Jump to content

Search the Community

Showing results for tags 'tylko'.



More search options

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Astronomy and Cosmos
    • Obserwacje astronomiczne
    • Astronomy
    • Radioastronomia i spektroskopia
    • Space and exploration
  • Astronomical Pictures
    • Astrophotography
    • Galeria
    • Szkice obserwacyjne
  • Sprzęt i akcesoria
    • Dyskusje o sprzęcie
    • ATM, DIY, Arduino
    • Observatories and planetaries
    • Classifieds and shops
  • Others
    • Quick Post
    • Astropolis Community
    • Books and Apps
    • Planeta Ziemia
  • Pogromcy Light Pollution's Forum pogromców LP
  • Klub Lunarystów's ZAPOWIEDZI WYDARZEŃ
  • Klub Lunarystów's ZDJĘCIA KSIĘŻYCA
  • Klub Lunarystów's POMOCE
  • Klub Lunarystów's O wszystkim
  • Klub Planeciarzy's Forum
  • Klub Astro-Artystów's Znalezione w sieci
  • Celestia's Układ Słoneczny
  • Celestia's Sprzęt
  • Celestia's Katalog Messiera
  • Celestia's Sprawy techniczne

Blogs

There are no results to display.

There are no results to display.

Calendars

  • Kalendarz astronomiczny
  • Kalendarz imprez
  • Urodziny
  • Z historii astronomii
  • Kalendarz Astronomiczny Live
  • Klub Planeciarzy's Wydarzenia

Marker Groups

  • Members
  • Miejsca obserwacyjne

Categories

  • Astrophotography - Source Files
  • Instrukcje Obsługi
  • Instrukcja obsługi do Dream Focuser. Ustawienie ostrości to jedna z najważniejszych rzeczy zarówno w astrofotografii, jak i obserwacjach wizualnych. Dzięki DreamFocuserowi stanie się to bajecznie proste! Jeśli masz dość trzęsącego się od kręcenia gałką wyciągu teleskopu, wciąż nie jesteś pewien, czy dobrze wyostrzyłeś, albo pragniesz zautomatyzować cały proces, to jest to produkt dla Ciebie!   DreamFocuser przypadnie do gustu zarówno astrofotografom, jak i obserwatorom wizualnym. Można go używać zarówno w pełni autonomiczne, dzięki czerwonemu wyświetlaczowi (odpornemu na niskie temperatury) i podświetlanym klawiszom, jak i całkowicie zdalnie z poziomu komputera. Dzięki dostarczonemu sterownikowi, zgodnemu z platformą ASCOM może on współpracować z dowolnym programem astronomicznym, np. MaximDL, FocusMax, czy Astro Photography Tool, co daje możliwość w pełni automatycznego ustawiania ostrości.   Wyciąg jest napędzany wydajnym silnikiem krokowym, którego precyzja (dzięki sterowaniu mikrokrokowemu) i moment obrotowy pozwalają w większości przypadków na pominięcie wszelkich przekładni (które wprowadzają luzy). Silnik sterowany jest specjalnym algorytmem, dzięki czemu płynnie rozpędza się i hamuje, co jest szczególnie ważne przy podnoszeniu osprzętu o dużej bezwładności. Dodatkowo może on osiągać spore prędkości, dzięki czemu wykonanie nawet 40 obrotów pokrętła ostrości w teleskopie SCT nie zajmie dłużej, niż kilka sekund. Silniki posiadają elektroniczną identyfikację i przechowują spersonalizowane ustawienia. Dzięki temu można do jednego pilota podłączać na zmianę kilka silników, a stosowne parametry zostaną automatycznie wczytane.
  • Książki (ebooki)
  • Licencje do zdjęć

Product Groups

  • Oferta Astropolis
  • Teleskop Service
  • Obserwatoria AllSky
  • Dream Focuser
  • Serwis i Usługi
  • Książki
  • Kamery QHY - Akcja Grupowa (zakończona)

