieco dłuższą przerwę ale nic z tego. Po dłuższej rozłące znów witam się z lornetą i kieruję ją w na Południowy Wiatraczek - M83 (00:21) przy granicy Hydry i Centaura. Niżej świeci widoczna nawet gołym okiem Omega Centauri i wymagający lornetki Centaurus A. Wiem, że mam sporo czasu więc zatrzymuję się przy tych obiektach na nieco dłuższą chwilę. Po ogromnej gromadzie kulistej w sercu Centaura ciekawym doświadczeniem jest widok "ubogich krewnych" w Herkulesie - M13 i M92 (00:25). Co ciekawe, ta druga wywiera na mnie jak zwykle większe wrażenie, chyba dlatego, że nie jest tak popularna niż "trzynastka", więc i oczekiwania znacznie mniejsze. Skoro jesteśmy przy kulkach, następna w kolejności jest M5 (00:29). Zgrubne nakierowanie lornety między gwiazdy 109 Vir i Alfę Ser zdecydowanie wystarczy, żeby odnaleźć niemałą (już zapomniałem o Omedze) i całkiem jasną gromadę. Wężownik, Skorpion i Strzelec dopiero pojawiają się nad horyzontem, Lutnia ukryta za wulkanem więc pora na dłuższą przerwę. Moje dłonie domagają się ciepła - ostatnie zapiski na liście wyglądają na jakąś dziwną lekarską czcionkę. Żołądek też daje znać o sobie więc dostaje porcję węglowodanów w postaci kanaryjskich ciastek i zestaw nie wiem czego (nie chcę wiedzieć) w postaci energetyka o nazwie, która zaczyna się i kończy jak słowo "Messier" W centrum Drogi Mlecznej Nie było mnie 1,5 godziny a zegar na telefonie wskazuje 03:05. No tak, dziś zmiana czasu. Przede mną ulubione zakamarki nieba czyli król Skorpion z przyległościami. W planach kulki więc oprócz lornetek znów biorę teleskop - trochę powiększenia nie zaszkodzi. Zaczynam od dużej, jasnej i lekko poszarpanej nawet w lornecie towarzyszki Antaresa - M4 (03:07) i nieco skromniejszej ale również nie stawiającej oporu M80 (03:13) W międzyczasie zerknąłem na NGC 6144, więc nawet ta druga wydaje się całkiem spora. Przeskakuję do M107 (03:18), którą znajduję na krawędzi pola widzenia w małej lornetce gdy na środku mam Zetę Oph. W większej lornecie para się nie mieści ale wystarczy lekkie przesunięcie żeby niewielka gromada się pojawiła. Wewnątrz Wężownika docieram do M12 (03:21) i M10 (03:22), które prezentują się trochę okazalej niż 80 i 107. Kulki w tej części Wężownika domykam łapiąc słabszą niż poprzednie M14 (03:25). Nadal w Wężowniku, ale już w okolicach granicy ze Skorpionem i Strzelcem znajduję trzy kolejne i ostatnie z tego grona eM-kulki: przeciętnej wielkości M62 (03:28) i M19 (03:29) oraz nieco mniejszą (porównywalną do M107 albo M14) M9 (03:31). Cały czas uwiera mnie luka na mojej liście gdzie powinienem zaznaczyć obserwację dwóch obiektów w Lutni, więc jak tylko pojawiły się nad zboczem Pico Viejo kieruję lornetę na M57 (03:43) czyli słynny "Pierścionek". Dla większej satysfakcji z widoku korzystam też z teleskopu ponieważ planetarka do kolosów nie należy i aż woła o większego "powera". Jeszcze chwilę czekam i obieram kurs z Lutni na Albireo dostrzegając tuż nad linią wulkanu niepozorną M56 (03:59). Czas na kolejną przerwę aż Strzelec i południowa część Skorpiona wygrzebią się na sensowną wysokość. Godzina 04:39...wygrzebały się. Pora na przedostatni etap zabawy. Tyle tam skarbów, że nie wiem od czego zacząć. Na rozgrzewkę M6 i M7 łącznie mniejszą lornetką i osobno większą. Cudowny widok. Niedaleko od Saturna namierzam gromadę otwartą M23 (04:41), jasną ale dosyć zwartą. Dalej już leci hurtowo - Laguna - M8, Trójlistna Koniczyna - M20 i tuż obok niej gromada M21 (04:43). Wszystkie trzy duża lorneta jest w stanie ogarnąć na raz. W pobliżu Kaus Borealis odnajduję M28 oraz dużą kulistą M22 (04:45). Kierując się do góry natrafiam na gromadę otwartą M25 (04:46) aż trafiam do kolejnej obfitej dostawy eMek - od "chmury" M24, która prezentuje się wyśmienicie w obu lornetkach, przez znacznie uboższą, właściwie malutką M18, dalej wszystkim dobrze znaną "Omegę" (M17). kończąc na nieco oddalonej od reszty gromado-mgławicy Orzeł czyli M16 (04:48). Rzut okiem czy złapię już Łabędzia. Jeszcze nie, ale widzę wschodzącego Altaira, który daje nadzieję na widoczność Liska i Strzały. Nie mam dostępu do Łabędzia więc poluję na Dziką Kaczkę - M11, która w mniejszej lornecie może stwarzać pozory gromady kulistej, w większej wygląda naprawdę okazale. W niewielkiej odległości odnajduję ubogą sąsiadkę M26 (04:52). W tym momencie wkrada się wątpliwość czy zaliczyłem 22 i 28 (zapomniałem zanotować) więc szybka powtórka (jak się okazało) z rozrywki. Uciekam na chwilę ze Strzelca do Strzały. Tam łapię M71 (04:57), słynne Hantle - M27 (04:58) w pobliskim Lisku i na chwilkę zawieszam wzrok na Wieszaku. W Łabędziu widoczna już jest niewielka gromada M29 (05:08). Przeczekałem jeszcze chwilę i wracam do Strzelca, mam tam jeszcze kilka niedokończonych spraw. Zaczynam od M69 (05:22), przez M70 (05:25), kończąc na M54 (05:27) ostatnia z nich wygląda na nieco większą kulkę od reszty ale żadna z nich specjalnie nie zapadnie mi w pamięć. W tym momencie każdy kolejny obiekt wymaga czekania aż wyłoni się zza mniejszej lub większej skały. Przy okazji telefon daje znać, że ma niski poziom baterii więc wyłączam dyktafon i od tej pory będę opierał się na krótkich "analogowych" notatkach. Wreszcie mogę sięgnąć po M39 (05:41) i M15 (05:43) i jeszcze raz wracam do Strzelca, a dokładniej jego przedmieść daleko za czajniczkiem. Tam czekają na mnie M55 (05:46), która okazała się dosyć łatwa i całkiem ładna, oraz M75 (05:48) sprawiająca więcej kłopotów. Wszystko w lornecie 25x100. W tym momencie zostało mi 4 sztuki, na które postanowiłem