Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'prypeć'.



More search options

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Beginners
    • Getting Started: Equipment
    • Getting Started: Observing
  • Astronomy and Cosmos
    • Obserwacje astronomiczne
    • Astronomy
    • Radioastronomia i spektroskopia
    • Space and exploration
  • Astronomical Pictures
    • Astrophotography
    • Galeria
    • Szkice obserwacyjne
  • Sprzęt i akcesoria
    • Dyskusje o sprzęcie
    • ATM, DIY, Arduino
    • Observatories and planetaries
    • Classifieds and shops
  • Others
    • Quick Post
    • Astropolis Community
    • Books and Apps
    • Planeta Ziemia
  • Pogromcy Light Pollution's Forum pogromców LP
  • Klub Lunarystów's ZAPOWIEDZI WYDARZEŃ
  • Klub Lunarystów's ZDJĘCIA KSIĘŻYCA
  • Klub Lunarystów's POMOCE
  • Klub Lunarystów's O wszystkim
  • Klub Planeciarzy's Forum
  • Klub Astro-Artystów's Znalezione w sieci
  • Celestia's Układ Słoneczny
  • Celestia's Sprzęt
  • Celestia's Katalog Messiera
  • Celestia's Sprawy techniczne

Blogs

There are no results to display.

There are no results to display.

Calendars

  • Kalendarz astronomiczny
  • Kalendarz imprez
  • Urodziny
  • Z historii astronomii
  • Kalendarz Astronomiczny Live
  • Klub Planeciarzy's Wydarzenia

Marker Groups

  • Members
  • Miejsca obserwacyjne

Categories

  • Astrophotography - Source Files
  • Instrukcje Obsługi
  • Instrukcja obsługi do Dream Focuser. Ustawienie ostrości to jedna z najważniejszych rzeczy zarówno w astrofotografii, jak i obserwacjach wizualnych. Dzięki DreamFocuserowi stanie się to bajecznie proste! Jeśli masz dość trzęsącego się od kręcenia gałką wyciągu teleskopu, wciąż nie jesteś pewien, czy dobrze wyostrzyłeś, albo pragniesz zautomatyzować cały proces, to jest to produkt dla Ciebie!   DreamFocuser przypadnie do gustu zarówno astrofotografom, jak i obserwatorom wizualnym. Można go używać zarówno w pełni autonomiczne, dzięki czerwonemu wyświetlaczowi (odpornemu na niskie temperatury) i podświetlanym klawiszom, jak i całkowicie zdalnie z poziomu komputera. Dzięki dostarczonemu sterownikowi, zgodnemu z platformą ASCOM może on współpracować z dowolnym programem astronomicznym, np. MaximDL, FocusMax, czy Astro Photography Tool, co daje możliwość w pełni automatycznego ustawiania ostrości.   Wyciąg jest napędzany wydajnym silnikiem krokowym, którego precyzja (dzięki sterowaniu mikrokrokowemu) i moment obrotowy pozwalają w większości przypadków na pominięcie wszelkich przekładni (które wprowadzają luzy). Silnik sterowany jest specjalnym algorytmem, dzięki czemu płynnie rozpędza się i hamuje, co jest szczególnie ważne przy podnoszeniu osprzętu o dużej bezwładności. Dodatkowo może on osiągać spore prędkości, dzięki czemu wykonanie nawet 40 obrotów pokrętła ostrości w teleskopie SCT nie zajmie dłużej, niż kilka sekund. Silniki posiadają elektroniczną identyfikację i przechowują spersonalizowane ustawienia. Dzięki temu można do jednego pilota podłączać na zmianę kilka silników, a stosowne parametry zostaną automatycznie wczytane.
  • Książki (ebooki)
  • Licencje do zdjęć

Product Groups

  • Oferta Astropolis
  • Teleskop Service
  • Obserwatoria AllSky
  • Dream Focuser
  • Serwis i Usługi
  • Książki
  • Kamery QHY - Akcja Grupowa (zakończona)