Categories

  • Articles

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


Strona WWW


Facebook / Messenger


Skype


Instagram


Skąd


Zainteresowania


Sprzęt astronomiczny

Found 1 result

  1. Jak to jest z tymi lornetkami? Są “tylko” czy po prostu - “są”? A może - “na szczęście są”? ... Działa coś na Was jak płachta na byka? Na mnie czasem działa tak słowo “tylko”, ale w szczególnym zestawieniu. “Tylko” przed słowem “lornetka”. Mimo całkiem sporej i rosnącej popularności dwururek, czasem słyszy się lub czyta o tym, że ktoś w dalekiej podróży na wyjeździe miał “tylko lornetkę”. Innym zlepkiem, w praktyce podobnie opisującym rzekomą ułomność dwururek jest objawiona prawda, że “lornetka nigdy nie zastąpi prawdziwego teleskopu” (bo w końcu - to “tylko lornetka”). I chociaż intencje nie są zwykle złe, wydźwięk jest taki, jakby lornetka była nieprawdziwa, zabawkowa, plastikowa, i z pewnością za mała, żeby cieszyć się widokami kosmosu. Oczywiście lornetkowcy zwykle ripostują słowami: “teleskop nigdy nie zastąpi prawdziwej lornetki”, ale w zasadzie niewiele to daje poza małą, słowną przepychanką. Przy okazji - czy Wy również czujecie rozdźwięk w sile oddziaływania obu poniższych stwierdzeń? Lornetka nigdy nie zastąpi prawdziwego teleskopu. Teleskop nigdy nie zastąpi prawdziwej lornetki. Czy nie czujecie trochę, że w jednym ze stwierdzeń jest jakby ziarno prawdy, a w drugim odbija się echem poszczekiwanie ratlerka? Jako fascynat obserwacji lornetkowych przychylam się zdecydowanie do tego drugiego stwierdzenia, ale nie mam wątpliwości, że jestem w mniejszości. Przykłady można mnożyć, i pewnie jeszcze sporo czasu upłynie zanim zmieni się świadomość wielu obserwatorów. I w zasadzie, nawet nie ma specjalnie kogo winić za obecny stan rzeczy, bo przecież poszczególni obserwatorzy nie wymyślają tego wszystkiego na poczekaniu - bardzo często ich zdanie jest wynikiem okoliczności, w jakich działają. Są pokłosiem działania pewnych czynników - społecznych, psychologicznych - które ukształtowały taką, a nie inną sytuację. Przyjrzyjmy się tym czynnikom po kolei. Pierwsza okoliczność to wybór sprzętu. Nie wiem, ilu z Was pamięta czasy, kiedy “Szukacz komet” (reflektor Uniwersała o aperturze 150 mm) był gorącym obiektem pożądania wielu młodych ludzi zapatrzonych w kosmos. Osoby z mojego pokolenia miały może wtedy zakurzone NRD-owskie zestawy w rodzaju “Astro-Cabinet”, co zręczniejsi i bardziej przedsiębiorczy kombinowali obiektywy PZO i samodzielnie konstruowali pierwsze refraktory. Niedostępność z pewnością była ważnym czynnikiem wpływającym na popyt i podejrzewam, że tamto wspomnienie może wciąż siedzieć w głowach osób trafiających do naszego światka. Zaryzykuję tu stwierdzenie, że właśnie wtedy, jeśli nie w piśmie czy mowie, to z pewnością w głowach narodziło się określenie “prawdziwy teleskop”. Prawdziwy, czyli żaden półśrodek, żaden “Astro-Cabinet”, żadne ATM-y na bazie PZO, żadna lornetka. Ma być teleskop. Jak największy. Jak najprawdziwszy. Przy okazji, przypatrzcie się pytaniom początkujących astromiłośników. Zauważcie, jak na podforach “Mój pierwszy teleskop” pojawia się kolejna kalka - otóż teleskop ma być najlepiej taki, jakim go widujemy w literaturze, która dopiero co rozbudza nasze marzenia o obserwacjach kosmosu. Sam doskonale pamiętam, jak - kiedy jeszcze byłem sprzętowym laikiem - bardzo podobały mi się teleskopy na montażu