zapolować teleskopem. Na pierwszy ogień idzie słaba M72 (05:57) i małe kuriozum w postaci trójkącika M73 (06:00) oraz nisko położona ale dosyć jasna M2 (06:09). Wiem, że na ostatniego Messiera muszę poczekać jeszcze co najmniej pół godziny. W tym momencie zdejmuję lornetę ze statywu i wrzucam aparat, czego efektem są m.in dwa powyższe zdjęcia. W najlepsze szukamy klasyków w Łabędziu (Veile, Crescenty i takie tam), aż któryś z kolegów spostrzega, że na wschodzie zaczyna się robić coraz jaśniej. Sam nie wiem kiedy minęła niecała godzina, chyba najszybsza w moim życiu. Ostatnia eMka już widoczna nad skałami od co najmniej kilkunastu minut, a ja się zajmuję jakimiś pierdołami. Pośpieszny przegląd mapki i momentami graniczące z paniką skakanie po gwiazdkach Koziorożca i...jest! Łatwiej niż się spodziewałem, pojawiła się na jasnym już tle. Koledzy komisyjnie potwierdzają widok w okularze. M30 mam o godzinie 07:03. Epilog Przez cały następny dzień śpię - leżę - jem - śpię - leżę - jem. Satysfakcja miesza się z lekkim niedosytem. Z jednej strony jechałem po pełną pulę, z drugiej 109 na 110 to też bardzo dobry wynik. Analizuję co mogłem zrobić lepiej z tą cholerną M74. Większy sprzęt? Być może. Bardziej przekonuje mnie opcja zrobienia Maratonu od kilku do dziesięciu dni wcześniej. Nad ranem miałem jeszcze niezły zapas więc można by go przesunąć na wieczór. W przyszłym roku nów wypada 17 marca, może podejdę do tematu jeszcze raz bogatszy o tegoroczne doświadczenie... Źródła: Atlas of the Messier Objects: Highlights of the Deep Sky 1st Edition by Ronald Stoyan http://messier.seds.org Wszystkie zdjęcia mojego autorstwa. Pojedyncze klatki z Nikona D5100 + Tokina 11-16 f/2.8 Relacja z Maratonu z wykorzystaniem dyktafonu (łączny czas nagrania ok 5,5 godziny) oraz zapisków na "checkliście" oraz kilkunastu zrzutów ekranu z telefonu.
  3. Lornetkowy maraton Messier'a słynną dwururką Celestrona (brak statywu czy leżaka– czasem plecak/ręka pod głowę) przypuściłem 1.04. 2017, z pomocą wyciemnionych “kartoflisk leśnych” w pobliżu miejscowości Sadowne Węgrowskie (mazowieckie okolice Puszczy Białej, blisko 80 km poza obecną granicą Warszawy). Dokładnie rok temu podjąłem swój pierwszy taki wyścig ósemką Dobsona http://astropolis.pl/topic/53256-gluty-z-nosa-seeing-kosa-a-na-koniec-rosa;-urzekajace-obiekty-od-zachodu-do-wschodu-slonca-czyli-moj-pierwszy-maraton-messiera/?do=findComment&comment=618159, będąc kompletnie nieprzygotowany na wilgoć. W tym roku zaś... było niemal identycznie - za sprawą jeszcze słabszej antycypacji, a zarazem - dokuczliwszej wilgoci w okolicy rozlewisk i trzęsawisk rzeki Bug. Oto highlights: Załączona fotka przedstawia nabierający blasku sierp Księżyca, oraz relaksujący atak ciemności na okolice dziury w siatce przy stacji kolejowej. Łysy okazał się jedyną tej nocy poważną latarnią, po jego schyłku zaś zapadła i urzekła mnie długo wyczekiwana ciemność totalna. Kwadrans później, około 19:30, zgodnie z planem przywędrowałem w nieplanowane miejsce – polana otoczona dość ciasno drzewami (jednak warto sobie w trakcie długiej nocy choć trochę pospacerować) . Wtedy parę sztuk zwierzyny czmychnęło gdzieś w zarośla, a ja wolałem już zakotwiczyć się tutaj i jąłem się swoich łowów. Od zmroku, aż do świtu – niebo kompletnie czyste! Ostrość sprzętu reguluję sobie na Księżycu. Coraz niżej Syriusz, słania się też pokaźny trójkąt Mars-Hamal-Merkury. Fight! Odhaczamy Messiery! Wielka Oriona w zarysie, ostre Plejady z jaśniejącym warkoczem Alcyone. Gorzej z pozycją M79 zachodzącą pomiędzy drzewami– nie ujrzałem nawet sąsiedniej gwiazdy HIP25045 jasności 5,3 mag. Pewna jest już rezygnacja z M77 i 74. Trzeci zauważony, choć raptem ledwie, obiekt: łatwa otwarta M35. Robi się jednak ciemnawo! Łaps za niską M41, parę stopni pod oślepiającym Syriuszem; myk na północny-wschód po sąsiadki M47 i 46 (ta jedynie szarym obtarciem czarno-błękitnego nieboskłonu). Niziutka 93 – jestem pod wrażeniem tego gwiezdnego chmurzyska! Zaś na wschodzie, pomiędzy sosnami - przebitka intensywnego blasku Jupitera - choć stadionu w lesie brak . Zamach na zachodzące wkrótce trio galaktyczne Andromedy: M31 natychmiast, 32 zerkaniem, tuż obok rozbłysła też flara jasności do 4 magnitudo. Co do ostatniej, rozproszonej M110 – nie poddałem się, pomimo, że wizualnie prawie nie istniała. Troszkę łatwiej poszło z jaśniejszą, acz również zachodzącą galaktyką M33, zaś w międzyczasie: powrót do miecza Oriona po małą nebulę, 43jkę. Z kolei nad pasem Oriona ledwie zamigotał mi rozmyty ślad mgławicy M78. Godzina 21:15 to z trudem schwytana mgiełka Mgławicy Krab. Po tych nikłych galaktykach i mgławicach, nastał wreszcie czas na efektowne, choć trudniejsze do zlokalizowania gromady otwarte: M50 i wielka 48 – cudowna; mglista, a i tak z wieloma widocznymi gwiazdami. Rak: widocznej świetnie gołym okiem M44 Praesepe nie muszę przedstawiać, zaś żałuję, że zapomniałem przyjrzeć się uroczej M67 także po schyłku Księżyca. Perseusz: M34 błyskawicznie, gdyż potrzebny mi czas na najtrudniejszy obiekt, którego wcześniej nawet nie próbowałem dostrzec lornetką. Mgławica Mały Hantel M76 – najprawdopodobniej zauważyłem ją w końcu jako rozmytą kropkę, znając jej pozycje dzięki układowi jasnych gwiazd w pobliżu. Liczę: 20 Messierów mam. Kasjo: M52, 103 (jakby mała, mglista binarka; skupiska gwiazd wokół robiły większe wrażenie). Woźnica: 38, 36, 37, prawie jednym ruchem. 