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


Strona WWW


Facebook / Messenger


Skype


Instagram


Skąd


Zainteresowania


Sprzęt astronomiczny

Found 1 result

  1. Zona, w moich oczach. Zawsze marzyłem o tym, aby zobaczyć na własne oczy Czarnobyl i Prypeć. Każda osoba, która zainteresowana jest klimatem postapokaliptycznym i postnuklearnym powinna tam pojechać. Także każdy, kogo pasjonuje urbex (ubran exploring) powinien przejść się ulicami Prypeci i pozaglądać do budynków. Zona – jaka jest naprawdę? Zona, czyli Strefa – strefa zamknięta znajdująca się wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, w której, jak wiemy, w 1986 roku doszło do awarii, katastrofy, a w następstwie tego - do rozprzestrzenienia się w atmosferze i otoczeniu materiałów promieniotwórczych, łącznie z paliwem z reaktora rozrzuconym w otoczeniu elektrowni. Nie będę przytaczał faktów, historii katastrofy, które można znaleźć łatwo w internecie i książkach. Skupię się na tym, co zaobserwowałem, oraz co wydało mi się ciekawe. Obecnie do strefy można wjechać bez większych problemów. Najważniejsze są przepustki i pozwolenia. Jadąc na wycieczkę organizowaną przez biuro turystyczne pomijamy cały ten bałagan biurokratyczny z załatwianiem przepustek w ukraińskich urzędach. To bardzo wygodna forma. Płacimy, wsiadamy do autobusu, i jazda do Zony. Na Ukrainie panuje ogromna korupcja. Ukraińcy, zarówno urzędnicy, jak i funkcjonariusze są bardzo łasi na kasę, zwłaszcza na dolary amerykańskie. Mając ich nieco w kieszeni można załatwić wiele w bardzo szybki sposób. Natomiast nie jestem pewien, czy w ten sposób można by wjechać do Zony - raczej nie. Przepustka musi być wydana. Gdyby ktoś wjechał „na dziko” i coś mu się stało (tam jest serio niebezpiecznie), to afera międzynarodowa gotowa! Już widzę nagłówki gazet – „turysta dostał się bez przepustki do strefy zamkniętej. Zabiło go promieniowanie”. Nadmienię, że promieniowanie nie jest tam zabójcze, o ile nie włazi się do miejsc niedozwolonych. Bezpiecznie, czy niebezpiecznie? O tym, że do strefy można pojechać i wrócić całkowicie bezpiecznie świadczy fakt, iż są tam organizowane normalne wycieczki. W dniu naszego wjazdu do Zony, za nami wjechał kolejny autobus oraz jeden bus z kilkuosobową ekipą. Podczas około sześciogodzinnego pobytu w Zonie przekraczaliśmy 3 punkty ze specjalnymi bramkami dokonującymi osobistego badania pod kątem radiacji. Przy wjeździe w dwóch tych punktach sprawdzano nam paszporty, pozwolenia i przepustki. Pierwszy „checkpoint” znajduje się na granicy wjazdowej do Zony – miejscowości 'Ditjatki'. Byliśmy pod opieką wyśmienitego pilota, Pana Igora, który zna Zonę jak własną kieszeń, ma sporą wiedzę na jej temat, opowiada niesamowicie ciekawie, a przy tym świetnie zna nasz język. Z nim był też chłopak, którzy na bieżąco zajmował się mierzeniem promieniowania – jak się później okazało – to była jego praca. Uaktualniał dane dotyczące właśnie promieniowania w Prypeci. Przewodnik prowadził nas w taki sposób, aby zminimalizować ryzyko przyjęcia zbyt dużej dawki promieniowania, co jest też pewną przesadą. Chodzenie głównie po betonie i asfalcie jest całkowicie bezpieczne. Ostrzegał przed łażeniem po mchu, gdyż ten chłonie promieniowanie. Ostrzegał też przed dotykaniem przedmiotów, zwłaszcza metalowych. Ogólnie kładł bardzo duży nacisk na nasze bezpieczeństwo. Poniżej wykres promieniowania. Pochodzi ze strony organizatora wycieczki Czarnobyl Tour 2012 – biura Bispol. Czarnobyl Mówi się, że elektrownia znajduje się w Czarnobylu, w końcu nazywa się „Czarnobylską Elektrownią Jądrową”, ale to nieprawda. Elektrownia znajduje się ok. 18km od Czarnobyla, a nosi jego nazwę, gdyż Czarnobyl jest największym miastem w jej pobliżu (nie licząc Prypeci, która niejako powstała dla elektrowni). Przed katastrofą mieszkało tam około 15 tysięcy ludzi. Obecnie „stałych mieszkańców” jest około 300-500. Jak to stałych mieszkańców? Ano wyobraźcie sobie, że niektórzy nie potrafili się pogodzić z przymusową ewakuacją i zamknięciem strefy. Wyludniono 65 wsi w całej Zonie. A całkowitą liczbę wyludnionych miejsc, licząc z gospodarstwami rolnymi i osadami po kilka domków, było bodajże 95. Głównie starsi ludzie, którzy zapuścili tam korzenie, po prostu wrócili nielegalnie do swoich domostw. Władze Ukrainy wiedzą o ich nielegalnym pobycie w strefie zamkniętej, ale nikt ich ponownie nie wyrzuca. Nie tylko przymknięto na to oko, ale także otrzymują oni nawet darmową pomoc, gdyż roli, jak dawniej, uprawiać nie mogą. Natomiast wszystkich osób, które przebywają w Czarnobylu i okolicach jest około 2000-2500 osób. Są to pracownicy naukowi, technicy, inżynierowie, budowlańcy