ekwatorialnym, a jakie toporne i nieprzekonujące były reflektory na montażu Dobsona. Kalka wręcz wzorcowa. Teleskop Newtona na montażu paralaktycznym - wzorzec z Sèvres dla początkujących. Źródło zdjęcia: deltaoptical.pl Z czasem niedostępność sprzętu pozostała w zasadzie wyłącznie domeną finansów. Na rynku mamy obecnie zatrzęsienie sprzętu i jeśli nie szukamy jakiegoś bardzo specyficznego układu bądź zestawu, to przy odpowiednio zasobnym portfelu możemy kupić wspaniałe instrumenty optyczne w zasadzie od ręki. I choć czasy się zmieniły, mechanizmy w naszej głowie przy wyborze sprzętu pozostają takie same. Spójrzmy teraz na jeden z aspektów mechanizmu finansowego - ileż razy powtarza się scenariusz “jeśli nie stać cię na teleskop, kup lornetkę”? Lornetka z marszu staje się zaledwie nagrodą pocieszenia, nie jest w żadnym wypadku rzeczą, za którą świeżo obudzony pasjonat powinien wzdychać. I chociaż może się Wam wydawać, że jest inaczej, stygmat nagrody pocieszenia trzyma się lornetek wciąż zbyt mocno. Cóż, z jednej strony trudno się dziwić osobom wzdychającym do wymarzonego teleskopu, wszystkim chorującym na dwucalicę złośliwą, wszystkim chcącym sięgnąć jak najgłębiej i sięgającym jak najgłębiej przez swój wymarzony sprzęt optyczny. Nie będę chyba daleki od sedna sprawy zakładając, że głównym motorem takiego działania i wyboru takiej właśnie ścieżki rozwoju, jest chęć gonienia za widokami, które będą w stanie dostarczyć wrażeń podobnych do obcowania z często wspaniałymi efektami pracy astrofotografów. Któż nie chce dostrzec włókien w mgławicach, ramion w jak największej liczbie galaktyk, rozbić gromady kuliste do samego środka…? Oczywiście nie neguję tych dążeń, sam przecież chętnie podchodzę do wielkich teleskopów, żeby dostrzec wir M51 w pełnej krasie, czy nacieszyć oko przeplatającymi się nićmi gwiezdnych szczątków Mgławicy Włóknistej. To, czy mniej lub bardziej świadoma pogoń za astrofotografią jest dobrą ścieżką rozwoju astroamatora-wizualowca, jest sprawą tak indywidualną, że można bawić się w opisywanie tego zjawiska, ale z pewnością nie można go oceniać. Każdemu, co lubi. Z pewnością jednak - ta ścieżka nie jest jedyna. Moją ścieżką naturalnie będą szerokie pola i wszelkie korzyści z tego wynikające. Dzięki temu widzę obiekty, na które nie zwróciłbym uwagi obserwując w wyższych powiększeniach. Być może przeglądając niektóre popularne atlasy nieba moglibyście stwierdzić, że takich przerośniętych rarytasów obserwacyjnych jest bardzo mało (Hiady, Mel20, Mel111, może jeszcze jakiś jeden). Tymczasem obiektów o rozmiarach kątowych nierzadko przekraczających cały stopień, jest naprawdę sporo. Czemu są więc sporadycznie zaznaczane? Prawdopodobnie dlatego, że atlasy są tworzone z myślą o obserwatorach dysponujących teleskopem. Chociaż… czasem wydaje mi się też, że może to wynikać z małej popularności niektórych obiektów i niezbyt dobrej znajomości nieba przez astrokartografów. Inna korzyścią z obserwowania w szerokim polu jest kontekst obiektu, kadr, w którym obiekt “siedzi”. Zobaczyć jakąś piękną gromadę - to jest coś! Ale zobaczyć jakąś piękną gromadę na tle gwiezdnego obłoku czy ciemnej mgławicy - to jest dopiero COŚ! Oglądanie kontekstu obiektu jest nie tylko pochodną obserwowania w szerokich polach - dla mnie jest bardzo ważnym dopełnieniem, dopowiedzeniem historii o obiekcie. Dzięki temu odnoszę wrażenie, że moje obserwacje