22:20 to Lewskie galaktyki: najłatwa M66; więcej zachodu z 65 (bo czemu ja zapomniałem, że Lwi tryplet jest tak zwarty?). W końcu wydarłem również 105 (z innego, dużo słabszego trypletu) – ta dosłownie przez chwilę mrygnęła podczas zerkania; trochę wcześniej poukładałem sobie bajzel starych papierowych mapek i stanowisko, było już po 23:00! M96 i 95 – w tej kolejności dostrzegłem te rozmyte niby-gwiazdki, znowu wypruwając źrenicę. Nie była to frajda, ale zaliczone. Nie mogłem w międzyczasie wypatrzyć... komety 41P/Tuttle-Giacobini-Kresak , acz długo nie siliłem się, zaczęło rosić sprzęt przy szukaniu „pod sufitem”. A near-zenitowych galaktyk czas nastawał... M81-82, 109 (całkiem łatwa, mała mgiełka), 108 (wydaje się, że miałem ją chwilę – choć zawsze można kwestionować), nie udało się z pewnością z Mgławicą Sowa 97, jak dla mnie za małą i za słabą. Szybko malutka binarka M40, a potem zaskakująco efektowna, duża mgiełka galaktyki M101 (w tych świetnych, prima aprilis'owych warunkach było ją widać tak, jak zazwyczaj przez lornetkę widzę Whirlpool). Przechodzę do galaktyki M102 - trudna o tyle, że wygląda jak jedna z trzech sąsiadujących gwiazd. I oto wspomniany wir M51, zaś timing zbliżony do tego z zeszłorocznego maratonu: mija godzina duchów. M63 i 94 to może i duchy. Mamy już zachód Księżyca. 106 intensywna - zerkanie pomogło odróżnić ją od gwiazd. Kuliste 3, 53, nieco trudniejsza do zlokalizowania galaktyka Czarne Oko 64, letnie kuliste 13, 92 – o czym tu się rozpisywać, od tego był Mickiewicz. Niemal z marszu: galaktyki Panny/Warkocza! Start o godzinie 0:45. Kolejność zdobyczy: 60, 59, 58, 90, 89, 91 (bardzo źle widoczna), 88, 84, 86, 87,100, 85, 49, 61. Poległem zaś na M98 i 99, mimo faktu, iż trochę się starałem. O 1:40 zakończyłem galaktyki Coma/Virgo, wybijając 14 Messierów (z możliwych 16). Wówczas “skorzystałem” z nieprawdopodobnej wręcz przerwy! Na koncie dopiero 60 emek, ale mimo godzinnych próśb i gróźb / prób powrotu do bicia rekordów – za sprawą parowania szkiełek widać było zaledwie to, że dzisiaj nic już, Alleluja, nie zobaczę! Mając jednak 2 gumki recepturki, oraz swoje papierowe wydruki ze Stellarium formatu A4 - nie poddałem się! W ułamku sekundy spreparowałem ultranowoczesne odrośniki obiektywowe (nie twierdzę, że całkiem zatrzymały roszenie – ale jednak, umożliwiły kontynuować toł nierównoł sesję!). Na te zmagania zeszła godzina! Pojawił się już cały trójkąt letni, zaświtał całkiem spory odcinek wakacyjnej Drogi Mlecznej... och, ach. Zważając na powyższy akapit – odpuściłem 3 najtrudniejsze obiekty: Sombrero, 68, 83 (na dwie ostatnie nawet zasłonięty widnokrąg nie sprzyjał). Nie było czasu oddzielać przemoczonych mapek – wygodniej działało się ze Stellarium z androida. Lornetka – ta wciąż parowała, choć już nie od razu po skierowaniu w kosmos. Zajmowałem się tym, czym nie powinienem przy coraz większym, choć umiarkowanym ochłodzeniu - przecierałem szkiełka szmatką do optyki, możliwie delikatnie... Szczęśliwie – miałem przed sobą głównie same łatwe i jasne obiekty... Tak więc gazem, jedynie z niewielkimi zastojami: puszek 27, brink 57 (Ave Stellarium), cześć Antares, kulki 80, 4, kulka Węża 5, Lutnia 56, dzika mgiełka 11 (na zachód od leżącego na boku gwiazdozbioru Orła), kulki trzynastego horoskopu w NASA: 12, 10, Łabędziowe gwiazdki 29 (jakby mini-Plejadki), 39, brakująca kulka numer 14, także 107. Strzałka do fajnej na swój sposób 71, inna kulka 9, teraz bliżej asteryzmu Pokłon Jesieni: otwarta 26, mgławice i gromady 16, 17 (78th object tonight; zeszłoroczny rekord jednak jest!), 18 (rekord pobity! godzina 3:50), 15 (łatwa kuleczka, choć nie tak dawno wzeszła – a do świtu już blisko!), 25, 24, 8 (Laguna), 21 (najwyżej parę jaśniejszych gwiazdek), 22 (w lepszych warunkach - piękna, intensywna gromada o wyjątkowym ksztalcie... zaś dzisiaj: ostatnia „mgiełka we mgle”!) Nie było już zatem możliwości powalczenia o: M19, 62, 20, 28, 6, 7 (próbowałem – ale jak przez pieprzowe drzewa?), 75, 69, 70, 54, 55 (odpuścić mógłbym ją sobie i tak), 2 (próbowałem), 73, 72, 30 (i tak był bym bez szans). ...O 4:55 niebo pojaśniało na tyle, że za porozumieniem obu jaźni – zakończyłem ekologiczne strzelanie – by dobiec na pociąg wcześniejszy o 20 minut, co z pożytkiem dla zdrowia udało się. Poprawiłem, ustanowiony rok wcześniej Syntą 8, quasi-rekord: 78 emek w jedną noc. Tym razem, bez targania ze sobą ciężkiej teleskopowej krowy - złowiłem ich nawet 85, wliczając w to niektóre trudne obiekty. Nie nakładałem na siebie absolutnie żadnej presji, bądź obowiązkowego minimum; pognałem sobie na miejsce obserwacji bezpośrednio po całym dniu w pracy, nie zeżarłem na przystanku kilo, a pół kilo marchewek... Wrażenia są zatem pozytywne, przygoda była jak należy, energia z kosmosu, brak świateł miejskich i podmiejskich, chart na wiosenne przeziębienia – o takie rzeczy głównie mi chodziło. Dla jasności: z radością pozostaję amatorem z ligi okręgowej, chociaż nie wiem, jak potoczą się sprawy za rok? Może za trzecim razem przygotuję odpowiednio podgrzewany tele-wół, postawię w prawdziwie szczerym polu; wtedy, bez konieczności próby wysiłkowej, może i 100wa pęknie... Na 200 w każdym razie nie liczę. Pozdrawiam miłośników liczby 110 – w szczególności zaś samego Charles'a Messiera, który pewnie dziwił by się, jak to można marnować noc na takie coś!