itp. Wlicza się w to też służby bezpieczeństwa, strażników, żołnierzy, pracowników na stacji Janów, pracowników elektrowni i elektrociepłowni, wraz z całym zapleczem, oraz strażaków z słynnej jednostki czarnobylskiej (którzy jako pierwsi gasili pożar elektrowni). W samym mieście znajduje się też urząd pocztowy i muzeum fotograficzne, urzędy zajmujące się bezpieczeństwem i sprawami Zony. Obecnie ta liczba pracowników wzrosła z powodu prac nad nowym sarkofagiem, ale o tym później. Większość tych ludzi pracuje na zmiany. Przez 15 dni wykonują swoje obowiązki, a potem na 15 dni, albo 1 miesiąc, wyjeżdżają do domów poza strefą i zastępują ich inni. I tak w kółko. Przy wjeździe do miasta Czarnobyl moją uwagę przykuwają piękne malunku na ścianach. Jeden z nich symbolizuje miasto przed katastrofą. Widzimy na nim reaktor oraz osiedlające się bociany. Drugi malunek odzwierciedla Czarnobyl po wybuchu czwartego bloku elektrowni. Co mnie zachwyciło to to, że wybuch został przedstawiony z naszym astronomicznych akcentem – jakby Mgławicą Ślimak (Helix) jako symbolem umierającej gwiazdy, zachodzących w niej katastroficznych przemian termojądrowych. Bociany odlatują, spłoszone. W innych miejscach namalowane też były płonące gniazda bocianów. W ogóle bociany symbolizują tych ludzi, którzy musieli wyemigrować ze swych gniazd, ale mają zamiar i nadzieję, aby tam powrócić. Po 26 latach, obecnie, są plany na ponowne zaludnienie Czarnobyla. Możliwe, że w ciągu najbliższych lat ludzie będą mogli powrócić do swojego miasta. Dlaczego w Czarnobylu jest tyle rur i wszystkie biegną na powierzchni? Rury oczywiście doprowadzają media do domów mieszkańców. Okazało się jednak, że w trakcie ich prowadzenia i kopania rowów poziom promieniowania znacząco wzrósł. Nie wiem niestety czy w stopniu niebezpiecznym, ale postanowiono więc nie orać gleby, nie ryzykować, i poprowadzić wszystkie rury na powierzchni. Niejako w centrum miasta znajduje się też pomnik Trąbiącego Anioła. To nawiązanie do Apokalipsy Św. Jana i spadnięcia płonącej gwiazdy na świat, skojarzone z katastrofą w elektrowni. Na końcu alejki z napisami wszystkich wyludnionych miejscowości stoi specjalna skrzynka pocztowa – do tej skrzynki ludzie, którzy wracają tutaj po latach wrzucają koperty z nazwiskami i dawnymi adresami osób, które zagubili, z którymi utracili kontakt, a chcą je odnaleźć. Poczta czarnobylska stara się lokalizować nowe miejsca zamieszkania tych osób na podstawie baz danych w innych urzędach, i bez żadnych opłat wysyła te listy. W Czarnobylu oczywiście znajduje się wiele porzuconych domostw i gospodarstw, rozpadających się i zarośniętych. Prypeć, miasto-widmo. Oddalone o około 3-4km od elektrowni miasto jest dziś całkowicie puste. Po dwudziestu sześciu latach natura wróciła po swoje. Drzewa i krzewy zabierają ulice, uliczki, place a także i budynki. Prypeć jest bardzo zarośnięta. Wkrótce miasto zarośnie tak, że nie będzie można już swobodnie przez nie przejść. Już teraz czasem przedzieramy się przez zarośla. Wchodzenie do budynków jest na dzień dzisiejszy niebezpieczne. Wiele budynków grozi zawaleniem, niektóre już się zawaliły. Wszystko zależy od naszego przewodnika. Pan Igor pozwala nam wejść tylko tam, gdzie wie, że jest bezpiecznie. Natomiast „zajrzeć” możemy do wielu budynków. Odwiedzamy słynne tereny Hotelu Polesie. W kilku budynkach widzimy obrazy i transparenty przygotowane na pochód majowy. Część z nich leży tam, gdzie zostały pozostawione 26 kwietnia 1986r. Prypeć jest cicha. Aż zawieje wiatr. Wtedy szum wszędobylskich drzew jest wzmacniany przez wysokie ściany budynków. Przeciągi wyją w pustych korytarzach. Gdzieś nad głowami rozlegają się trzaski poruszonej na wietrze blachy. Licznik cicho pika, raz rzadko, raz gęściej. Dobry klimat. Można czuć niepokój. W Prypeci promieniowanie jest całkowicie znośne, o ile chodzi się tymi trasami, które są wyznaczone przez przewodnika. Jak wspomniałem wcześniej poruszamy się głównie po betonie i asfalcie, staramy się nie łazić po mchu i nic nie brać do rąk. Nie siadać na glebie. Dawka graniczna promieniowania radioaktywnego wynosi w Polsce 2,4mSv (milisiwerta) na rok. Dawka graniczna dla pracowników narażonych na promieniowanie wynosi 20mSv, a maksymalna 50 mSv. W niektórych miejscach bezpieczne dawki są przekroczone wielokrotnie, np. 90 razy w pobliżu przystani rzecznej Prypeć. Pamiętajmy jednak, że odczyt pochodzi z gleby, mchu, czy studzienek kanalizacyjnych i nie otrzymujemy tej dawki, ponieważ nie jemy tego mchu i nie wywozimy tych klap studzienek ze sobą do domu i na nich nie śpimy. A więc cała nasza wycieczka do Czarnobyla i Prypeci powoduje że dostajemy