są pełniejsze - choć zastrzegam, że jest to wynik bardzo osobistego podejścia. Więcej o korzyściach z obserwowania w szerokich polach można przeczytać w tekście “Pokochaj małe powiększenia”. Czytelnik znajdzie tam też parę ćwiczeń praktycznych wraz ze wskazówkami, jak obserwować obiekty - nawet te, które widział już dziesiątki razy przez teleskop. … - No dobrze, są szerokie pola. Ale przecież to nie wszystko! - powie niejeden obserwator - Esencją obserwacji są konkretne obiekty, a skoro lornetka jest mała, to prędzej czy później musi dojść do ściany! - Ależ oczywiście, że dojdzie (jak i każdy inny sprzęt). Ale nie tam, gdzie się tego spodziewasz. Sam się o tym przekonałem na przykładzie wschodniego Welonu (NGC 6992-5) - i z pewnością nie był to obiekt, który spodziewałbym się zobaczyć w tak skromnym sprzęcie jak lornetka 12x60. Zdarzyło się to podczas bardzo ważnej dla mnie mini-sesji w Puszczy Bydgoskiej (przy drodze między Toruniem a Bydgoszczą). Były to dla mnie czasy dwucalicy złośliwej i ogólnej fascynacji większymi zwierciadłami. Miałem wtedy Syntę 8, marzył mi się Lightbridge 12, a lornetka była zaledwie odskocznią - jeśli poczułem się zmęczony podczas obserwacji, opierałem się o samochód i radośnie skanowałem co jaśniejsze obiekty. M31, M33, Plejady, Chichoty. Bardzo lubiłem to radosne szwendanie się po najjaśniejszych obiektach. Było ono dla mnie już wtedy na tyle ważne, żeby zawsze zabierać lornetkę na obserwacje - ale z pewnością nie było kluczowe. Esencją było to, co pokazywała Synta. Ale wróćmy do Welonu. Dziś można w wielu miejscach wyczytać, że jest on w zasięgu lornetek, można w zasadzie szukać informacji, w jakim najmniejszym sprzęcie może być wyłapany. Ale wtedy hasło “Welon i lornetka” było dla mnie abstrakcją. Tym bardziej to, co zobaczyłem, było szokiem i olśnieniem. Stało się jasne jak słońce, że limit tej skromnej dwururki jest daleko poza miejscem, gdzie spodziewałem się go znaleźć. Pamiętam szkic robiony na szybko długopisem w Samochodowym Atlasie Polski (teraz już wiem, po co tam są zawsze miejsca na notatki!) - chciałem mieć pewność, że nie wyłapałem jakiegoś przypadkowego kłębowiska gwiazd. W domu, przy mapie nieba, udało się bez problemu potwierdzić, że faktycznie widziałem wschodnią część Mgławicy Włóknistej. A skoro to się udało, to ileż gromad, ileż galaktyk i mgławic musi być do wyłapania przez ten skromny sprzęt! Tamto doświadczenie było przełomowe. Być może, gdyby ktoś zasugerował mi, żebym po spojrzeniu przez teleskop spróbował wyłapać Welon w lornetce, powiedziałbym: - No widać, widać. Ale to nie to, co w prawdziwym teleskopie! Czasem myślę sobie, że kluczowy był element zaskoczenia. Ważne było, że nie zobaczyłem czegoś, co skłoniło mnie do polemiki z własnym przekonaniem. Zobaczyłem coś, co zdmuchnęło moje wcześniejsze, błędne wyobrażenie z siłą huraganu. Ta zasada towarzyszy mi do dziś. Ktoś ustawił limit? Tym bardziej warto pokazać, że znak stoi w złym miejscu. Jeśli sam czuję, że dochodzę do ściany, sprawdzam, czy nie da się jej przesunąć. Efekt jest taki, że obiekty wszelkiego rodzaju nie chcą się skończyć, choć staram się obserwować naprawdę intensywnie. I wiem, że z pewnością nie widziałem jeszcze wszystkiego, co mogę zobaczyć. Ba, mimo ponad pięciu lat stażu lornetkowego, zabawy w odkrywanie nowych dla mnie obiektów mam na kolejne, długie lata. Ale świadomość przesuniętego limitu