  4. ...i oby nie ostatni! Wreszcie udało mi się napisać moje pierwsze obserwacyjne sprawozdanie na Astropolis. W przypadku rzeczonej w tytule sesji – kumulacja rozmaitości była spora, więc czemu nie naskrobać trochę o tym?. Z chęcią powspominam jeszcze nie raz jakże urodzajną 'ostatnią nockę'. Jest to raport z myślą o forumowiczach lubiących temat średnio-zaawansowanego DS-wizual. Życzę Państwu przyjemnej podróży! A więc będzie – punkt po punkcie: 1 Tytułem wstępu – opis miejscówki, sprzętu, cele ogólne, przygotowania do MM. 2 Tytułem (niekoniecznego) końca biadolenia... - przegląd nieba! Szczegółowy opis 10h sesji. 3 Podsumowanie: wyniki MM, satysfakcja czy rozczarowanie? Cenna edukacja na przyszłość. 1 Czas: 1 kwietnia (dobrał jak ulał) / 2 kwietnia 2016 Miejsce: ogród niemobilny, Słupno – wioska na północ od Warszawy (lewa noga w pomarańczowej, prawa w żółtej strefie LP, ale wokół tego sporo lesistego, ledwie zaświetlonego pustostanu) Użyty sprzęt: Synta 8''/200 Dobson, okulary SW13, Plossl25, okazjonalnie – Celestron40, szukacz kątowy GSO 8x50, suszarka zainstalowana w anty-wilgociowym, pokrytym folią pudle. Warunki: niebo przyzwoicie ciemne powyżej około 20-40 stopni nad horyzontem, latem nieźle widoczna droga mleczna; średnie skażenie światłem tam gdzie nisko, największe od str. południa (łuna warszawska). Dzisiejsza widoczność, jak się okazało – fantastyczna! Słabe galaktyki (NGC) powyżej 11 mag sprzęt+oko wyłapywały bezproblemowo. Silny, porywisty, północny wiatr przez pierwszą część nocy, ale mimo tego obraz w okularze był statyczny i chwytałem niesamowite szczegóły gromad, mgławic czy galaktyk; zachmurzenie – prawie zerowe - przelot chmurek w ciągu sesji zabrał łącznie około 20 minut. Przez całą noc nie było śladu mgły. Do maratonu podchodziłem, mając na koncie 90 zaobserwowanych obiektów katalogu pana Charles'a, oraz znacznie więcej innych DS'ów, które to stanowią esencję moich około 9cio- miesięcznych obserwacji. Lukaniem na “to coś błękitnego, do którego przykleiły się świetliki” zajmowałem się również w wieku około 12-14 lat, jednak z racji warszawskich świateł, trudniejszego dostępu do wiedzy i teleskopów – 'świetlików' deep sky pooglądałem wtedy jedynie kilka, przez 'dziecięcy' zestaw: refraktorek 60/700 z dołączonym kitusiostwem. Przed Messierowym pościgiem wyznaczyłem sobie cel: 107 obiektów w jedną noc; z miejsca odpuściłem 3 praktyczne tej nocy niemożliwości – M74, 77, 30. Moja miejscówka: rozległy ogród w Słupnie, zadupiu pod Warszawą, do którego przeprowadziłem się późną jesienią – rezygnując ze wspaniałych (zazwyczaj autobusowych), każdorazowych wojaży poza miasto. Postawiłem tutaj sobie specjalną, niszową, odpowiednio wymierzoną drewnianą plandeko-konstrukcję - schronienie przed światłem, czasem I przed wiatrem, patrz – zdj. Nie miała ona dachu i południowej ściany, zaś od wschodu zabezpieczenie przed światłem stanowiło szczelny, dość wysoki betonowy płot. Dla całkiem niezłego zasięgu mojego Dobcia – jak I wygody obserwacji na stojąco (jaki to styl preferuję z odwiecznego pośpiechu), firmowe pod-telepie ustawione było na dość stabilnym, wytrzymałym 'stole' z trzech średniej wielkości palet, górna przykryta wymiarowym blatem. Przed Maratonem postanowiłem poznajdywać wiele obiektów bez patrzenia ma mapę – poćwiczyłem to trochę ...w Stellarium. Przygotowałem sobie na tej podstawie listę z praktycznym timingiem i możliwymi skrótami – by nie latać bez sensu po całym niebie. Natomiast kiedy doszło do obiektów nad samiuśkim horyzontem - latałem z ledwie uniesionym zestawem Dobson8 (jedną ręką za uchwyt skrzyni, drugą za jej spód) po sporej części wcale niemałego ogródka – aby tylko uzyskać odpowiednią widoczność. Cóż, taka dziwna dyscyplina sportu na daną chwilę. Na koniec wstępu napomnę ogólnikowe przyczyny swoich stanów astro-maniakalnych, jednocześnie wykluczając u siebie bardziej naukowe aspiracje... Oto więc cele ogólne mych dotychczasowych obserwacji: - oderwać się od życia w cywilizacji! Podziwiać jedyne w swoim rodzaju piękno przyrody (nadzwyczaj pasuje do tego przebywanie poza miastem); czynić ucztę dla oczu i duszy, bez konieczności nie wiadomo jakiego sprzętu (za jakiś czas może wystarczyć mi prosta lornetka 15x70, bez opcji statywu nawet). - czerpać satysfakcję z ujrzenia czegoś pierwszy raz, z nabierania umiejętności samego patrzenia przez okular, jak i z uwielbianych, dwóch tradycyjnych systemów wyszukiwania: 'oko-niebo', oraz 'szukacz-mapka' (tutaj maraton okazał się znakomitym testem ich sprawności; w rezultacie korektą błędów na przyszłość). 2 Zaczęło się, jak to czasami bywa: wesoło wstaw w cudzysłów! Przypomniało mi to niektóre sesyjki w różnych miejscach – z naciskiem na zagadnienie pt. “plany a rzeczywistość''. Raz np. z astro-kumpelą szukaliśmy miejsca do obserwacji w Puszczy Kampinoskiej... nie mogąc znaleźć żadnego przejścia na wygooglowane tam łąki, zadowalamy się małą polanką w samym sercu lasu, w końcu nadchodzi burza, a ja przez kolejne kilometry... niosę rozstawiony teleskop o średniej wadze roweru. Wszystko spóźnione - jak wtedy podołać obserwacyjnym planom? Innym to razem, na skraju tej samej pięknej puszczy, oprócz statystycznych przygód z nagle popsutą pogodą, zaistniało spore zagrożenie ze str. nad wyraz 'ekstrawertycznych' łosi, dzików, a wśród akcesoriów na kocyku nie mogło też zabraknąć zainteresowanego tematem lisa. Otóż tym razem, w warunkach niby komfortowych (zawsze schłodzony telep w altanie, ogródek parę metrów od domu, ciepła herbatka, etc.) plany mogły rozbić się o długi kabel do urządzenia suszącego szkła, który to bez uprzedzenia postanowił mi się poplątać! Koniec końców, gdy szczęśliwie uporałem się z nim, jak i z tradycyjnym rozstawianiem Białego Czołgu, powieszeniem na ściance dużego... domowego zegara