Skocz do zawartości

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'zorza' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Astronomia i kosmos
    • Obserwacje astronomiczne
    • Astronomia teoretyczna
    • Radioastronomia i spektroskopia
    • Kosmonautyka
  • Obrazowanie kosmosu
    • Dyskusje o astrofotografii
    • Galeria
    • Szkice obserwacyjne
  • Sprzęt i akcesoria
    • Dyskusje o sprzęcie
    • ATM, DIY, Arduino
    • Obserwatoria i planetaria
    • Giełda i sklepy astronomiczne
  • Inne
    • Społeczność AP (Rozmowy o wszystkim)
    • Książki i aplikacje
    • Planeta Ziemia
  • Pogromcy Light Pollution Forum pogromców LP
  • Klub Lunarystów ZAPOWIEDZI WYDARZEŃ
  • Klub Lunarystów ZDJĘCIA KSIĘŻYCA
  • Klub Lunarystów POMOCE
  • Klub Lunarystów O wszystkim
  • Klub Planeciarzy Forum
  • Klub Astro-Artystów Znalezione w sieci
  • Celestia Układ Słoneczny
  • Celestia Sprzęt
  • Celestia Katalog Messiera
  • Celestia Sprawy techniczne

Blogi

Brak wyników

Brak wyników

Kalendarze

  • Kalendarz astronomiczny
  • Kalendarz imprez
  • Urodziny
  • Z historii astronomii
  • Klub Planeciarzy Wydarzenia

Kategorie

  • Astrofotografia - surowe klatki
  • Instrukcje Obsługi
  • Sterowniki
  • Książki (ebooki)
  • Licencje do zdjęć

Grupy produktów

  • Oferta Astropolis
  • Teleskop Service
  • Obserwatoria AllSky
  • Dream Focuser
  • Serwis i Usługi
  • Książki
  • Kamery QHY - Akcja Grupowa (zakończona)

Kategorie

  • Astronomia Obserwacyjna
    • Teleskopy i akcesoria
    • Okulary i barlowy
    • Lornetki
  • Astrofotografia
    • Kamery CCD/CMOS
    • Akcesoria do Astrofotografii
    • Montaże i akcesoria
    • Złączki i adaptery
    • Obserwatoria i akcesoria
  • DIY i ATM
  • Książki i wydawnictwa
  • Inne
  • Archiwum