taką dawkę promieniowania, którą przyjęlibyśmy podczas tomografii komputerowej mózgu. Ci bardziej nieuważni mogli dostać dawkę promieniowania pół, czy jeden raz większą, ale nadal nie szczególnie szkodliwą. Ja się do nich zaliczam między innymi ze względu na wycieczkę prawie pod samą bramę bloku czwartego elektrowni (zapomniałem, że był zakaz). Być może gdybyśmy przebywali w Prypeci bez przerwy przez pięć miesięcy, czy nawet dłużej, to wtedy może moglibyśmy się narazić na jakieś negatywne skutki. Albo wyobraźmy sobie, że jeździmy na nartach i dotkliwie łamiemy nogę w trzech miejscach. Mamy kilka poważnych operacji, wstawiają nam śruby w kość itp. Ile zdjęć rentgenowskich moglibyśmy otrzymać przy takiej operacji? 5? może 15? Dziesięć zdjęć, tak myślę, spokojnie dorównuje dawce podczas naszej wycieczce do Zony, a nawet ją przewyższa. Pozdrawiam też osoby lubiące intensywnie zwiedzać np. Sudety. Łażenie w okolicach dawnych kopalń uranu też jakoś ich szczególnie nie przeraża . Albo osoby z Górnego Śląska, mieszkające, czy też często przemieszczające się koło hałd. Odwiedzamy szkołę. Oraz tereny przedszkola. W Prypeci wiele przedmiotów pozostało na swoich miejscach. Ludzi ewakuowano w ekspresowym tempie od 14 do 16:30. Ludzie mieli zabrać tylko to co najpotrzebniejsze i najcenniejsze. Obiecano im, że wrócą po kilku dniach do swoich domów. Nie wrócili nigdy. To była jedna z ich większych tragedii. Zwracam też uwagę na kilka bardziej charakterystycznych obrazków, jak np. lalki w maskach przeciwgazowych. Nie – dzieci nie bawiły się w apokalipsę. Część takich „eksponatów” układają i pozostawiają tam fani klimatu, fotografowie itp. Zwiedzamy zakamarki słynnej pływalni. Na pierwszym zdjęciu zobaczycie dwie interesujące rzeczy: 1. Brak kaloryfera. Właśnie. Szabrownicy wywożą z Prypeci złom. Jak się tutaj dostali – jak napisałem w trzecim akapicie: łapówka. Według naszego przewodnika większość takich przypadków zostaje wyłapana a sami złomiarze dostają potężne kary pieniężne przewyższające tysiące razy koszt ich łupu. Są też głupi, bo robią sobie przy tym kupę problemu. Po wpadce robią też spory problem złomowiskom, które przyjmują ich „towar”, bo potem jak dochodzi do badania, że kaloryferki wykazują ciut więcej „rentgenów” (w sumie i tak bardzo niewiele), to złomiarz też ponosi spore konsekwencje. Oczywiście część tych przepadków przechodzi za pomocą łapówek i ktoś się bogaci na złomie z Prypeci. 2.Gruba folia na schodach (czy też jakieś inne tworzywo). Jest ono pozostałością z czasów katastrofy. Basen miejski w Prypeci po katastrofie działał jeszcze przez pewien czas. Tam kąpali się strażacy i żołnierze, którzy brali udział w usuwaniu skutków skażenia. Tam przechodzili dekontaminację. Wychodząc z basenu widzimy zegar, który wskazuje godzinę 1:24. O tejże godzinie doszło do wybuchu czwartego bloku elektrowni. Jednak ten zegar nie zatrzymał się właśnie wtedy. Został on po prostu później symbolicznie przestawiony na tąż godzinę. Wiele zegarów w Prypeci zostało przestawionych na 1:24. Przystań rzeczna Prypeć. Miasto było na tyle rozbudowane i atrakcyjne, że miało swoją przystań. Rzekę Prypeć przemodelowano i wykopano kanał, nad którym zrobiono port dla małych statków i barek. Ogólnie miasto było „na wypasie”, kino, sklepy, hotele, kawiarnie, centrum kultury, nawet wesołe miasteczko. Oto wesołe miasteczko w Prypeci z charakterystycznym „diabelskim młynem”: Stacja kolejowa Janów: Stacja, która owiana jest lekką grozą. Nie tyle co bardzo straszna w swoim wyglądzie, ale źle zapamiętana. Stąd właśnie dwa pociągi przeznaczone na 1500 osób wspomagały ewakuację Prypeci. Stąd wywożono drogą kolejową ciężkie maszyny, urządzenia, także te skażone, oraz dostarczano wszystkich potrzebnych rzeczy w celu usuwania skażenia. Ludzie z pobliskich wiosek i z Czarnobyla po usłyszeniu, iż do Janowa nadjechał pociąg z Kijowa wpadali w panikę, gdyż wiedzieli, że te pociągi służą do ich przymusowego wywiezienia ze skażonych terenów. Na poboczu stacji Janów znajdują się zdemontowane wagony, które przewoziły niebezpieczne substancje chemiczne oraz skażone materiały. Te najbardziej niebezpieczne zostały dawno pocięte i umieszczone na złomowiskach i „cmentarzach sprzętu” w różnych miejscach Zony. Obecnie stacja Janów nadal pracuje, przyjmując transporty sprzętu. W jej bliskim położeniu znajduje się cementownia. Od pewnego czasu prężnie działa, gdyż właśnie tam zlecono produkcję betonu, który posłuży przy budowie fundamentów i nowego sarkofagu elektrowni. Rudy Las Zwany „Czerwonym Lasem” - błędnie, bo jego nazwa to: ros.: "Ryżyj lies", ukr.: "Rudyi lis". W obu językach oznacza to „Rudy las”. Miejsce, w