analogicznego, itepe, niebo było wciąż bardzo jasne (widać musiałem brać wcześniej czasową poprawkę na jakieś typowe dla sztuki opóźnienie). Nawet na pierwsze Plejady było bardzo wcześnie – ledwie wylukałem gołym okiem Aldebaranem, nie mogłem trafić do sedna (ale też – błąd numer 1 - przeoczyłem znaczne pochylenie, typowe dla zachodzących czy wschodzących gwiazdozbiorów). Po małym błądzeniu, gdy w szukaczu pojawiły się już nieliczne słabsze gwiazdki, w końcu trafiłem – I tym razem nie było mowy o pomyłce z innym układem gwiazd! Od początku do końca silny wiatr miotał w otwartej przestrzeni ogrodu moimi coraz dłuższymi glutami z nosa - musiałem jednak tam, poza wiatro-światło-chronami - ulokować się z teleskopem i akcesoriami, by sięgnąć balansujący nisko nad horyzontem, jesienny zestaw Andromeda – Trójkąt. W tzw. Międzyczasie z łatwością dobyłem miecza Oriona – w nim zarys Wielkiej (wylęgarni gwiazd z trapezem w środku), z czasem dość konkretny; a nieco później, skrajnym kątem oka - małą mgławicową sąsiadkę, 43jke. Sukces ten osiągnąłem jednak dopiero za drugim najazdem w środek miecza, kiedy to niebo nabierało już koloru ciemnobłękitnego. Zaraz po tej rozgrzewce - największe wyzwanie wieczoru! Zamiast podziwiania dalekich chmurek po zachodzie Słońca – zdążyć zauważyć M 79 przed jej schyłkiem. Jasność tej mglistej kuleczki oscyluje przy 8 mag. Powędrowałem w pocie czoła do mojego głównego stanowiska. Ku uciesze diabła – okazało się, że (z powodu drobnego opóźnienia?) miejsce gromady kulistej 'zajął' dom sąsiada, wraz z gałęziami i liniami wysokiego. Aby przenieść wszystko - znów chwyciłem więc w pośpiechu Czołg za podwozie, uderzając niestety dość mocno niespionowaną wcześniej lufą o ogródkową spalarnie tuż obok stanowiska... W tym momencie przeszedł mnie dreszcz samej myśli o niby banalnej kolimacji lustra (jak użytkuję dobcia 3 miechy – nie miałem w ogóle takiej potrzeby). Nie uderzyłem lustrem głównym, a od frontu; jak się później okazało, po tym jednorazowym wstrząsie obraz był w dalszym ciągu niemal żyletą. Wokół gwiazdozbioru Zajączka przepływały tymczasem wspomniane chmury. Niecierpliwie wyczekałem chwilę, aż przesuną się o kilka stopni, zrobiła się ta luka na niebie – jak najszybciej postarałem się o pozycję M 79 (pomiędzy liniami, dalekimi domami, drzewami, tuż nad gwiazdą rzędu 5,3 mag.... Założony SW 13 chyba tylko błędnie wydawał mi się za mocny na skrajnie niskie altitude obiektu, rzędu 3ch stopni, no i to to jemu mogę zawdzięczać swój pewien sukces... Otóż nie na 100, a jakieś 60% jestem pewien, że na minimalnie pociemniałym tle dostrzegłem słabiutki zarys ów zanikającego obiektu 79! Zatem jazda szybko dalej (a i przenoszenie teleskopu z powrotem za ścianki): Monoceros i Puppis. Po kolei - gromady otwarte: wspaniała M41, potem 47,46 i skrajnie niska znów - M93 w Rufie. Po krótkim przeglądzie, treściwych zapiskach – znów wychód z obserwatorium i telep rozstawiony na zielonej (jeszcze z czasów tegorocznej pseudo-zimy) trawce; z tej lokacji nieźle widać północno-zachodni horizon; balansujący niziutko, jesienny zestaw Andromedy i Trójkąta. Pierw, gołym okiem - Miriah i spółka, a po chwili szukacz “widzi“ największą i najjaśniejszą ze wszystkich północnych galaktyk; kątem oka wyłapałem w końcu i M110, najsłabsze cacko zestawu trzech galaktyk w Andromedzie, z których ani 32, ani (tym bardziej) nasza słynna spiralka 31 nie dostarczyły najmniejszych problemów. Wszystkie ledwie mieściły się w polu Plossla 25, o średnicy niecałe 1,1 stopnia. W podobnym stylu co 110 - zaksięgowałem skrajnie słabiutką na tej wysokości M33. Swoje dodała jednak... latarka czołowa która w trakcie zabawy z najbardziej wątłymi galaktycznymi światełkami tej nocy – koniecznie musiała popsuć adaptację wzroku! W tej lampce którą mam – pierwsze dwa wciśnięcia guzika oznaczają białe diody, a trzecie to opcja z czerwonymi. Dotychczas wystarczyło więc pstryknąć trzy razy z zamkniętymi oczami. Guziczek staje się jednak coraz to mniej sprawny – a w końcu mechanizm zawiódł tak, że otwierając oczy ujrzałem biały blask i wciskać musiałem jeszcze kilka razy. Do końca obserwacji czerwona lampka świeciła już cały czas – a ja tylko przechylałem ją góra – dół by nie świecić sobie ani trochę w okular. Sklepik z czerwonymi halogenami byłby dobrym pomysłem, ale może nie teraz? Do mapek i tak mam jeszcze dwie inne czerwone latarki w rezerwie – niemniej lubię mieć wolne ręce. Po tym epizodzie z ledwie widocznymi galaktykami, z bijącą po oczach poświatą od czołówki - nastąpiła zmiana kierunku na południowy zachód i z łatwością odnaleziona, słaba, acz 'wyraźna' M78 (malutka mgiełka z parą niby-gwiazdek), wszak za jedyną mapę posłużyła mi skutecznie długość pasa Oriona i znajomość definicji kąta prostego (och bezcenna edukacjo!). W każdym bądź razie - to, co miało być trudne tego wieczora zdecydowanie za mną! UFF... Po tym niespokojnym etapie nie mam nawet specjalnie opóźnienia. Niebo z wolna czernieje – a ja mogę wreszcie schować się za swoją obserwacyjną wiatę, wskoczyć w przygotowaną tam kurteczkę i odpocząć od szalejącego wiatru (mogąc również w spokoju operować dziennikiem I mapkami). ...Nie na długo jednak, bo zaledwie po tym, jak wycelowałem w Z Tau, by z łatwością zrobić lekko jarzącą się mgiełkę Kraba M1 (czyli wybuch supernowej na przestrzeni wieków), oraz znacznie niżej i na wschód - jednorożcowe gromady otwarte M50, M48 – musiałem znowu uznać chwilową przewagę otwartej przestrzeni ogrodu, skąd, oprócz niezasłoniętego rzędu latarni za płotem - widoczne