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Strona WWW


Facebook / Messenger


Skype


Instagram


Skąd


Zainteresowania


Sprzęt astronomiczny

Znaleziono 8 wyników

  1. Temat założony na 2018 rok. Poniżej zdjęcie wykonane przez Rafał Nowosielski w nocy z 18 na 19.03.2018 z miejscowości Ełk na Mazurach. Poniżej informacja prasowa: https://tvnmeteo.tvn24.pl/informacje-pogoda/polska,28/nigdy-nie-przepuszcze-takiej-okazji-zorza-polarna-pojawila-sie-nad-polska,255719,1,0.html Autor filmu Mateusz Matusiak, Buniewice (woj. Zachodniopomorskie)
  2. 1. Wstęp Fotografując nocne pejzaże często spotykałem się z problemem słabej widoczności konstelacji gwiazd na tle miejskiej zabudowy. Mocne światło ulicznych latarnii nie tylko rozświetla architekturę lecz niestety również skutecznie obniża kontrast tego co widoczne na niebie. Dlatego mając możliwość okazyjnego kupna filtrów Marumi Redhancer w kilku rozmiarach nie wahałem się długo. Są to filtry barwne typu Dydymium. W "analogowych" czasach tego typu filtry używane były głownie do wzmacniania ciepłych barw na zdjęciach (kolory jesieni, zachody Słońca itp.). Gdy w erze fotografii cyfrowej uzyskanie podobnego efektu okazalo się dość proste, wydawało się że to będzie koniec ich zastosowania. Lecz dzięki swojej ciekawej charakterystyce spektralnej zyskały drugie życie gdy okazało się, że w dużym stopniu blokują światlo lamp ulicznych. Obecnie filtry te występują pod nazwami takimi jak Marumi Redhancer, Hoya Red Intensifier, Haida Clear Night czy NiSi Natural Night. 2. Charakterystyka i cechy użytkowe Jak wspomniałem w poprzednim rozdziale, Redhancer jest filtrem barwnym, czyli w odróżnieniu od filtra interferencyjnego jego działanie jest niezależne od kąta padania promieni (może być używany z obiektywami ultra-szerokokątnymi UWA) i od światłosiły obiektywu. Filtr typu Dydymium w bardzo mocnym stopniu tłumi (pochlania) światło w zakresie 575 - 590 nm (kolor żólty), oraz w ok. 30% dla koloru niebiesko-zielonego. Dzięki pełnej transmisji w zakresie ponad 610 nm (pomarańczowy-czerwony) filtr posiada sumarycznie delikatnie różowy odcień. Stąd też jego nazwa "Redhancer". Z ponad 90% sprawnością przepuszcza dwie najważniejsze linie emisyjne mglawic (H-alfa i OIII). Oczywiście nie jest to filtr stricte "mgławicowy", ale fotografując astropejzaże, bedziemy mieli pewność, że światło pochodzące z mglawic emisyjnych nie zostanie "stłumione". Filtr zbudowany jest na bazie wysokiej jakosci szkła optycznego, dzięki czemu nie ma żadnego negatywnego wpływu na ostrość obrazu oraz jego klarowność. Szkło posiada po obu stronach dwie pojedyncze twarde warstwy antyrefleksyjne. Nie jest to wersja MC, ale w czasie testów nie udalo mi się złapać ani razy flary w kadrze. 3. Redhancer kontra lampy uliczne Jak widać na podstawie powyższych wykresów filtr typu Dydymium skutecznie radzi sobie z tłumieniem światla lamp sodowych (nisko i wysokoprężnych) ale również w stosunkowo dużym zakresie blokuje światło lamp rtęciowych i metalohalogenkowych. 4. Wpływ na kolorystyke zdjęć dziennych Nie miałem okazji fotografować filtrem "złotej polskiej jesieni", za to udalo mi sie nim złapać kilka ładnych zachodów Słońca. Działanie filtra w tym przypadku jest dość subtelne choć zauważalne. Na osobach fotografujących w Rawach efekt raczej nie zrobi wrazenia, ale dla tych "działających" w JPG moze być interesujący. Tak naprawdę najlepsze działanie Redhancera jest wtedy gdy obserwujemy nim bezpośrednio za pomocą oka. Obraz jest znacznie cieplejszy a odcienie pomarańczowe i czerwienie są wyraźnie wzmocnione. 5. Wpływ na kolorystykę zdjęć nocnych Poprawność kolorystyczna to pięta achillesowa interferencyjnych filtrów astronomicznych. Jedynie IDAS i jego klony są pozbawione tej wady, za to okupują tą zaletę ceną wynoszącą ponad 1000 zł za 2" filtr. Czy Marumi Redhancer jest pozbawiony tej wady? Cóż, jest dobrze ale nie idealnie. Mianowicie chodzi o to, że filtr redukuje światło o kolorze żółtym (jak każdy filtr ALP), który jest kolorem uzupełniającym dla niebieskiego. Inaczej mówiąc obie te barwy występujące obok siebie dają bardzo przyjemny wizualnie obraz. Zamiast tego żółcie zostają zastąpione niezbyt ciekawym kolorem blado-różowym. Co z tym zrobić? Najlepiej "przemapować" kolor blado-różowy na żółty. Osobiście proces ten wykonałem na etapie wywoływania pliku Raw w oprogramowaniu Lightroom, w sposób przedstawiony na poniższym obrazku: Co ważne dokładnie te same ustawienia zastosowalem dla każdego wywoływanego zdjęcia, wiec nie wymagało to ręcznego dobierania parametrów dla każdego z osobna. Zdjęcia ze skorygowanym kolorem, będę w dalszej części oznaczał symbolem *. Zobaczmy jak wygląda zdjęcie wykonane bez filtra (po środku), z filtrem Redhancer (po lewej stronie) oraz z filtrem + przeprowadzoną korekcją koloru (po prawej). I jeszcze jeden przykład - bez filtra oraz z filtrem + korekcją koloru. Widać że nocne zdjęcia architektury wymagają dwukrotnie dłuższego naświetlania (+1 EV), co jest skutkiem mocnego zredukowania świecenia lamp sodowych. A poprzez zredukowanie monochromatycznego oświetlenia sodowego, pozostała kolorystyka jest pełniejsza i bardziej nasycona. 6. Przykłady zastosowania - ciemne niebo Nie mialem okazji przeprowadzać testów Redhancera pod niebem wolnym od Light Pollution, ale w tym przypadku polecam zajrzeć pod poniższe linki: https://www.lonelyspeck.com/hoya-intensifier-review-an-affordable-light-pollution-filter-for-astrophotography/ https://www.lonelyspeck.com/purenight/ https://www.flickr.com/photos/trevor_dobson_inefekt69/39827553285/ 7. Przykłady zastosowania - niebo miejskie Czas testów Redhancera przypadł na okres schyłkowej zimy, przez co powietrze nie było zbyt przejrzyste. Jak widać filtr w znacznym stopniu redukuje jasność tła nieba. Na podstawie wielu zdjęć wykonanych w różnych zakątkach Krakowa określiłem tą redukcję na poziomie około 2,5 raza. A ponieważ całkowita transmisja filtra to około 60-70%, wiec aby optymalnie wykorzystać jego potencjał należało by naświetlać około 2 razy dłużej (+1 EV) niż bez filtra. Dzięki temu uzyskamy większy zasięg gwiazdowy, większy stosunek S/N oraz wciąż nieco niższą jasność tła nieba. 8. Redhancer kontra Zorza Polarna Analogicznie jak w przypadku mgławic emisyjnych, światło z Zorzy Polarnej dociera do naszych oczu na ściśle określonych długościach fal, odpowidającym wybranym kolorom. Wśród wielu z nich trzy mają szczególnie dużą intensywność - 558nm (zieleń), 630nm (czerwień), 428nm (niebieski). Tak się jednak składa, że te długości fal są blokowane przez wszystkie filtry interferencyjne astro z IDAS'em na czele. A jak wygląda sytuacja w przypadku Redhancera? W przypadku filtra typu Dydymium, trzy główne linie emisyjne Zorzy Polarnej są przepuszczane z dużą sprawnością. Ten filtr jako jedyny (w odróżnieniu od IDAS, CLS czy innych filtrów astronomicznych) pozwoli nam odfiltrować sztuczne światło uliczne od światła Zorzy. Oczywiście w przypadku fotografowania na Islandii czy Lofotach gdzie Zorza świeci prawie w zenicie nie ma to znaczenia, ale w polskich warunkach gdzie Zorza "snuje się" tuż nad horyzontem, wśród mało-miasteczkowych łun, zastosowanie takiego filtra może być kluczowe. Zorza Polarna sfotografowana przez filtr Dydymium z terenu północnych Niemiec (5/6.05.2018): autor: Michael Theusner https://forum.meteoros.de/viewtopic.php?f=1&t=58062&start=20 9. Podsumowanie Zalety: + cena wielokrotnie niższa od astronomicznych filtrów interferencyjnych ALP + uwypukla gwiazdy na tle miejskiej zabudowy + nie zmienia a czasami wręcz poprawia kolorystyke nocnych zdjęć + blokuje światło wielu rodzajów lamp miejskich + jako jedyny filtr astronomiczny przepuszcza światło Zorzy Polarnej + z wysoką sprawnością przepuszcza światło mgławic emisyjnych + działa prawidłowo z każdym typem obiektywu, niezależnie od jego kąta widzenia i światłosiły + posiada wysoką odporność na flary Wady: - pochłania cześć światla / wymaga dłuższego naświetlania niż bez filtra - nie blokuje światła lamp ulicznych w sposób tak selektywny jak filtry intereferencyjne - dla uzyskania optymalnych efektów wymaga lekkiej korekcji kolorystycznej
  3. 10 000 klatek timelapsa to nie przelewki i mojemu procesorowi trochę zajmie ich przetworzenie, a więc tymczasem zapraszam na zwiastun Postaram się umieścić tu również krótszą lub dłuższą relację z niesamowitej i niezwykle udanej wyprawy na Islandię.
  4. Witam fotografów zórz polarnych Niedługo będę miał okazję pofocić trochę to piękne zjawisko z Islandii i mam pytanie do praktyków. Jakie stosujecie parametry zdjęcia (iso, czas, przysłona) do zórz, które fotografowaliście? Jaka była wówczas ich aktywność? Zastanawiam się po prostu, czego się spodziewać. Mam obecnie dwa aparaty, nowy i stary i myślę, czy jest sens targać też ten stary, czy da radę pod względem szumów. Jeśli na f/3,5 i np 15 sekundach wystarczy ISO800, to zabrałbym starca Ale jak potrzeba ISO1600, czy więcej, a czasy exp muszą być krótsze, to będzie problem i chyba nie będę się męczyć z kiepskimi zdjęciami. Bo zasadniczo zdaję sobie sprawę, jak dynamicznym zjawiskiem jest zorza i że wypada stosować w miarę krótkie czasy. Tylko jak jasna ona jest
  5. GRMaziarski