którym zatrzymujemy się na 10-15 minut. Tutaj promieniowanie przestaje być bagatelizowane i z formy „a nic mi nie będzie” zmienia się w „lepiej tam nie wchodzę”. Dostajemy ostrzeżenie, że zaczyna się źle nawet już na poboczu drogi. Obecnie w powierzchniowych warstwach gleby i w roślinach znajduje się duże stężenie izotopu 137 Cezu. Rudy Las otrzymał swoją nazwę od koloru drzew, po katastrofie w elektrowni. Na tenże zalesiony teren poleciała chmura wysoko napromieniowanego pyłu. Po krótkim czasie w skutek wchłonięcia promieniowania przez drzewa, cały obumierający połać lasu przybrał kolor rudy, czerwonawy. Po katastrofie skażony las sosnowy został przez buldożery zrównany z ziemią. W niektórych miejscach wykopano glebę do 3 metrów niżej. Wszystkie drzewa, a także same maszyny pochowano w głębokich rowach, zakopano i zasypano piachem. Na tym miejscu posadzono nowe drzewa. Wydawać by się mogło, że w Zonie nie ma życia. Nic bardziej mylnego. Zona jest skażona, ale nie jałowa. Małe ssaki, płazy, gady, ptaki żyją tam i dobrze się mają. W Prypeci widywane były dzikie psy, które zamieszkują stare domostwa. Sarny, jelenie, rysie, a nawet wilki - populacja tych zwierząt zwiększyła się tam kilkukrotnie, albo nawet kilkunastokrotnie. Nie ma to nic wspólnego z promieniowaniem, a po prostu z opustoszeniem Zony. Nikt nie przeszkadza zwierzętom się rozwijać, nie płoszy ich obecność człowieka. Podobno widuje się tam też niedźwiedzie, nawet żubry, które nie żyły na tych terenach od dawna. Fauna "Rudego Lasu" jest wyzwaniem dla naukowców i zaskakuje ich. Obserwuje się tam niespotykane gatunki owadów. A i flora jest całkiem obfita. Przyroda zniosła katastrofę zupełnie dobrze. Czarnobylska Elektrownia Jądrowa Tu jest serce całego zajścia i osobisty cel mojej podróży. Zobaczyć blok czwarty i sarkofag na własne oczy. Czwarty blok jest dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałem. Jest duży, bardzo duży. I surowy. Cała elektrownia jest ogromna, nie jestem pewien, czy można odczuć to na zdjęciach. Przebywając w pobliżu sarkofagu, wiedząc co się tu zdarzyło, widząc tą brzydką, złowrogą konstrukcję można poczuć się dziwnie nieswojo. Dziękuję sobie za intuicję, że właśnie teraz chciałem pojechać, że właśnie teraz się uparłem. Powód: blok czwarty w szybkim tempie traci swój charakterystyczny kształt i wygląd, który znamy ze zdjęć, filmów, a także z gier komputerowych. Widoczny na zdjęciu komin, ten mniejszy, w paski, jest nowym tworem. Można porównać ze starymi zdjęciami w internecie. Natomiast ten duży, charakterystyczny i pierwotny, zostanie wyburzony do końca maja 2013 roku (według informacji naszego przewodnika). Po prawej stronie dźwigi wznoszą już kolejne rusztowanie do budowy nowej ściany. Całkiem sprawnie trwa praca nad fundamentem pod nowy sarkofag. Widzieliśmy konstrukcję nowego sarkofagu. Ona jest wznoszona niedaleko czwartego bloku. Dostaliśmy zakaz fotografowania i filmowania tej nowej konstrukcji. U mnie ciekawość wygrała i mam to na zdjęciach, ale nie będę ich publikował. Francuski wykonawca woli zatrzymać w tajemnicy to, jak przebiega budowa konstrukcji, więc nie będę uprawiał szpiegostwa przemysłowego. Lepiej dmuchać na zimne. W internecie znajdziemy natomiast schematy (a jakby dobrze poszukać to pewnie same zdjęcia) tej nowej konstrukcji. Źródło: odessablog.wordpress.com Nigdy nie widziałem tak dużej konstrukcji budowanej na powierzchni ziemi. Nowy sarkofag będzie przypominał półkolisty hangar i ma zakryć w całości stary sarkofag. Mają plan „nasunać” całą konstrukcję po prowadnicach nad czwarty blok, a następnie zaślepić ściany boczne. Z tego co dobrze zrozumiałem, to planowane jest to na 2015 rok. 100% ochrona przed przedostaniem się promieniowania i trwałość konstrukcji została oszacowana na 150 lat. A więc kolejna modernizacja sarkofagu odbędzie się najpewniej nie za naszego życia. A więc pozostaje bardzo mało czasu dla tych ludzi, którzy chcą zobaczyć stary sarkofag w swoim kształcie. Po wybudowaniu nowego sarkofagu ma zostać także usunięta cała promieniotwórcza pozostałość po reaktorze, w tym także paliwo, którego pozostało tam około 160 ton. Dla celów przechowywania zużytego paliwa wybudowano niedaleko od elektrowni specjalne składowiska. Widoczne na zdjęciu nowoczesne składowisko powstało na miejscu dawnego i zostało odpowiednio zmodernizowane (większość budowli znajduje się pod powierzchnią gleby). To składowisko (albo inne podobne) przyjmie cały ten bajzel, który pozostał wewnątrz zniszczonego bloku czwartego, a więc mieszankę stopionego reaktora, paliwa, prętów paliwowych i kontrolnych, gruzu, ołowiu, piasku i … człowieka. No właśnie. Na zdjęciach