i brak obaw przed podjęciem wyzwania to jedno. Druga rzecz, nie mniej ważna, to właściwy dobór obiektów. W tym punkcie odnoszę mocne wrażenie, że stoję dość daleko od głównego nurtu. Kompletnie wyłączyłem się z gonitwy wielkich luster za słabymi galaktykami czy mgławicami planetarnymi. Gdy patrzę na mainstream z boku, nasuwa mi się pewne spostrzeżenie o pewnej równoległości świata astrofotografii z wizualem wielkich luster. Spójrzcie, jak podobny jest czasem dobór obiektów. W którymś momencie te drogi się rozchodzą, bo muszą się rozejść, ale zaskakująco długo trzymają się razem. Ileż jest wspólnych zdjęć i równoległych do nich relacji z widzenia Pierścionków, Hantli, Włóknistych, Lagun, Kwintetów i Sekstetów, Płomieni i Końskich Łbów…?! Jeśli teza o znacznej równoległości światów astrofotografów i newtonowców wydaje się Wam naciągana, spójrzcie na przykład z podwórka ciemnych mgławic. Czy B33 - Koński Łeb - jest faktycznie taki wspaniały w wizualu? Nie, ale wiele osób ślepo idzie za przykładem fotografów. Wiem, wyobraźnia jest rozpalona, ale… czy zwyczajnie warto? Na niebie są dziesiątki bardziej efektownych ciemnych mgławic, ale przez to, że nie są tak chętnie fotografowane, nie są również obserwowane. A szkoda. Inny przykład - Barnard 168. Ten ciemny pas pyłowy jest stosunkowo często fotografowany, głównie za sprawą przylegającej doń od wschodu mgławicy Kokon (IC 5146). Jest więc równie często obserwowany, szczególnie, że w bezpośrednim sąsiedztwie zachodniego krańca mgławicy leży gromada otwarta Messier 39 - zarówno wdzięczny obiekt sam w sobie, jak i wyraźny drogowskaz dla polujących na IC 5146. Jestem przekonany, że Barnard 168 ma tak dobre statystyki obserwacyjne własnie ze względu na swoje sąsiedztwo. Ktoś powie: nieprawda, B168 ma tak dobre statystyki, bo jest po prostu wyraźny. Naprawdę? A ile osób widziało B155-156, ręka w górę! (czemu Was tak mało?) Odszukajcie ten obiekt - leży zaledwie parę stopni na południe od M39. Jest bardzo wyraźny, o niebanalnym kształcie - można doszukać się tam kropli czy łezki. Kadru dopełnia bardzo efektowny ciemny pas pyłowy ciągnący się tuż obok na długości niemal trzech stopni. Czy ten widok nie jest wart dobrych kilkunastu minut sesji? Fragment gwiazdozbioru Łabędzia, żródło: sky-map.org Wróćmy jednak do wątku równoległości wielkich apertur i astrofotografii. Obserwator lornetkowy powinien mieć świadomość, że podążając ścieżką, którą idzie obserwator z teleskopem, zachowuje się jak rowerzysta usilnie goniący samochód. I podobnie, jak bezcelowa jest jazda rowerem po autostradzie, równie bezsensowne i frustrujące może być gonienie z małą aperturą i powiększeniem za obiektami, które są dostępne dla wielkich luster i znacznych powiększeń. Za to i rower i lornetka mogą znaleźć mnóstwo uroczych bocznych dróg, dzięki czemu nie tęskni się ani za autem, ani za teleskopem. Tak więc - to urocze, że na jesieni będzie kolejny wysyp mgławicowych Baniek, Serc i Dusz. Ja jednak pokręcę się przy Stockach, Trumplerach i Roslundach. Nie odmawiam nikomu dobrej zabawy i spełnienia na głównym szlaku - ale po prostu muszę podążać drogą, która mnie w pełni usatysfakcjonuje. Owszem, brakuje mi czasem zdjęć, dzięki którym mógłbym przyjrzeć się obiektom, które widziałem lub chcę zobaczyć. Niejednokrotnie zazdroszczę obserwatorom dysponującym szesnastocalowcami, że - po sesji lub przed nią - mają możliwość