    Zorze Polarne w Polsce 2017

    Nie znalazłem wątku na temat obserwacji aurory w tym roku, więc założyłem takowy Ktoś coś może wczoraj upolował? Kp mocno skakało a i Bz ładnie minusowe było. Ja klepie właśnie film poklatkowy, ale nie wiem, czy cokolwiek mam. Wydaje mi się, że subtelnie widać, ale raczej nie ma co pokazywać.
  6. pilarek

    Aurora Borealis

    Heyhey, tak to się wszystko zaczęło... Na przełomie sierpnia/września zachciało mi się tropików, no i wybrałem się na dwa tygodnie na Islandię. No i wtedy odkryłem, że tematów do fotografowania można szukać również... na niebie Odkrywcze, nie? Od tamtej pory knuję/uczę się/szerokim kątem pstrykam z okolic Wrocławia i rysuję gwiazdozbiory na fotkach. Poważniejsze nauki/oglądanie nieba zacznę jak się odkuję po wakacjach Póki co 4 fotki z północno wschodniej Islandii - jezioro Myvatn. Canon 550D/L24-105 f4/ISO 400-800, czas 15-30sek Enjoy! mp
  7. Słowo wstępu Wybrać się na zorzę pod koniec sierpnia to dosyć ryzykowny plan. Im dalej na północ tym większe szanse na zorze ale i... jaśniejsze niebo. 200-300 km za kręgiem polarnym było już jasno całą noc, choć Słoneczko chowa się pod koniec sierpnia na kilka godzin płytko pod horyzont. Niżej jest ciemniej, ale środkowa Skandynawia miewa kaprysy pogodowe. Sama zorza też jest radośnie nieprzewidywalna, pomimo sporej aktywności naszej gwiazdy. No i próbuje świecić dokładnie tam gdzie łuna od Słońca. Czasem jednak największa frajda, jest z gonienia króliczka, a nie ze złapania go Tym razem zabrałem ze sobą syna i samochód. To nieco zmieniło specyfikę wypadu. Jak mawia jeden z moich współpracowników, niesie to ze sobą plusy dodatnie i plusy ujemne. Mając własny transport, łatwiej było mi osiągnąć niedostępne tereny. Mając jednocześnie pod opieką dzieciaka, nie mogłem osiągnąć mojego standardowego chaosu i hardkoru jaki preferuję. To ograniczało możliwość radosnej eksploracji w trybie rozwiązywania problemów ad-hoc i pchania się w „interesujące” sytuacje. Oznacza to również, że nagromadzenie „wybryków” w tym opisie będzie nieco niższe, niż część czytelników moich wcześniejszych relacji mogła by oczekiwać. Tak czy siak, zaczęliśmy od wkurzania mojej drogiej małżonki Znudzeni kilkugodzinną już jazdą, mknąc autostradą na Hamburg podpuszczam młodego do wysłania do matki SMSa, że jednak zarzucamy pierwotny plan namiotowo-polarny i skręciliśmy do Włoch powylegiwać się na plaży. Przy akompaniamencie, nerwowych poćwierkiwań kolejnych SMSowych ciosów z dosyć gorącymi docinkami, udało nam się nieco obudzić i dotrzeć do duńskich mostów bez większych wpadek, poza może faktem, że dwa hamburgery w przydrożnym barze okazały się kosztować 70 pln . Kładki nad Sundem robią wrażenie Pierwsze godziny w kraju szyszkojadów muszę jednak przemilczeć. Na fali Brejvikowych niepokojów mojej ślubnej, lepiej nie kusić losu opisem, jakim zbiegiem okoliczności wylądowaliśmy na kampie w Raa pod Helsingborgiem. Mówiąc ogólnie, przyczyniło się do tego nieco niestandardowych interakcji z tubylcami Po całym dniu za kółkiem zasnąłem w 2 minuty. Kolejnego dnia czekał pierwszy z zaplanowanych wypadów w dzicz. Głupio było by, napierając na strefę polarną, przejechać po prostu przez kraj szarlotkowych wikingów (wrócę jeszcze do tego ). Ogólny plan zakładał zygzakowanie pomiędzy ciekawszymi lokacjami i parkami narodowymi Szwecji i Norwegii w drodze na północne pustkowia. Nie będę zanudzać opisami dojazdów i marszrutą samych relokacji. Generalnie wyglądało to tak, że wykonywaliśmy żabi skok w okolicę która nas zaciekawiła, zostawialiśmy rupiecia na parkingu, a sami braliśmy na garba cały szpej konieczny do spędzenia kilku lub kilkudziesięciu godzin na szlaku. Po zatoczeniu pętli wykonywaliśmy kolejny żabi skok w interesującą nas lokacje. ------------------------------------------------------------ Bagna, komary i styropian. - Kurs na północ O Store Mosse pisałem już na forum. Niezwykle, klimatyczne miejsce, wypełnione brzęczeniem owadów i krzykami ptaków wśród kilkusetletnich sosen, wyrastających niewiele ponad głowę dorosłego człowieka wprost z toksycznej, torfowej zupy. Genialne miejsce jeśli chcesz połazić po otwartych przestrzeniach bez natykania się na innych przedstawicieli homo-sapiens, a jednocześnie nie ruszać setek kilometrów w centralny i polarny interior. Od chwili wejścia na szlak do powrotu do rupiecia po ok. 40h spotkaliśmy jedną nakręconą miejscową traperkę-daltonistkę, nie do końca potrafiącą rozróżnić dystans 300 merów od 3 kilometrów, twardziela z zadyszaną partnerką w trybie „na ultra lekko”, mknących jak parowozy przez bagno i dwoje autochtonów, emerytów, zbierających na obrzeżach parku grzyby. Niezły wynik biorąc pod uwagę fakt, że kilka kilometrów zrobiliśmy poza granicami parku, wprowadzeni w błąd przez daltonistkę, spędziliśmy noc w rastsudze zamkniętego schroniska w centralnym jego punkcie, a wszystko odbywało się w dniu wolnym od pracy w środku wakacji zaledwie 20 km. od Varnamo... Podczas skoku ku Sztokholmowi mieliśmy zawadzić jeszcze o park Norra Kvill. Jakim cudem młodemu udało się zgubić z włączonym GPSem nie mam pojecia, ale wyszło na dobre. Znaleźliśmy krzaczora, przy którym Bartek wymięka Po zaciągnięciu języka u miejscowych (było lekkie spięcie który z nas ma tego języka ciągnąć, w końcu to młody popierniczył drogę, ale to ja musiałem nękać mieszkańców) dotarliśmy szutrówkami do lasu z baśni. Dla jasności, park nie jest duży, obeszliśmy go w kilka godzin dookoła, ilość napotkanych na szlaku – zero. Pod koniec dnia mieliśmy jednak