były cały Perseusz i Kasjopeja. M34 po chwili zatwierdzona, (wcale niezła w szerokim polu szukacza, więc bardzo jasne gwiazdy z przydużym jak do tego klastra, 92-krotnym najazdem SW13), natomiast jeśli chodzi o mgławicę Mały Hantel (M76) – widziałem ją wcześniej jedynie w znacznie słabszych warunkach! Ponownie w SW - wcale nie takie małe, mgławicowe cudo i ten dość wyraźny kształt można było skojarzyć z samą nazwą. Przechodzimy zatem kawałek niżej w prawo, gdzie czeka ustawiona tym razem pionowo litera W, nieopodal której to świeci M52 – mała otwarta; preferuję do niej jednak małe powiększenia i cały urok tego typu obiektów, tkwiący w mglistości światła dziesiątek słabszych gwiazd! Następnie nieco w górę: M103 – jeszcze mniejsza gromada, tym razem z mniejszą ilością gwiazd – za to o kształcie kojarzącym się z Plejadami. W tym miejscu powróciłem znów do odgrodzonego obserwatorium, by pozostać tu na dłużej. Po raz kolejny rzuciłem się w zastępy gromad otwartych – dość jasnych, bardzo obfitych! Wysoko świeciła Woźnica - a więc M38, 36 i moja najpiękniejsza, równomiernie świecąca dziesiątkami małych gwiazdek 37. Czas jest jeszcze nawet przytulny – 22; biegnę do domku sprawdzić telefon, licząc się dziś z możliwością towarzystwa do obserwacji, oślepiam telefonem tylko lewe (dużo słabsze, nieużywane przy okularze) oko / albo też zakładam jedne z plastykowych czerwonych okularów (która z ww opcji została tym razem zastosowana - tego akurat nie pamiętam – dop. red.). Przy okazji przejścia przez kuchnię posilam się odruchowo jakimś pseudo-kanapkowym ochłapem. Nici z wizyt – wracam więc samotnie na pole walki... Bliźnięta – 35 zrzeszona ze słabą gromadą NGC (nie uczę się jeszcze ich numerów na pamięć), który to duet stanowi unikatowy, namacalnie przestrzenny widok – warto 'przyjść' tu na dłużej, stosować różne powiększenia… Nie dziś! Teraz Rak, czyli oczywiście wielka Praesepe 44, chociaż bardziej od Żłobka podoba mi się następna w kolejce 67 – mniejsza, słabsza gromada, podobna co nieco do Kasjopejowskiej 52. A zatem, minąwszy już na dobre południowy punkt kardynalny, podążam w kierunku wschodnim, poczynając od pierwszego w kolejności, cudownego zagęszczenia galaktyk w wysoko panującym Lwie (współkróluje tu oślepiający Jowisz), a więc: 66, 65 I słabsza NGC – piękne zróżnicowanie 3ch galaktyk – tworzy trójkąt mieszczący się w polu okulara! 105 i jej słaba sąsiadka NGC 95,96 – to już parka galaktyk bardziej zbliżonych do siebie wyglądem Tym samym, kończąc łatwe i przyjemne manewrowanie, biorę się za przetrzebianie okolic zenitu, którą zaczynają urozmaicać chmury. Nagle do obserwatorium wpadł na chwilę kolega – jego głos ni stąd jakoś mnie przestraszył. Postawiony na baczność chcialem tym szybciej, mimo utrudniających obłoków, zlokalizować dobrodziejstwo Wielkiej Niedźwiedzicy. Udało się bez mapy szybko odnaleźć 81,82 – a to dopiero para galaktyk! Jasnej elipsa, oraz subtelny, przyciemniony w środku pyłami materii kształt cygara! Pole widzenia 1,08 stopnia - w sam raz by pomieścić ten zestaw! Mogłem więc zademonstrować gościowi te oto - soczyste i wyjątkowo jasne - galaktyczne dzieło. ...A teraz już chmurwy wzmagają nery! Ponieważ z Dobsonem stojącym na trzech małych paletach (gdyby nie te wysokie ściany wiaty, postawiłbym tylko na jednej - ale lubię chodzić nie kucając) musiałbym wspinać się na palcach – wybieram manewrowanie z ziemi, co zamienia się w idiotyczne klęczenie na zimnej, wilgotnej, wydeptanej glebie. Nie jest to za wygodne, a mój next step to miała być szybka, kolejna para w pole okulara: 97 i 108. Lekko zdezorientowany, może szybko przeszłymi chmurami, jak i tym dziwnym klęczeniem, (momentami tylko – jakże wygodniejszym siedzeniem na blacie) – błądzę! Wyciąg okularowy przybiera dziwaczne kąty (wyginam śmiało ciało!), manewry gdzieś o włosek od zenitu. Niepotrzebnie też obniżam głowę aż tak nisko, wzdłuż tuby w dół – by namierzyć okiem środek mojego 'red dota' (zamiast tego oślepiającego badziewia ze zbędnym szkłem – jako wstępny celownik mam w użyciu wąską przerwę pomiędzy śrubką a stópką szukacza – ustawiam w niej swój gwiezdny cel kładąc prawy polik na środku szerokości tuby). Pierwsza mignęła M108, następnie mgławica Sowa M97 (w przypadku tej drugiej, słabej, acz sporej kuli nie miałem już żadnej wątpliwości, co widzę!). 109 – słabowita, choć urocza galaktyka o charakterystycznym zgrubieniu w środku, 40 – jedyny, choć pozorny układ podwójny w zestawieniu M. Efektowniejszy widok był w trudniejszych warunkach, mniejszym teleskopem: - bardziej mglisty, przez co słusznie został kiedyś uznany za mogący się pomylić z kometą, 101 – zwykle trudna, teraz jednak wysoko - więc łatwo rozpoznawalna okrągła mgieła (galaktyka spiralna z góry) z delikatnie jaśniejszym środkiem oraz zarysem ramion, 102 fantastycznie intensywna galaktyka! Pokrywa się nietypowo aż z dwiema – teleskopowo całkiem jasnymi - gwiazdkami. Nie do pomylenia; kiedyś obiekt ten widziałem nawet przez dość gęste górne zamglenie. Powinna być łatwa do wytropienia większą lornetką. Opuszczam trochę tubę, ster staje się wygodniejszy. Psy Gończe – niewielki gwiazdozbiór, a jakże bogaty w piękne obiekty! 