przyjrzenia się jakiemuś obiektowi na zdjęciach i skonfrontować swoje oczekiwania bądź wspomnienia i notatki z tym, co rejestrują matryce kamer. To jest piękne i naprawdę wspaniale się uzupełnia. Ale to, że obiekty z mojej listy są rzadko fotografowane (a czasem wcale) jest stosunkowo niską ceną za stanie nieco na uboczu. Na szczęście, bardzo często można liczyć na jakiś szeroki kadr, który będzie idealnym wspomnieniem jakiejś pięknej sesji. Wobec powyższego nasuwa mi się czasem wniosek, że rozczarowanie lornetką może brać się z jej niewłaściwego użycia. Oczywiście łatwiej jest to mówić osobie siedzącej w lornetkach po uszy niż komuś, kto miałby przygotowywać sobie na sesję obserwacyjną dwie listy - teleskopową i lornetkową. Łatwiej jest też podążać razem z kolegami fotografami i czuć, jak wiele nas wszystkich łączy. Niemniej czasem mam wrażenie, że to dzięki tym “obiektom pobocznym” nauczyłem się najwięcej, to te obiekty uzupełniły moją wiedzę - właśnie dlatego, że były czymś nowym i nieszablonowym. Ta droga pozwala mi na stały rozwój własnego sposobu na obserwacje, bo sam wybieram obiekty dla swojego sprzętu, nie licząc na porady kogoś, kto obserwuje sprzętem o zupełnie innych parametrach. Tak więc - czy lornetka nie może być pełnoprawnym instrumentem? Może, o ile dasz jej szansę, przygotujesz się do sesji pod jej kątem, założysz sobie, że warto oglądać obiekty również na szeroko. Czasem powtarzam to zdanie, ale wydaje mi się ono wyjątkowo celnie uderzać w punkt - aby w końcu lornetka stała się pełnoprawnym instrumentem, nie może być wyłącznie dodatkiem do teleskopu. Poświęć jej całą, osobną sesję, przygotuj się do niej i po prostu nie bierz teleskopu - a lornetka się odwdzięczy. Brak teleskopu to także skuteczne remedium na myśl: coś słabo widać w tej lornetce obiekt X, przypowerujmy! Ale czy to jest potrzebne? W tym miejscu warto się zastanowić, czy przekonanie o ułomności lornetek nie bierze się także z wykorzystania ich możliwości w niewielkim tylko stopniu. W końcu, komu chciałoby się wpatrywać w lornetkowy obraz, jeśli tak naprawdę nie może się doczekać tego, co za chwilę zobaczy w teleskopie? Ileż razy widzę powtarzający się scenariusz, kiedy obserwator nie poświęca nawet minuty na obiekt X w lornetce, oczywiście nie siląc się na żadne statywy lub chociaż na podparcie rąk. Później zaś, spędza długi czas przy obiekcie wpatrzony w okular teleskopu. Wniosek obserwatora poparty taką praktyką jest, niestety, bardzo łatwy do przewidzenia. A od takich konkluzji jest już naprawdę niewielki krok do tworzenia czy ożywiania mitu. Przeglądając “Poradnik miłośnika astronomii” Marka Substyka, natrafiłem na przykład, który idealnie ilustruje powyższy przypadek. Przy opisie gromady otwartej M93 w Rufie znajduje się zdanie wręcz wołające o polemikę: “Do jej obserwacji wystarczy lornetka... do podziwiania używamy teleskopu.” Messier 93 w szerokim polu. Blisko lewej krawędzi zdjęcia widoczna jest także gromada otwarta NGC 2482. Źródło zdjęcia: sky-map.org Czy to, co pokażą lornetki, czyli widok kilkunastu słońc zbitych w piękny klaster, położony na przebogatym w gwiazdy tle, nie jest czymś do podziwiania? A jeśli nie - to co nim jest? Moim zdaniem, przykład w książce został dobrany wyjątkowo niefortunnie. Bez wątpienia są obiekty na niebie prezentujące się tym lepiej, im większej apertury użyjemy, nie bojąc się przy okazji naprawdę sporych