w nogach sporo kilometrów. Namierzyliśmy kamping, rozegraliśmy kilka partii mega-szachów pod czujnym okiem siedzących na miejscu ... hmmm... jakby ich nazwać... kuracjuszy? Nie mam pojęcia jaką przyjemność przeciętna rodzinka niemieckojęzyczna odnajduje w siedzeniu całymi godzinami w kamperze na biwaku. W kamperze, w którym kisiła się ponad tysiąc kilometrów jadąc tu. Miejsce generalnie miało charakter mieszanki kinder party z obozem zuchów pod czujnym okiem mamuś. Niestety, domowa specyfika tej lokacji podpuściła mnie do popełnienia jednej z głupszych decyzji całego wypadu. Zarządziłem pranie. Niby co może być groźnego w przepraniu paru gaci i koszulek? Ano, ma to pewne zależności do trybu w jakim podróżowaliśmy. Samochód zawalony wszelkiej maści biwako-szpejem nie był zbyt dobrym miejscem do suszenia ciuchów... a te oczywiście nie wyschły przez noc. Następny w kolejce był Sztokholm, to oznaczało, że wilgotne ciuchy spędziły dzień w siatach. Kolejną noc biwakowaliśmy na dziko w lesie, było wilgotno i bezwietrznie, dalej wszystko mokre (nad ranem lekko już capiło stęchlizną). I tak się to ciągnęło za nami w sumie dosyć długo, doprowadzając do tak kuriozalnymi akcji naprawczych jak zjazdy w tajgę i rozwieszanie całego mokrego badziewia po gałęziach. Na takich przystankach wszystko próbowało wyschnąć do czasu gdy nasze brzuchy stanowczo odmawiały współpracy po opchaniu się jagodami, borówkami. Trochę skucha Napierając na północ zabawiliśmy się w klasycznych turystów. Bullerbyn, starówka Sztokholmu, muzea, hot-dogi itd. Dla przypomnienia, wszystko z bombą zegarową niewyschniętego prania w bagażniku. Młody zaliczał po kolei te same zaskoczki co ja, zesłany tu na roboty 4 lata temu. Już wie, że chleb o składzie styropian – 30%, tektura – 30%, wata – 30% cukier – 10% nie jest dobrym pomysłem. Waty i tektury powinno być co najmniej 80%. Wie też , że jak gdzieś widzi napis „Rea” to prawdopodobnie towar tak ostemplowany będzie miał cenę niewiele tylko droższą od odpowiednika w Polsce, a te dziwne cosie na co drugim skrzyżowaniu, to sztuka współczesna. Wie już też, że polki są grube, ale ciągle chudsze od szwedek. No i, że swenglish miejscowych jest na całkiem przyzwoitym poziomie. Ostatnim „epizodem” południowej Szwecji wartym odnotowania była masakra w Parku Narodowym Färnebofjärden. Zatrzymuję się na niewielkim , trochę obskurnym parkingu zasłanym drobnymi okruchami szkła. Przez rzadkie sosny połyskuje tafla jeziora. Powoli budzę się do działania. Drogi centralnej szyszkolandii są niezwykle monotonne. Ot prosta wstążka asfaltu ograniczona szczelną ścianą lasu, co kilkadziesiąt minut z północy napiera TIR wyładowany drzewem, czasem mijasz kampera... usypiające. Tymczasem za oknem pochylona toaleta typu drewniana budka nad dołkiem, a obok uśmiecha się złuszczona słońcem tablica informacyjna z mapką parku. Coś jednak jest nie tak. - Głąbie... słyszysz? - Nie... zaraz, co to? - No właśnie nie jestem pewny, wiatru nie ma, drzewa jak zamrożone. - Jakiś silnik? - No nic, ja muszę zacząć od tej toalety - Zamknij drzwi! - Ożeszkur... Powiem tak, otworzyliśmy samochód 2 razy. Najpierw na kilkadziesiąt sekund potrzebnych na wyjście, zabranie moskitier, plecaków i aparatu. Za drugim razem na kilka sekund potrzebnych na władowanie się z powrotem i zrzut plecaków. Komary tłukliśmy w środku jeszcze przez kwadrans. Mój wynik – 22 sztuki. Młody prawie dobił do setki! BTW park całkiem fajny. Jagody wyśmienite. Ilość turystów w parku – 2 (ja i głąb ). ------------------------------------------------------------ Góry i tajga. - Centralna Skandynawia Bilet na prom ma konkretną datę. Czas nieco przyśpieszyć. Ruszyliśmy ku Fulufjällets nationalpark na pograniczu centralnej Szwecji i Norwegii. Prawie sto metrów wodospadu z płaskowyżu liczącego sobie kilkaset mionów lat zapowiadało się ciekawie i nie zawiodło. To miejsce to południowa granica występowania wielu polarnych gatunków. Tu już lepiej jednak przestawić się na skandynawski tryb prowadzenia. W przydrożnych rowach można napotkać potrąconego łosia. Zdarza się też nowiutkie Audi wbite na kilkadziesiąt metrów w lasek karłowatych radio-brzózek, a poza tym lasy i ... dalej las. Inny samochód trafia się raz na kilkanaście, kilkadziesiąt minut. Osobiście miałem z usypiającą monotonią pokaźnych dystansów Szwecji wiele problemów. Sprawę pogarsza słońce wiszące godzinami tuż nad horyzontem. Oślepiające i męczące oczy. Stosowałem zasadę przerwy na fajkę co jeden album raczej energetycznej muzyki. Najsensowniejszym ruchem jest chyba jednak posiadanie zmiennika. Tu robiło się już chłodno. Temperaturę wody w jeziorach oceniam na okolice 10*C. W dzień termometr w rupieciu z rzadka przekraczał 10*, choć na słońcu bez problemu dawało się wędrować w t-shircie. Tutaj zacząłem polować nocami na zorze. Tutaj udało mi się złapać pierwszą, słabą aurorę (jak się potem okazało również ostatnią ) Sam park gorąco polecam. Do wodospadu sporo ludzi. W odleglejszych partiach pojedyncze grupki. Ehhh, gdyby Tatry były tak zatłoczone jak ten płaskowyż... A zorza jest tutaj - http://www.facebook....420038124699266 . Sorry, nie potrafię jej wstawić w treść i trzeba kliknąć. Pełna rozdzielczość, nie skatowana mpegiem jet tutaj (uwaga, 50MB): https://dl.dropbox.c...urora/zorza.avi choć tak jak mówiłem, słaba. Późnym popołudniem zeszliśmy do naszego rydwanu i przebiliśmy się przez góry do Norwegii. Te rejony to już krainy oznakowywane na mapach kulturowych jako Laponia. To słychać. Miejscowi lekko skażają norweski i szwedzki