są dwa pomniki. Pierwszy to pomnik Prometeusza, który stał kiedyś w centrum Prypeci, ale został przywieziony w pobliże elektrowni, blisko budynku dyrekcji. Drugi pomnik to pomnik upamiętniający śmierć pracowników elektrowni i ekip ratunkowych, którzy zginęli na miejscu w czasie awarii i wybuchu reaktora, oraz na ostrą chorobę popromienną. Tablic jest 30. Podobno jeden z pracowników, który był w momencie eksplozji w hali reaktora wyparował, zginął w wybuchu. Jego żona, jako jedyna wystąpiła z prośbą o nie wstawianie tablicy obok elektrowni, a w miejscu, w którym zginął - wewnątrz elektrowni (co prawda nie w samej hali reaktora). Jest ona jedyną osobą cywilną, która po dziś dzień, 26 kwietnia co roku, ma prawo wstępu do czwartego bloku, aby oddać cześć przed tą jedną tablicą zamieszczoną wewnątrz elektrowni (wchodzi tam oczywiście mając na sobie ochronny ubiór). Obiad w pracowniczej stołówce przy elektrowni. Cóż. Niby tylko obiad. Jednak dla mnie to kolejna rzecz, która bardzo mi się spodobała. Zjeść spokojnie obiadek niedaleko bloku czwartego, w zamkniętej strefie, w Zonie. Przed wejściem na stołówkę przechodzimy przez bramkę badającą poziom napromieniowania. Barszcz. Nie zabielony. Chlebek - żytni i pszenny, ziemniaczki podpiekane, dwa kotlety drobiowe w cieście (tak mają na Ukrainie, że drugie danie często kładą na mały talerz, a mięsa jest 2 razy więcej niż ziemniaków), suróweczka ze świeżej kapusty białej z ogórkiem, pomidorkiem i plastrem kiełbasy (surówka z kiełbasą, ciekawe) drożdżówka z serem, bułeczki drożdżowe z - uwaga - świeżym tartym czosnkiem, kompocik (soczek też), groszek oraz MOJA ULUBIONA pyszna marchewka, na którą wziąłem przepis od Pani kucharki. Była zdziwiona. Od dziś na obiad zamiast tradycyjnej marchewki będę robił "marchewkę czarnobylską" (ino wpierw rozszyfruję przepis. Znam literki, umiem czytać cyrylicę, ale nie do końca umiem rozczytać pismo odręczne). Boję się jednak, że ten magiczny składnik, który nadawał marchewce oryginalnego posmaku to promieniowanie, a ciężko mi będzie dostać takie w sklepie w Polsce(to żart oczywiście). Taki oto obiad serwują na stołówce pracowniczej niedaleko elektrowni czarnobylskiej Poszliśmy jeszcze na most aby pooglądać duże ryby pływające w kanale (sztucznej rzece) koło elektrowni. Karpie, sumy, czy też inne amury, mają monstrualne rozmiary. Metr długości to norma, a bywają większe Ryby mają takie rozmiary nie dlatego, że są mutantami, a dlatego, że nikt ich nie odławia. Upasły się mocno przez ten czas. Zapytałem Pana Igora, czy nikt nie próbuje ich łowić, kłusować. Skoro wywożą kaloryfery z Prypeci, to ryby też równie dobrze z przyczajki mogliby powyławiać. Oczywiście to nie to samo. Ludzie baliby się zjeść taką rybę. Organizm ryb podobno dobrze wchłania promieniowanie, a nie ma dość dobrej metody aby sprawdzić, jak bardzo ryba była napromieniowana. Jedną z metod jest podobno badanie spalonej ryby, jej popiołu, a to zdaje się za późno na diagnozę, skoro już po jedzeniu W drodze do elektrowni a także w drodze powrotnej widać niedokończone bloki elektrowni, blok 5 i 6 oraz chłodnie kominowe. Docelowo cała elektrownia miała składać się z sześciu bloków i być największą na świecie elektrownią jądrową. „Oko Moskwy” Zatrzymujemy się też, aby zobaczyć „Oko Moswy”, czyli antenę Duga-2. Znana jest też pod nazwą „Dzięcioł” albo „Ruski dzięcioł” i znajduje się w miejscu określanym jako Czarnobyl-2. Wbrew niektórym informacjom nie jest to Duga (1) – antena nadawacza. Duga-2, Czarnobyl-2, antena widoczna na zdjęciu jest zespołem odbiorczym o wysokości – 135m i długości 300m. Obok jest też położona druga, mniejsza antena o wysokości 85m. Masa zespołu Duga-2 wynosi około 13000-14000 ton. Część nadawcza, która została zdemontowana, była zlokalizowana około 58 kilometrów dalej niedaleko miejscowości Lubecz. A więc to nie ta antena nadawała słynne „stukanie dzięcioła”, które lubiło zagłuszać Radio Wolna Europa. Istniały jeszcze dwa takie zespoły radarów, w Mikołajowie i Komsomolsku. „Oko Moskwy” było w rzeczywistości radarem pozahoryzontalnym wczesnego ostrzegania działającym w zakresie fal krótkich, służącym do wykrywania samolotów i rakiet balistycznych, zwłaszcza tych, które miałby być wystrzelone przez USA celem ataku na Związek Radziecki. Wiązka fal obejmowała terytorium Stanów Zjednoczonych od północno-wschodniej strony i przebiegała przez biegun północny. „Oko Moskwy” było obiektem ściśle strzeżonym przez siły specnazu, a teren do 5 kilometrów wokół był zamknięty. Natomiast do obsługi antena wymagała około 1000 ludzi. Do tego celu powstała zamknięta miejscowość Kurczatow, w której mieszkali operatorzy ze swymi