powiększeń. Przykładem może być wiele mgławic planetarnych, przy których opisie mogłoby pojawić się zdanie: “Do zaobserwowania obiektu wystarczy lornetka, jeśli jednak chcemy podziwiać szczegóły struktury mgławicy, użyjmy (dużego) teleskopu.” Ale znajdziemy także przeciwną analogię - gdyż, bez wątpienia, są na niebie obiekty pokazujące pełnię swojej krasy w szerokim kadrze i niewielkim powiększeniu. W wielu przypadkach pełnoprawne będzie zdanie: “Chociaż obiekt nie stanowi większego wyzwania dla teleskopu, dopiero lornetka ze swoim małym powiększeniem wydobywa zeń wszystko to, co najpiękniejsze.” Cytowany wcześniej fragment (o M93) ma się nijak do rzeczywistości i może świadczyć o zwykłym niewykorzystaniu potencjału lornetki oraz o tym, że była ledwie dodatkiem obserwacyjnym (a może tylko nawigacyjnym, jako pomoc w star-hoppingu). Przykład z “Poradnika…” karmi, niestety, fałszywy mit o małej użyteczności lornetek, sugerując, że nawet tak jasny obiekt z Katalogu Messiera jest nie dość wyraźny na zadowolenie się dwururką. A przecież - mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów kątowych - Messier 93 jest jedną z tych gromad, które znacznie zyskują na efektowności podczas oglądania ich w szerokim polu. Efekt przestrzeni, której widoku doświadczamy dzięki kontekstowi bogatego w gwiazdy tła ramienia Galaktyki, jest potęgowany przez obuoczne patrzenie - tworząc razem niezwykle widowiskową mieszankę, mogącą zasopokoić nawet najbardziej wybredne gusta estetyczne i obserwacyjne. Tak więc - jeśli będziesz pewnego razu “skazany” wyłącznie na lornetkę, wykorzystaj ją do maksimum! Nie musisz tęsknić do widoku gromady w powiększeniu 50- czy 70-krotnym. Powiększenia 10- czy 15-krotne w wielu przypadkach odsłonią wystarczająco wiele, byś się zachwycił. Daj szansę lornetce - a z pewnością wrócisz z obserwacji spełniony. Jedyne, co musisz zrobić, to dać sobie czas - i patrzeć. Obserwować. Chłonąć. Miej to na uwadze szczególnie wtedy, kiedy będziesz miał okazję pojechać w okolice Zwrotnika Raka lub jeszcze dalej na południe. Gdy ograniczone możliwości logistyczne nie pozwolą na zabranie twojego ulubionego teleskopu, po prostu zaufaj lornetce i przygotuj się na wszelkie wspaniałości nieba, które będą na wyciągnięcie ręki. Przygotuj sobie listę lornetkową i nie wzdychaj do maleńkich galaktyczek - południowe niebo zaoferuje Ci taką liczbę obiektów idealnie pasujących do twojej dwururki, że nie będziesz musiał za niczym tęsknić. Jeśli widzisz Omegę Centauri rozbitą w lornetce - dajmy na to - 12x50, nie myśl: “ach, gdybym miał teleskop…”. Zerknij na M13 i porównaj - czy to nie robi wrażenia? Jeśli skierowałeś swój wzrok na Szkatułkę Klejnotów (NGC 4755) w Krzyżu Południa, ciesz się tym, co widzisz i nie wzdychaj: “ach, gdybym miał teleskop”. Oglądanie w szerokim polu to atut, korzyść, a nie żadna wada! Wykorzystaj potencjał tego pola - spójrz, jak pięknie gromada komponuje się z bajecznie odciętą północną krawędzią mgławicy Worek Węgla, jak pięknie kadr ogarnia też pobliskie gromady - NGC 4852 i 4609 wraz z Trumplerem 20! Wykorzystaj też potencjał swojego wzroku - nie marudź, tylko zaobserwuj barwy gwiazd tym sprzętem, który masz - w lornetkach kolor będzie doskonale widoczny! Nie marudź, tylko skup się i wyłów jak najwięcej składników gromady! Nie marudź, tylko delektuj się... Jeśli masz dwururkę na takim wyjeździe - naprawdę nie potrzebujesz