specyficzną wymową. Choć ciągle dominują rudzi wikingowie i blond walkirie Norweskie odludzia mają pewną cechę. Każda lepiej utrzymana szutrówka okazuje się prywatną, płatną drogą. Przeważnie sprawa zamyka się w kilkudziesięciu koronach. Niemniej przy takim obrocie spraw zamiast pierwotnie upatrzonego parku z wydawało się łatwym, choć oczywiście płatnym dostępem, ruszyliśmy raz a porządnie. Okazało się, że po upatrzonej wcześniej drodze kursują jedynie 2x dziennie wahadłowe autobusy. Nic innego nie może tam wjechać. Po przestudiowaniu map, ruszyliśmy nieco na południe. Prywatną drogą schroniska Grimsdalshytta wjechalismy na prawie 60 km w mniej popularny rejon – dolinę rozdzielającą Park Narodowy Dovre i Rondane. Wędrówka po tych górach nie przypomina szlajania się po Tatrach. Niecałe dziesięć stopni i lekki wiatr pozwoliły na szybkie łykanie kilometrów po zdradliwych halach. Wędrujemy po czymś, co przy odpowiedniej dawce dobrej woli, można nazwać ścieżką, choć ze szlakami znanymi z Polski nie ma to zbyt wiele wspólnego. W sumie wspinasz się bezpośrednio po kamienistych halach porośniętych doskonale maskującą wszelkie pułapki terenu niską, górską roślinnością (przydają się przyzwoite, wodoodporne górskie trepy), mniej więcej nawigując na z rzadka poustawiane kopczyki i markery. Schodząc ze szczytu Kattuglehøi (chyba, nie do końca jestem pewny nazwy góry na którą weszliśmy) udało się młodemu znaleźć poroże dzikiego renifera. Fajna pamiątka Po całym dniu spędzonym w górach (samotnie, ostatnich ludzi minęliśmy jakieś 300m od schroniska) ponownie przebiliśmy się w ulewnym deszczu na szwedzką stronę. Noclegi pod namiotem w tych rejonach to już raczej nie piknik. Odpalając rupiecia w porannej mgle na jednej z przygranicznych przełęczy w okolicach Härjedalen, termometr wskazał +2*C Obraliśmy ponownie kierunek na północ. Cel Jokkmokk. Jeden z większych ośrodków kulturowych ludu Saami. W połowie drogi zrobiliśmy sobie krótki, trzygodzinny chyba, spacer po tajdze w okolicach między miasteczkami Vilhelmina i Dorotea. To tutaj odnotowywane są rekordowe ujemne temperatury Szwecji. O ile mnie pamięć nie myli, mowa o wartościach w okolicach -50*C, choć szukając danych po sieci można nadziać się na wiele sprzecznych informacji w tej kwestii. Odświeżeni marszem, przekroczyliśmy krąg polarny. I tutaj stało się coś, co lubię sobie tłumaczyć interwencją z duchowego wymiaru. Zajebiste „dzień dobry” kręgu polarnego po kilku latach rozłąki. Na odcinku kilkudziesięciu kilometrów szwedziki ograniczyły prędkość do 40 km/h ze względu na roboty drogowe (na całym odcinku nie było ani jednego robola, kopary lub choćby kupki żwiru). Sunąłem powoli w prawie całkowitej ciszy przez ponad pół godziny nie mijając jakiegokolwiek innego pojazdu. Mniej więcej w chwili przekraczania kręgu polarnego, kilkadziesiąt metrów przed maską wyszedł na pustą szosę, duży, zupełnie bielutki renifer. Spokojnie przeparadował obok samochodu patrząc ciekawie w okna. Zanim zamknąłem rozdziawioną gębę, a młody uzbroił aparat, samiec stukając cicho kopytami zniknął w zielonym gąszczu... Od tej pory canon leżał na kolanach młodego gotowy do strzału ------------------------------------------------------------ Sapmi – Polarne pustkowia W miasteczku Jokkmokk ponownie zabawiliśmy się w rasowych turystów. Muzeum Kultury Lapońskiej, sklepiki z lokalnymi wyrobami, lokalna loteria, miejski ogród botaniczny i tego typu klimaty. Na ulicach miasteczka sporo ludzi o budowie raczej drobnej, czarnowłosych, z lekko skośnymi oczyma i ciemniejszą, ogorzałą cerą. Heh, nieźle się konserwują. Uzbrojeni w kilka pezentów-drobiazgów dla ślubnej ruszyliśmy w dalszą drogę ku północy. Do bagażnika trafił miedzy innymi magiczny specyfik domowej roboty z jagód zmieszanych z owocami jakiegoś karłowatego jałowca polarnego. Osobiście mam go za truciznę, ale reszta mojej familii jego walory smakowe chyba sobie ceni (Jak sprawdziłem dziś w lodówce, to nie zostało więcej jak ćwierć butelki). Z racji narastającej potrzeby ciepłego prysznica dla obu z nas, zatrzymaliśmy się na noc na sporym kampie kilkanaście kilometrów za Gällivare. Tym razem nie było rodzinnej atmosfery. Sprawy potoczyły się nieco... inaczej. - Hej! Jolo kolo hru? - Skjuzmi? - Ej undre holo gulo um bolo lik? Jooooo. - Sory, Ajdont spik słidisz... eee... norgie? - Wrt grone strage stolhyta? Musu sadar. - Nic Cie za cholerę gościu nie kumam. Ale jak masz ochotę pogawędzić to żaden problem. My tu z młodym w międzyczasie rozłożymy sobie namioty coby przeschły okej? - Jeger wente. Panoskal untale. Wente wente. - Aj rily dont understandju. Duju spik inglisz? Polazł. Popatrzyliśmy z młodym po sobie, wzruszyliśmy ramionami i zabraliśmy się za rozciągnięcie tropików, aby choć trochę przeschły. Jednak żylasty dziadzio wędrowycz najwyraźniej miał inny plan. - Hej! Jeger tilbake - Ale... uuu, taaakie buty Na drewnianym tarasiku naszej najętej chatynki pojawiła się paczka fajek i do połowy pełna flaszka fińskiej gorzałki 0.75. Tiaa... - Wrt poro! - Na pohybel! - Du har kulgut. Wiecie jak jest. Radośnie dyskutowaliśmy każdy w swoim języku dopóki nie pokazało się dno. Młody miał z nas niezłą polewkę, ale w końcu się znudził i polazł grać. Prawdopodobnie osoba słuchająca naszej rozmowy i rozumiejąca jednocześnie polski i norweski posikała by się ze śmiechu łapiąc oddech w krótkich przerwach drgawek i skurczów żołądka W pewnym momencie jednak sprawy zmieniły bieg. Przy wjeździe na kamp zaryczało kilkanaście Harleyów i Junako-podobnych maszyn, niosąc na grzbietach