51 Whirlpool – chyba na miano obiektu nocy! Pierwszy raz, niemal książkowy widok! (chociaż za sprawą averted eye i w ułamkach sekund, to jednak!) Ktoś mądrze wspominał, żeby w korzystnych warunkach dłużej badać tą galaktykę. Niestety – za długie inwestygacje dzisiaj nie możliwe - inne galaktyki bezczelnie ponaglają w tym świetnym skrawku nieba: 63 – ładna, intensywna 94 – znowuż jasna, nieopodal charakterystycznego asteryzmu mini 'delfinka' 106 – mglista Górujące galaktyki są dziś naprawdę ekscytujące, ale w okolicach środka nocy nastał już czas na całkiem odmienny rodzaj wspaniałych widoków: gromady kuliste. Ostatni na dziś obiekt Psów Gończych - M3!!! Cudeńko! Ulubiona gromada kulista, która to niegdyś, namierzona mniejszą Syntą z okna budynku w centrum Warszawy zachęciła mnie do tej całej astronomii. Potem nastała w Polsce jesień i już jakoś nie miałem kiedy z trójką obcować... Ale teraz?! Wiejskie niebo, konkretne altitude = zagęszczona chmara gwiazd, 'ociekająca' nimi wręcz, istne dzieło sztuki (a pełna krasa jak zawsze - w averted eye!). Potem już nastał czas Warkocza Bereniki, 53! inna kulista, może mniej spektakularna od M3, ale wciąż gęsta I ładna, M64 galaxy - w środku zagęszczenia intensywnej, eliptycznej mgły – mała, wyrazista czarna struktura (więc mówi się na nią galaktyka Czarne Oko). Herkules 13! - duża, najjaśniejsza, na pierwszy rzut oka równomierna kotłownia gwiazd, łatwa do podziwiania jakimkolwiek sprzętem. Czy jakoś da się nie zobaczyć tego, będąc astro-amatorem? 92! - piękna, o wiele mniej regularna w kształtach! Nie powinno się jej oszczędzać z powodu sąsiedztwa jeszcze cudowniejszej 13tki. Tymczasem zrobiło się już sporo po północy – a więc zamiast planowanej dłuższej przerwy, zadowoliłem się króciutką – z pseudo-kanapkami i ogrzewającą herbatką. To była ów chwila odpoczynku wskazana przed Coma/Virgo Cluster. Plądrowanie tamtejszych, naćkanych mgiełkami rewirów, zajęło mi i tak o wiele, wiele za długo – zwyczajnie przez... pośpiech; no i własne zapominalstwo. No bo mogłem tak: trzymać się metodycznego poruszania się po konkretnych torach, w dokładnie ustalonej kolejności – patrząc na odwróconą mapę oraz w pole szerszego okularu (niż nawet SW13, który zastosowałem tylko dla lepszej widoczności). Z dobrą mapą można tak dosłownie od galaktyki do galaktyki (w tym „tylko”16 obiektów Messiera, jakieś tam NGC-drogowskazy gdzieniegdzie też). Szukacz? Jedynie sporadycznie, a bo i tamtych galaktyk praktycznie w nim nie widać. A tu było za dużo zastanawiania się; nie przekręciłem nawet do góry nogami mapy – i tak za mało wyraźnej i ...pokreślonej ołówkiem i długopisem podczas wcześniejszej sesji. Na domiar wszystkiego – sprzęt zaczął parować (!), co spotęgowało jeszcze bardziej ww niedociągnięcia. 2:35 – dopiero skończone, ten wynik to prawdziwy początek kataklizmu, który niebawem miał nastąpić! Jako plusik mogę tylko zapisać, że pierwszy raz ujrzałem – jak dla mnie, najciemniejszą z tamtejszych emek - 91. Przed Panną/Comą – myślałem sobie całkiem serio, że oto idzie okazja do nadrobienia nie tak jeszcze dużego opóźnienia. Miało (i mogło) być szybko i sprawnie! Teraz jednak, w obliczu minionego fiasku, czułem już niemal świadomie, że nawet cudem nie nadgonię straconego bezpowrotnie czasu. Wyluzowałem więc co nieco. Szybki i przyjemny był skok w 104 – Sombrero, małe jest piękne, ze swoim czarnym pasem materii – unikatowe, Za rogiem czyhała już pierwsza OFICJALNA porażka: hydrowe 63,83 były za nisko, a co gorsza- krzaki za płotem za wysoko (zła lokacja w ogrodzie, ale wobec prawie trzeciej nad ranem nie ma już co przenosić telepa). Tych właśnie dwóch, których jeszcze nie widziałem – nie zobaczyłem i tym razem. Teraz jednak dużo łatwiej i piękniej: Lutnia, czyli nasz słodki Ring 57! Nad wyraz ostre cudo! A może gdybym miał czas, to wyodrębniłbym nawet gwiazdeczkę w środku? Z lustrem 8'' – chyba piekielnie trudne zadanie, na inny czas. Potem specyficzna, słaba i rozmyta kulista 56, Teraz już urocza na niebie część Węża - z małą główką i kulistą 5, Chwilę potem - cała urzekająca seria kulistych wężownika: 14,10,12 – kapitalna intensywna 10tka, a 12tka godna polecenia ze względu, że jej różnorodna, bardziej rozległa struktura przypomina nawet trochę nieregularną gromadę otwartą skupioną w środku, jak np. któraś ze słynnych “Chichotek” w Perseuszu. Słabiutka 107 – znów pierwszy raz to widzę, chociaż ledwo ...No i lato pełną gębą: Łabędź, gromady otwarte 39,29 (zaś po dwóch tygodniach Droga Mleczna w tej okolicy nabrała bardzo ładnej wyrazistości dla nieuzbrojonego oka – zimą niestety nie widać tej intensywnej części, a i odcinek późno-jesienny nie ma już takiego blasku – toteż bałem się o nadmierne LP po przeprowadzce do mej 'astrowioski' w listopadzie. Teraz już jestem całkowicie spokojny - a to dopiero zapowiedź dominacji najpiękniejszego odcinka naszej Drogi!). Tymczasem, w końcu urodziwa konstelacja Strzałeczki, no I blisko siebie: wyjątkowo subtelna kulista 71 i 27 (mgławica Hantle, już w Lisku; jej widoczność świeżo po zimie jeszcze niespecjalna). Później znów Wężownik - próba schwytania kulistej 9... i co następuje 2-go kwietnia 2016 po raz pierwszy? za widno! Nie ujrzałem. Jestem jeszcze dość spokojny o charakterystyczne 'szczypce' Skorpiona: położone nie tak daleko od siebie gromady kuliste; począwszy od gwiazdy Antares – 4, kawałek dalej 80. Szczypcowe obiekty jeszcze jako tako widoczne, zwłaszcza leżąca wyżej, choć o słabszym magnitudo, mniejsza 80. Kiedy strzałem rozpaczy wymierzyłem w zapamiętaną z ostatniej jesieni okolicę Gromady Dzikiej Kaczki , nie miałem już raczej szansy na znalezienie innych obiektów. Niebo prawie jasne, w kolorze jak wtedy, gdy oglądałem Plejady i Oriona, a szukacz niemal kompletnie zaparował, obiektyw wkrótce też. Zbyt oddalona suszarka, by po nią polecieć - na skrzydłach niezdrowego rozsądku. Szczegółowe