niczego więcej. Krzyż Południa z bogactwem jego gromad otwartych: NGC 4755 (1), Tr 20 (3), NGC 4609 (4), NGC 4349 (5) oraz NGC 4103 (6). Zaznaczono też dwie gromady leżące w gwiazdozbiorze Centaura: NGC 4852 (2) i przykuwającą wzrok NGC 3766 (7). Poniżej Szkatułki Klejnotów (1) wyraźnie odcina się ciemna mgławica Worek Węgla. Autor zdjęcia: Marcin Paciorek. Weź pod uwagę jeszcze jedną sytuację - nie masz wcale lornetki (ani żadnego innego sprzętu optycznego). Spędzenie nocy pod ciemnym niebem wypełnionym obcymi konstelacjami może być jednym z najpiękniejszych doznań. Ale czy już mała, niepozorna lornetka nie pozwoli na sięgnięcie o wiele głębiej? Bez niej zobaczyłbyś kilka, może kilkanaście najjaśniejszych obiektów i miałbyś zajęcie na jedną-dwie noce. Dzięki lornetce, liczba obiektów może iść dosłownie w setki - zajęcia nie zabraknie nawet, jeśli wyjedziesz na kilka miesięcy. Jak więc można w takiej sytuacji napisać: “miałem ze sobą tylko lornetkę”? Wyobraź sobie sytuację, w której wracasz z górskiej wędrówki, wycieńczony stoisz przy drodze, gdzie skończył się szlak, masz do przejścia jeszcze kilkanaście kilometrów do swojej kwatery, a powoli zapada już zmrok. Sytuację ratuje miejscowy, podwożąc Cię - a Ty potem opowiadasz to tak: - No i złapałem stopa na te ostatnie kilometry, zatrzymał się jakiś człowiek i mnie podwiózł. Niestety, jechaliśmy tylko Peugeotem 206. Ktoś lub coś ratuje twoje cztery litery, a Ty piszesz - “tylko”? ... Miałem ze sobą tylko lornetkę… Im dłużej zastanawiam się nad powyższym zdaniem, tym bardziej uparcie nasuwa mi się myśl, że za niedosyt obserwacyjny znacznie częściej odpowiada nie lornetka, a obserwator. Podumajcie sami - jak zareagujecie na osobę mówiącą, że widziała Plejady, Jowisza i zastanawia się, czy jest jeszcze cokolwiek więcej do zobaczenia? Czy nie zareagujecie uśmieszkiem wyrażającym politowanie, czy nie wzbudzi to czasem waszej irytacji? A to przecież bliska analogia do osoby wodzącej wzrokiem od Omegi Centauri do NGC 5128, nie wiedzącej, gdzie mogłaby jeszcze skierować wzrok. Czy to na pewno niewielki i poręczny sprzęt zawinił, czy raczej nieznajomość nieba? Dlatego powtórzę - warto przed wyjazdem zrobić listę obserwacyjną, zapoznać się z najefektowniejszymi obiektami tych rejonów nieboskłonu, do których będziesz mieć dostęp. Przygotuj się do sesji, nie zadowalając się tymi paroma obiektami, które możesz przypomnieć sobie nawet teraz. To z pewnością nie będzie wszystko, co warto zobaczyć. Nie polegaj na zawodnej pamięci - szczególnie, gdy jedziesz w miejsce, gdzie jakość nieba może Cię oszołomić. I pamiętaj o tym, by przygotowana przez Ciebie lista obiektów była dopasowana do tego instrumentu optycznego, którym będziesz dysponował, a nie do tego, który zostawisz w domu. I najważniejsze - nigdy nie traktuj zabieranego przez siebie sprzętu jako nagrody pocieszenia. Daj sobie szansę na obserwacje inne niż zwykle - bo będzie inaczej. Ale nie mniej pięknie. I być może później, gdy będziesz spisywać relację z obserwacji obiektów w tamtych obcych, fascynujących konstelacjach, naturalnie nasuną się Tobie słowa: Miałem nad głową piękne, czarne niebo - i na szczęście, miałem ze sobą lornetkę.
×
×
  • Create New...

Important Information

We have placed cookies on your device to help make this website better. You can adjust your cookie settings, otherwise we'll assume you're okay to continue.