potężne sylwetki zakutane w skóry i czarne kaski. Norweski Jakub Wędrowycz warknął coś niezadowolony, machnięciem ręki pożegnał się i szybko oddalił ku swojej kabince. A ja, trzeźwiejąc, zacząłem trybić na przyśpieszonych obrotach. Młody w środku gra na tablecie, na razie niech siedzi, nie ma go co straszyć. Do Gällivare niecałe 20 kilometrów, ale jestem po paru głębszych, więc ew. odwrót mógłby być mocno kłopotliwy. Recepcję kampa zamknięto o 19ej. Tu już nikt w razie kłopotów nie zareaguje, a jeśli nawet, to co by im to lekko-skośnookie, drobne, miejscowe dziewczę mogło zrobić... no chyba żeby maiła ze dwudziestu braci skorych do tego typu rozrywek... w sumie nie takie nierealne. Ile policji może być w Gällivare? Hmmm... jak mają dwa radiowozy z obsadą to maks, jak nie spękają po wezwaniu, to pojawili by się nie wcześniej jak w kwadrans. Obserwuję uważnie powoli dokującą watahę i coś mi tu nie pasuje. Zawodnicy na tych motorach składają się praktycznie z samych frędzelków zwisających ze wszystkiego, od butów, poprzez nogawki, rękawy, rękawiczki, wszystkie możliwe szwy na kurtkach itd itd. Blachy mają norweskie, więc nie są to miejscowi u siebie. Na każdym motorze widać owiewki i dodatkowe chromowane okucia... Hmmm... Owiewki? Fędzelki? I czy ja dobrze widzę fiolecik na dwóch maszynach ze stadka? Dziwne. Pierwsze sylwetki powoli zsuwają się z maszyn. No właśnie, nie mają zbyt sprawnych ruchów. W końcu pierwszy z raiderów zdjął kask. ROTFL. Pyzata ruda baba po pięćdziesiątce o aparycji rumianej gospodyni domowej. Po chwili pół stadka okazuje się mieć pod skórzanymi kurtami sporych rozmiarów cycki i skłonność do szczebiotania. Pozostali „meni” znacząco wylali się z kombinezonów po rozpięciu kurtek. W rozpinanych sakwach motorów zabrzęczało szkło. A na wielki stół przy kampowym parkingu trafiły pierwsze kawały posypanych pudrem szarlotek. Osłabiony całą akcją polazłem do kabiny przygotować szpej na polowanie na zorze. W połowie pracy przerwało mi pukanie do drzwi. - Dzień dobry! 145 koron za litr moroszki, 140 za jagode daje. Ile macie? O ja pierdziele, czeski film dzisiaj. Okazało się, że tym razem przyczyną zamieszania były polskie blachy mojej te-renówki. Po krótkich wyjaśnieniach okazało się, że zostaliśmy wzięci przez miejscowego biznesmena z dolnego śląska za sezonowych poławiaczy runa leśnego. No nic, do zmierzchu zaktywizował się jeszcze raz norweski Jakub Wędrowycz prowadzący wojnę z szarlotkowym gangiem i policja robiąca rundkę wokół kampingu na wszelki wypadek. Nie będę wdawał się już w dalsze szczegóły. Powiem tylko, że koło pierwszej w nocy, stojącego na czatach za zorzą, dopadły chmury i to był koniec bajki na ten dzień. Nad ranem ponownie ruszyliśmy na północ. Jednak nastąpiły pewne problemy logistyczne. Okazało się, że władze Pajala kommun liczącej sobie prawie 7 tysięcy mieszkańców (przy rozmiarach niewielkiego polskiego województwa) zarządziły generalny remont trasy E45 na odcinku... kilkudziesięciu kilometrów... To oznaczało, że radośnie zerwali z niej asfalt, rozorali i powoli zaczynali utwardzać z powrotem. Nikt też się specjalnie nie przejmował ciężkim sprzętem pozostawionym na niedzielę, tak jak przerwał robotę i tam gdzie przerwał robotę. Bo i niby kto mógłby im to zaiwanić albo zdewastować? Renifery? Z mojej jednak perspektywy była to droga przez mękę. Co więcej, bez jakiejkolwiek sensownej alternatywy. Niby mógłbym zawrócić. Przez Kirunę doczłapać do norweskiego Narviku i tam szosą wzdłuż fiordów jakoś nacierać na północ. To byłby by setki nadłożonych kilometrów i dodatkowy bak paliwa do zapłacenia... zacisnąłem zęby, zwarłem pośladki i przepełzłem ten plac budowy lawirując pomiędzy górami żwiru, spychaczami i kamolami z prędkością najczęściej nie przekraczającą szybkiego marszu. Zajęło mi to godziny. Sfrustrowany i wykończony po raz kolejny wbiłem się w kamping gdzieś między szwedzką mieściną Vittangi, a fińskim miasteczkiem granicznym Kaaresuvanto za rzeką Könkämäeno. Miałem trochę dość tego powiatu. Jednak powiat, jeszcze ze mną nie skończył Noc nie chciała się zacząć. Czy raczej dzień nie bardzo miał ochotę się skończyć pomimo zachodu słońca. Kamping też nie był zbyt wysokich lotów. Na parkingu przed recepcją stało kilkanaście siedmio-tonowych ciągników z naczepami pełnymi różnego rodzaju kruszyw na remontowaną niedaleko drogę. Driverzy kręcili się to tu, to tam, rozmawiając głównie po fińsku. Recepcja oczywiście zamknięta na głucho. Szczęśliwie na zafoliowanej tekturce ktoś zawiesił na drzwiach numer telefonu. Problem w tym, że osoba odbierająca tenże telefon, nie bardzo potrafiła po angielsku. Kontakt face to face rozwiązał jednak problemy różnego kodowania na łączach i po kilkudziesięciu minutach grzaliśmy tyłki przy olejaku w drewnianej kabince. Robiło się późno, więc naszykowałem sprzęt na nocne czaty zorzowe i zakomunikowałem młodemu, że idę pod prysznic. Zabrałem ręcznik, mydło, szczoteczkę, czystą bieliznę i ruszyłem w zimną szarówkę na poszukiwania „män dusch”. Po przejściu kilkudziesięciu kroków przez labirynt domków kampingowiska, niepewnie zatrzymałem się zastanawiając, czy to co widzę jest aby na pewno realne. Jakieś trzydzieści metrów ode mnie. Kilku chłopa wędrowało gęsiego w moją stronę... na golasa. Ke? Zajarzyłem dopiero po chwili, gdy skręcili ku jednemu z domków, gdzie właśnie otworzyły się drzwi i w kłębach pary wysunęło się kolejnych dwóch golasów na próg. Przerwa na szluga. Tia... Lubię saunę, serio, ale bez kilkunastu Finów po 150 kilo sztuka w środku Szczęśliwie prysznice