rodzinami. Zespół odbiorczy został wyłączony tuż po wybuchu w elektrowni. Obawiano się, że wysokie promieniowanie uszkodzi aparaturę. Ostatecznie zrezygnowano z eksploatacji anten Duga-2 w 1988 roku, gdyż okazało się, że systemy wentylacji (podziemne sterownie, a także system chłodzenia) mocno wchłonęły radioaktywny pył. Praca przy antenach stała się więc niemożliwa. Duga-2 znajduje się około 9km w linii prostej od elektrowni, dlatego mówi czasem się, że elektrownia miała niejako chronić antenę przed atakiem bombowym ze strony Amerykanów. Atak na nią mógłby nieść zbyt duże ryzyko uszkodzenia samej elektrowni, albo oficjalnego komunikatu ze strony Rosyjskiej o takimże właśnie rzekomym uszkodzeniu. Mity i legendy. Wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej oraz „Oka Moskwy” powstały ciekawe mity i legendy. O tym, że w Czarnobylu i Prypeci straszy, nie trzeba wspominać. Gdyż straszy w każdym mieście-widmie Natomiast co do „Oka Moskwy” istnieje ciekawy mit. Sygnał określony jako „stukanie dzięcioła” został wykryty po raz pierwszy w 1967 roku w fińskiej stacji monitorującej. Był nadawany zazwyczaj przez 7 minut i miał szerokość pasma 0,02 do 0,8 MHz. Jeden z ciekawszych mitów mówi o tym, jakoby Duga-2 służyła do kontroli umysłów. Rosjanie mieli początkowo kontrolować umysły osób w pobliskich miasteczkach, np. w Kurczatowie, a pracownicy i ich rodziny byli w rzeczywistości królikami doświadczalnymi. Natomiast planowano kontrolować umysły ludzi w całej Europie, albo nawet w Stanach Zjednoczonych. A jeśli nie kontrolować umysłów, to opracować broń do zdalnego unieszkodliwiania umysłów ludzi, aby na duże odległości „prać mózgi” i czynić żołnierzy niezdolnych do walki. Rozszerzona wersja mitu mówi o tym, że antena nadal działa i nadal eksperymentuje się na ludzkich umysłach. Dlatego nie została zdemontowana. Katastrofa w elektrowni była natomiast zaplanowana. Celowo doprowadzono do skażenia terenu, tylko po to, by móc utworzyć strefę zamkniętą, gdzie w sposób niezakłócony obecnością ludzi i węszeniem dziennikarzy nadal pracować nad programem. Motyw z kontrolą umysłów w Zonie był wykorzystany w serii gier S.T.A.L.K.E.R. Będziemy świecić, czy nie? Ogólnie rzecz biorąc, to trzeba by było chyba przez rok przebywać na takiej wycieczce, aby odczuć skutki choroby popromiennej. Natomiast nasz przewodnik zwrócił uwagę na to, iż po kilku godzinach możemy odczuwać w ustach specyficzny metaliczny smak, który bierze się z promieniowania radioaktywnego. No tak, dziwny smak był, ale to jeszcze nie świadczy o żadnym negatywnym skutku. Wszak wycieczek do tej pory zorganizowano dziesiątki i nikt nawet nie poczuł uszczerbku na zdrowiu. No to co z tym promieniowaniem? Jest, czy nie? W końcu kilku z nas zaczęło zastanawiać się czy te trzy miejsca z bramkami wykrywającymi skażenie to nie jakaś ściema, czy też spora przesada. No i zdarzyło się. Na ostatniej bramce, podczas opuszczania Zony jednego kolegę bramka zatrzymała. Nie otworzyła się. Zapaliło się czerwone światełko. Został skierowany do innej bramki (o ile pamiętam, to były cztery), aby powtórzyć badanie. Rozległ się ostrzegawczy sygnał i znów czerwone światło. Na ekraniku zapaliły się czerwone wskaźniki skierowane na stopy. I co teraz? 40 osób na wycieczce, wszyscy łażą po Zonie tymi samymi drogami, trzy bramki kontrolne. Byliśmy w Prypeci i w sercu Zony, pod czwartym blokiem, przecież bramka na stołówce nawet go wpuściła, a tu na koniec STOP, jesteś napromieniowany!... Wyraz jego oczu, haha, bezcenny. I co? Przeszedł „dekontaminację butów” Zajął się nim facet ze służby wartowniczej, najstarszy z obecnej tam ekipy, który na Zonie zjadł zęby i był ukraiński na 100% procent. Zaprosił go ze sobą. Przyniósł równie stare wiadro z nieokreślonym płynem, i – chlust – wylał na trawę. „Teraz wycieraj w to buty” - powiedział. Czym był ów płyn? Stawiamy na wodę z proszkiem do prania w proporcjach 10:1. Okazało się już dawno, że najzwyklejszy proszek do prania całkiem fajnie radzi sobie ze zmywaniem z ubrań i ciała pozostałości pyłu radioaktywnego. Takie proszku do Prypeci i Czarnobyla zwieźli tony. Równie dobrze w dekontaminacji sprawdza się zwykłe szare mydło. Razem z kilkoma kolegami zakładamy się, że do dekontaminacji butów naszego kompana użyto proszku z tamtych czasów, którego duży zapas mają po dziś dzień. A może się mylimy. Może mają super-nowoczesny roztwór dekontaminacyjny W dalszej kolejności dziadek-który-na-zonie-zjadł-zęby sprawdza mu buty swoim urządzeniem podobnym do odkurzacza zawieszonego na ramieniu (takim samym sprawdzali podwozie i koła autobusu). Kolega jest czysty. Wraca do autobusu. Ale czekaj, czekaj, pada