mapki też stały się już w zasadzie bezużyteczne, a czasu na zobaczenie czegokolwiek z DS góra kilka minut. Czy dobiję chociaż przepiękną Dziką Kaczuszką?! Unfortunately: failed. Popełniłem też dokładnie tego samego rodzaju błąd w ocenie ustawienia gwiazdozbioru Orła – co wieczorem z Taurusem. Byczek już wtedy “spadał”, a Orzełek jeszcze “leżał”. (Jak można nie zaliczyć M11 w trakcie MM? A otóż właśnie tak!) Nawet już nie pamiętam, czy na pewno zaparował mi wtedy okular w wyciągu, ale raczej tak – skoro, za pięć piąta rano - ZAKOŃCZYŁEM MARATON i... na pocieszenie: wydobyłem z torby suche, wysoce przybliżające okulary TMB Planetary 8 i 5, by rzucić w końcu okiem na coś bardziej ziemskiego – jaśniejącego Marsa (który co prawda dopiero w maju osiągnie apogeum swej bliskości, co pozwoli zaobserwować naprawdę dużą tarczę). Choć planeta świeciła dość nisko, bez problemu odróżniała się malutka czapa lodowa, oraz ciemne obszary bliżej środka widocznej tarczy. A co może być jeszcze większą nagrodą po trudach dzisiejszych 10h na powietrzu? Ano inna 'gwiazdka' obok, Saturn, którego wyglądu nie muszę chyba opisywać, obraz zaś dość statyczny, piękny, just 'dobsonowy'. Ostatnim porannym obiektem był niziutko wznoszący się Księżyc w ostatniej kwadrze, choć jeszcze nie powiem wąziutki, zostało mu parę długich dni i nocy do nowiu. Przy 240x rój kraterów oczywiście pływał, ale Celestron40 pozwolił mi na obraz ostry i równie piękny, co w niewielkiej lunecie, nie wiele dokładniejszy zarys od ołówkowych dzieł Galileusza, to jedyne w swoim rodzaju piękno! Poskładałem wszystkie prawie graty (udało mi się zapomnieć jedynie pudło-suszarki), przykrywając długim ręcznikiem zamarznięty już telep - w innym to, firmowym pudle, tak, aby sobie schnął (wieko od głównej rury odkryte - lustro zawsze i tak paruje w tym kartonie trzymanym w altanie, gdzie niemal brak wilgoci i o kilka stopni cieplej). Każde inne wieko też zdjęte - dla osuszenia wszystkich szkiełek, w kartonie bądź plecaku. Już po chwili pakowania ucieszyłem się pięknym, słonecznym dniem, z niebieściutkim niebem! Mimo, że poza wcześniej wymienionymi wpadkami, nie zdążyłem ujrzeć także numerków z tej oto długaśnej listy: Wężownik 19,62 niziutki, acz 'gęsty' Strzelec: 26,16,17,1824,25,23,21,20,8,28,22, oraz inne poranne skwarki: 6,7, 75 69 70 54,55 (grzechem zaś nie mieć czasu wyłapać) 15 nad ”dziobem” Pegaza inna jasna kulista – M2 w Aquariusie, no i jego słabsze: 73,72 3 Mimo końcowego wyniku - tym słabszego, im bliżej rana - rozczarowany tą troszeczki tragi-komiczną sesją nie jestem! Pierwszy raz jednej nocy napakowałem oczy taką ilością kosmicznego ładunku. Poza krótkim epizodem z chmurami – warunki widokowe powyżej 20-30'' były kapitalne, a obrazy tak piękne, jak różnorodne. Zabrakło co prawda kanonady gromad w okolicach centrum naszej galaktyki - gdzie rzucę się wpław pokrótce – oby gdzieś dalej od miasta, z czystszym horyzontem - w celu zdobycia większej ilości emek, niż mam obecnie (95). Jak wiadomo - mieszkaniec Polski zainteresowany nieco bardziej zaawansowanymi obserwacjami astronomicznymi, przez przeważającą część roku zmuszony jest do niemal nieustannego odkładania swojej praktyki na bok, aż do pojawienia się, zazwyczaj nagłej, okazji – bez przeszkód pogodowych i z dala od okolic pełni Księżyca, bądź też zwykłych obowiązków od świtu do nocy. Owszem, wiąże się to z możliwością wypaczania drobnych technicznych niuansów, jak było w moim wypadku. Planując grubsze obserwacje, jak rzeczony bieg za emkami, należało uwzględnić kilka istotnych przeszkód (chociaż pełna antycypacja byłaby prostsza w przypadku niezmąconej ciągłości obserwacyjnej, a najpewniej - przy nieco dłuższym stażu obserwacyjnym). Jestem pewien, że doświadczenia z tej intensywnej sesji zaprocentują już za niecały rok – kiedy to z chęcią podejdę do biegu ponownie. Jeśli będę wtedy zdolny do płynniejszych i pewniejszych ruchów, przyczyni się to do znacznej poprawki mojego pierwszego wyniku. A może przede wszystkim - da jeszcze bardziej satysfakcjonujące obserwacje. Poprawiłem niektóre swoje mapki (drukowane ze Stellarium + obrabiane w PS) – choćby te które miały niepotrzebnie duży, lub za mały zoom, albo też zbyt mało czytelną kartkę A3 z gromadą Coma/Virgo. Do koszulek w segregatorze dołączyłem teczuszkę do trzymania 'zużytych' mapek. Sporządziłem lepiej widoczną listę obiektów, przygotowałem wygodniejsze ustawienie teleskopu do obserwacji w zenicie, etc, etp; bardziej drobiazgowa organizacja. Wymierzyłem dokładnie 'swój' ogródek co do horyzontu i wygląda na to, że na kolejny maraton będzie trzeba wybrać się jednak dalej od poświaty Warszawy, dla zupełnie płaskiego/ciemnego horyzontu (zabrakło 'tylko' 3-4 stopni widoczności). By nie zmarnować tak dogodnych warunków - wypadało by pozbyć się z czoła zagrożenia białym światłem. Warto by było zamienić tez suszarkę na... drabinki rezystorowe do akumulatora 12V – do szukacza I okularów (mój kolega astronom, technik z powołania, zmajstrował sobie to wspaniałe cudo i z powodzeniem stosował w swoim SCT; oprócz dew-cupa, odrośnika z dobrej maty, który to w mojej akurat konstrukcji - z długą tubą - jest całkiem zbędny). Nie można tracić ani chwili na rosę - kiedy w polu szukacza i okulara i tak ledwie co widać... A jak to będzie za niecały rok? Czas pokaże. A kto z Was próbował swych sił w nocnym maratonie? Wasze spostrzeżenia, maratonowy highlights? Skończyłem pisać – z chęcią coś od Was poczytam! Dziękuję
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.