były w oddzielnej budowli. Bez zorzy, (już zbyt jasno, do tego zimna mgła) ale w końcu wypoczęty mogłem nad ranem opuścić strefę problemów. Późnym porankiem dotarliśmy do parku Mallan Iuonnonpuisto leżącego na styku granic Szwecji, Finlandii i Norwegii (głównie po fińskiej stronie). Po opuszczeniu strefy wejściowej, gdzie kręcili się jeszcze jacyś ludzie, weszliśmy w górskie pustkowia królestwa reniferów. Wędrówka po tundrze w otoczeniu tych głupiutkich zwierzaków to coś, dla czego warto pchać się tyle kilometrów na północ. To naprawdę inny rodzaj polarnego pustkowia, niż choćby 100 kilometrów na południe. Jest... arktycznie. Niestety, czas gonił i po kilku godzinach wędrówki musieliśmy ruszać dalej. Na przejściu granicznym do Norwegii trzeba było jeszcze raz depnąć po hamulcach. Kilka reniferów właśnie przechodziło „odprawę celną” obwąchując otwarte szlabany i bramki . Po jakimś czasie, późnym popołudniem, osiągnęliśmy najdalej wysunięty punkt na północ w trakcie całej wyprawy – okolice Lyngenfjordu (69*38'N, 20*18'E). Z tego miejsca na Nord Cap jest jakieś 350km szosą. Odpuściliśmy jednak. Przed nami było jeszcze sporo kilometrów do upatrzonego miejsca na nocleg. W miarę jak oddalaliśmy się od Oceanu Arktycznego (a dokładniej to już chyba od Morza Barentsa) robiło się coraz... zimniej. Zjeżdżając w nierealnych sceneriach fiordów w dół, do Narviku, było całkiem ciepło i przyjemnie. Prawie 15*C, ale jak tylko skręciliśmy na wschód, na E10 i zaczęliśmy piąć w góry, termometr szybko spuścił z tonu do okolic 3-5*C. Gdy słońce zaczęło ślizgać się już po górskich graniach, dotarliśmy do jeziora Torneträsk i naszego celu na tę noc – Lapporten. Noc pod namiotem była... zimna. ------------------------------------------------------------ 359 kilometrów prosto – Pohjanlahti Gdy już późnym przedpołudniem zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy na wschód, zwątpiłem czy aby mój GPS nie uległ awarii. Po minięciu Kiruny wyświetlił mi raczej niespotykany komunikat: „359 km prosto”... hmm... nice. Po kilku godzinach odwrotu wśród gęstej tajgi i pojawiających się co jakiś czas pomiędzy śnieżnymi tyczkami szosy, reniferów, mięliśmy krąg polarny i dotarliśmy do Luleå. Niewielkiego (choć jednego z ważniejszych dla szyszkojadów) portu nad Zatoką Botnicką. Po wjechaniu do miasteczka, pierwszego od czasów „dnia muzeów” w Jokkmokk (Kiruny nie uznaje za miasto, to mega-kopalnia z przylepionymi kilkoma budynkami użyteczności publicznej, hotelem i paroma uliczkami z domami mieszkalnymi), naszło nas na trochę cywilizowanej turystyki. Wbiłem w GPS najbliższe muzeum. Okazało się leżeć na jednym z niewielkich półwyspów otaczających port, kilkanaście kilometrów od centrum miasteczka. Ciekawe co tam mają, nazwa kompletnie nic nam nie powiedziała. Na miejscu okazało się, że trafiliśmy do... Muzeum kolejnictwa Niestety, właśnie je zamykano z powodu zaawansowanej już pory dnia. Udało mi się jeszcze doprosić, zamykającą główny hol opiekunkę, o pozwolenie na oglądnięcie zewnętrznej wystawy i zaczęło się safari W godzinach otwarcia ,to co młody tam wyprawiał, raczej by nie przeszło . W końcu zaczęło się robić powoli ciemno, deszcz nasilał się. Szwedzka pogoda przypomniała sobie na dobre co ma robić. Trzeba było rozglądnąć się za jakimś legowiskiem. Z racji przemoczonego w nocy pod Lapporten namiotu, padło na kamping. W życiu nie widziałem takiego „morza rtęci”. To nie jezioro, to Zatoka Botnicka. Oczywiście odwrót odwrotem, ale kto powiedział, że mamy po prostu jechać na południe z przerwami jedynie na posadzenie papierzaka gdzieś w tajdze. Nawigując wzdłuż wybrzeża zaliczaliśmy kolejne parki narodowe. Na początek padło na Skuleskogen. Czyli miejsce, gdzie dobrze widać efekty ciągłego dźwignia się Skandynawii, po cofnięciu się lądolodu. Bardzo „typowe” krajobrazy dla Szyszkolandii. Kolejne dzikie noclegi i śniadania twardzieli przeplatały nam się w powrotnej drodze z kilkugodzinnymi rundami po co ciekawszych, niewielkich i raczej pustawych rezerwatach. Pomimo, że wiele z tych miejsc jest już w zaludnionych rejonach i ma łatwy dostęp. ------------------------------------------------------------ Melancholia powrotu – Wrzosowiska Kalmar Południową Szwecję osiągnęliśmy na dwa dni i trzy noce przez datą wypłynięcia promu z Karlskrony. Mając taki zapas czasu, postanowiliśmy wypuścić się jeszcze na Olandię. Ten płaski kawałek lądu to mekka ornitologów. Krzyżują się tu trasy sezonowych migracji całej masy wszelkiego rodzaju lataczy. Wysepka oferuje też specyficzne krajobrazy. Niewiele tu lasów, za to nie brakuje pustych, monotonnych i rozległych przestrzeni. Czasami kadrując jakąś fotkę, miałem wrażenie, że jestem gdzieś na sawannie. Jednak jeśli uda się wam zapuścić w niewielkie zagajniki, można wpaść na niezłego rogacza. A i jeszcze jedno. Kasza gryczana z sosem bolognese to naprawdę niezły obiad. Ostatnią dobę spędziliśmy w rejonie niewielkich rezerwatów otaczających Karlskronę. Tutejsze klimaty to już mieszanka skalistych wrzosowisk i lasów jakie znamy zza okna. Warto pokręcić się tu trochę. Dostęp z Polski jest prosty i tani (prom bez samochodu to koszt chyba niecałych 200pln). A okolica jest przeszyta siecią podmiejskich linii autobusowych zawadzających o centrum Karlskrony oddalonego od portu o parę kilometrów. W złą pogodę można też spędzić sporo czasu myszkując po muzeum morskim i niewielkich jednostkach wojskowych wycofanych ze służby i udostępnionych za free do zwiedzania. Jednak nadchodzi zawsze ten czas, że coś się kończy. .
  8. Hans