hasło. To, że dziadek-który-na-zonie-zjadł-zęby cię puścił, to nie znaczy, że my cię wpuścimy do autobusy, ty mutancie Oczywiście żart. Wracamy w komplecie. Podobno zdarzały się wcześniej wypadki, że buty pomimo wymycia w „płynie do dekontaminacji” nadal piszczały na bramkach. Wtedy ich właściciel wracał do Kijowa (gdzie była nasza baza) bez butów. Ale ostrzegali nas przed wycieczką: Wziąć zapasowe ciuchy, w których nie chodzimy na co dzień i zapasowe buty, które polecamy wyrzucić po wizycie w Zonie, ewentualnie porządnie wyprać w domu. Kończąc naszą podróż odwiedziliśmy plac przed słynną jednostką strażacką, której członkowie przybyli na miejsce katastrofy gasić pożar. I ponieśli śmierć w wyniku silnego napromieniowania. Jadąc do pożaru, nie wiedzieli z czym mają tak naprawdę do czynienia. Nie sądzili, że reaktor wyleciał w powietrze i będą prowadzić akcję w ekstremalnie skażonym środowisku. W niektórych pomieszczeniach było 5,5 Rentgena na sekundę.. Wokół leżało mnóstwo wysoko radioaktywnego grafitu z prętów kontrolnych. Żaden ze strażaków nie był zupełnie świadom zagrożenia, bo nikt ich nie poinformował o tym, że akurat gaszą zniszczony reaktor. Jeden z nich z ciekawości wziął ów grafit do ręki, stwierdzając, że jest gorący. Problem polegał na tym, że dozymetry wskazywały pomiary poza skalą. Jeden dozymetr, który był przystosowany do wskazywania ekstremalnie wysokiego poziomu promieniowania okazał się zepsuty, a drugi był nieosiągalny ze względu na zniszczenia w bloku czwartym. Około czterdziestu strażaków, którzy podjęli się walki ugaszenia pożaru zmarło. Niektórzy od razu w wyniku ostrej choroby popromiennej lub od oparzeń. Inni później. Przy jednostce straży, na pomniku, widnieje napis: „Dla tych, którzy ratowali świat”. Mówiąc to, naszemu przewodnikowi złamał się głos. Pomnik powstał 10 lat po katastrofie w elektrowni. Ufundowali go strażacy z tejże jednostki. „Zrzucili” się ze swoich własnych wypłat, aby postawić pomnik kolegom. Wykonawcą pomnika też jest jeden ze strażaków z tejże jednostki, który miał z nich wszystkich największe zdolności manualne, rzeźbiarskie. Sami musieli postawić pomnik kompanom z jednostki, którzy jako pierwsi podjęli walkę z katastrofą. I na koniec jeszcze raz zdjęcie czwartego bloku reaktora z widocznym pomnikiem ku pamięci Likwidatorów – takim mianem określono ludzi, których władze wysłały na śmierć za ojczyznę. Inaczej tego nazwać nie można. Władze ZSRR wiedziały z czym mają do czynienia, że promieniowanie w pobliżu zniszczonego bloku czwartego jest zabójcze. Mimo to do pracy oprócz kilku prostych robotów budowlanych – zdalnie sterowanych spychaczy i koparek, wysłano około 800 000 ludzi, którzy mieli usunąć skutki skażenia i zabezpieczyć halę bloku czwartego, gdyż elektronikę robotów szybko wykańczało promieniowanie. Byli to głównie żołnierze, ale też pracownicy medyczni, robotnicy, brygada obrony cywilnej z Kijowa, piloci helikopterów, ale też wcześniej wspomniani strażacy. Młodzi żołnierze zostali odziani w prowizoryczne kamizelki z płytami ołowianymi z przodu i na plecach, oraz opaski z płytami ołowianymi na potylicy. Kazano im zrzucać z dachu reaktora, pozostałości prętów i paliwa atomowego, napromieniowanego gruzu z powrotem do dziury w dachu. Uzbrojono ich w łopaty a także w drewniane deski, którym spychali te resztki w dół – cudowne narzędzia do zwalczania radiacji! No tak, otrzymywali też pastylki z jodem... Ich pobyt na dachu reaktora wynosił 20-30 sekund, maksymalnie 1 minutę. Dzięki ich pracy intensywne uwalnianie radioaktywnego materiału do atmosfery zostało powstrzymane. 60 tysięcy z nich umarło, a 135 tysięcy zostało inwalidami. Tragedia w Czarnobylu nie była katastrofą powstałą wskutek używania reaktora jądrowego do produkcji energii. Była katastrofą ludzkiej głupoty i bezmyślności. Była katastrofą spowodowaną przez charakterystyczny sposób rządzenia, rozkazywania i chorego podejścia w chorym ustroju społecznym W trakcie testów popełniono szereg błędów, których można było uniknąć. Była katastrofą dla niewinnych ludzi. Zainteresowanych tym, dlaczego nie uniknięto tej katastrofy, zapraszam do zapoznania się z wieloma opracowaniami, filmami i szczegółowymi opisami dostępnymi powszechnie w internecie. pozdrawiam! Wiele zdjęć znajdziecie tutaj. Wkrótce uzupełnię album o nowe zdjęcia: https://picasaweb.go...bylTour47102012 Zapraszam też na mojego bloga w klimacie postapo i postnuc. Wkrótce ukaże się rozleglejsza relacja z wizyty w Zonie i jeszcze więcej zdjęć: http://pokatastrofie.wordpress.com i do polubienia strony na Facebooku: http://www.facebook.com/Postkatastrofa
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.