    Usłyszeć zorzę

    To, że ludzie słuchają zorzy przez radio, jakoś wydaje mi się naturalne. Ale jakby ktoś spytał mnie jeszcze parę godzin temu czy słyszałem kiedyś zorze, to bym najpierw sprawdził czy przypadkiem nie jest "stamtąd" i jeśli nie, to posłał w diabły i przypiętą karteczką "oszołom". Jednak jeśli o słuchaniu zorzy zaczynają mówić miejscowi. To nieco zmienia postać rzeczy. Dalej w głowie siedzi mały koleś ze zmrużonymi oczkami i nawija makaron: Sami tu tak kiszą się w tej tajdze, do reniferów pewnie też gadają. Ciemno, nudno, to i głosy słyszą. W Teksasie co drugą babę wykorzystały podobno szare ufoludki, może tu działa to samo i co druga finka słyszy zorze... Ale jak już zaczyna o tym gadać nie dość, że miejscowy, to jeszcze jajogłowy, to mózg dostaje polecenie resetu i zaczyna na przyśpieszonych obrotach drążyć o co tu chodzi. Zacząć warto od tego: Opada szczęka... Zaglądam na strony projektu: http://www.acoustics...ra/project.html Ostro wystartowali w 2000 roku. Pierwsze dźwięki zarejestrowano jeszcze tego samego roku. Pojawiają się pierwsze publikacje (tylko, że kurna po Fińsku). W końcu pojawia się nieco szczegółów w popularniejszym języku: http://www.acoustics...ra/BNAM-ukl.pdf Ale gdy zaczynasz docierać przez tą niesamowitą historię do podsumowań natrafiasz na coś co podnosi włosy na karku: "Why was this work performed? Why all these long years of effort? Some researchers in Finland have even asked, what does it matter if there exist aurora related sounds? So what if they exist? If these same people happen to hold a position where they can affect the financing decision it is understandable that a project like this has no chance in being supported." Panie Laine, odpowiem Panu natychmiast i bez zbędnej otoczki. Bo to jest 10x bardziej intrygujące niż zgłębianie zagadnień ekonomicznych, politycznych czy innych marketingo-handlo-kupek lub budowania nowego serwisu MMOG. Jak ktoś czuje podobnie, to mam tu coś wartego uwagi: Do lipca tego roku, zespół naukowy drążący ten temat zebrał ponad 100 rejestracji krzyków zorzy i boryka się z kilkoma problemami. We have digitally recorded acoustic signals together with VLF signal during more than 100 nights (July 2012). Each night generates 8-12 Gb data! We are still facing many methodological problems: - how to analyze automatically the data - how to compare and correlate the data with other simultaneous measurements - how to select and preprocess the right features of the data - how to finally find out those acoustical events possible produced by the geomagnetic storm Nie jest wykluczone, że właśnie TY, możesz pomóc i włączyć się w pracę która z olewanego getta, może doprowadzić do niezwykle ważnych przełomów w innych dziedzinach naukowych. Bo nigdy nie wiadomo czy przypadkiem właśnie nie odkrywasz podstaw do opracowania źródła energii które zakończy erę ropy naftowej lub technologii IT która odeśle najnowsze iPady w erę zabytków epoki kamiennej. Pomyśl nad tym, czy przypadkiem nie masz czegoś dla Unto K. Laine z Helsinki University of Technology, Laboratory of Acoustics and Audio Signal Processing, Otakaari 5 A, 02015 Helsinki, Finland Foto: NASA - March 28, 2012.
×

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.